Witryna Czasopism.pl

Nr 11 (128)
z dnia 12 kwietnia 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

OBUDZIĆ ZMYSŁY

Większość z nas ze zjawiskiem synestezji spotyka się po raz pierwszy w szkole średniej w trakcie czytania wierszy Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Zrozumienie tego zjawiska jest prawdziwą próbą wyobraźni, trzeba bowiem wiązać ze sobą – na przykład – dźwięk i barwę, czyli koloryzować ciszę albo nadawać barwę stanom psychicznym. Nie wszystkim przychodziło to z łatwością. Synestezja nie jest jednak czymś z rzadka tylko pojawiającym się w naszym życiu. Nawet jeśli oczywiste jest, że mamy z nią do czynienia przede wszystkim w sztuce, to zdaje mi się, że i w życiu codziennym doświadczamy nakładania się i przekształcania różnych wrażeń zmysłowych. Moim intuicjom wychodzi naprzeciw pierwszy tegoroczny [1/2005] numer pisma „(op.cit.,)”.

Zacznę od niepokojącej, choć wielce urokliwej frazy: „Smyczki muszą mieć ciężar miecza”. Jest to tytuł, a jednocześnie fragment rozmowy, którą Jolanta Kossakowska przeprowadziła z czterdziestoletnią kobietą muzykiem. Podczas lektury informacje: kobieta, 40 lat, muzyk, układają się w pełny obraz. Czytam i widzę bohaterkę wywiadu, rejestruję ruchy, które wykonuje w czasie wypowiadania słów, zaczynam czuć jej zapach, słyszeć barwę (sic!) jej głosu. Ona także, w życiu, doświadcza synestezji. Na pytanie Kossakowskiej: „A czy pani, wykonując muzykę, kojarzy ją z kolorami?”, odpowiada: „Tak, są barwy. Koloryt, ale w sensie nie konkretnego koloru, tylko barwa w sensie barwy dźwięku: jasnej – ciemnej. […] Generalnie to jest w odcieniach jaśniejszych, ciemniejszych, matowych, pełnych blasku”. Następna odpowiedź (tym razem pytanie brzmi: Czy muzykę da się opisać?) dopełnia powyższe stwierdzenia: „Odbieramy takie dzieło [najbliższe doskonałości – A.K.] w sferze samej formy, gatunku, przekazu słowno-dźwiękowego albo tylko dźwiękowego i to powinno wzbogacać w nas odbiór, poruszenie wyobraźni barw”. Nie mogę się powstrzymać, żeby nie zacytować jeszcze jednego fragmentu, w którym powraca kwestia widzenia muzyki. Na pytanie o stosunek do muzyki programowej, takiej, w której tytułem i tematem naprowadza się słuchacza na to, co powinien sobie wyobrazić, pada odpowiedź: „[…] jeżeli mamy batalię, to jest niemożliwe, żeby wykonać to inaczej niż batalię, i jeżeli za grzecznie się to wykonuje, jeżeli nie ma w tym zajadłości walki, dramatu walki… to wszystko musi być. Na przykład w słynnym Combatimento Monteverdiego smyczki muszą mieć ciężar miecza. Przecież czym walczono? Mieczem. Więc to nie może być smyczek jak patyczek, prawda? To musi być wyobrażenie szybkości ruchu tego miecza”.

Z cytowaną rozmową sąsiaduje tekst Kossakowskiej Hamburg jak okiem sięgnąć. Jest to recenzja-reminiscencja z wystawy, której nie można obejrzeć. Dialog im Dunkeln to zresztą bardziej eksperyment niż tradycyjna ekspozycja. Oto, na czym on polega: „Wchodzimy do sali. Nie widzimy nic. W mroku wita nas głos przewodnika. Nie zobaczymy go, on nas także. Zabierze nas na spacer po Hamburgu swoimi ścieżkami. Jest niewidomy”. Chciałabym wziąć udział w takim eksperymencie. To dopiero wyzwanie dla zmysłów. Zobaczenie miasta zapośredniczanego innym zmysłami niż ten, którego używam najczęściej (a już w takim „turystycznym” kontekście na pewno), to prawie akt stwórczy! Przypominam sobie zdarzenie sprzed kilku lat. Jedna z wystaw w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej przypominała tę hamburską. Do sal wystawienniczych prowadził całkowicie zaciemniony, obity pluszem korytarz. Szło się przez niego po omacku, niepewnie wyszukując oparcia i drogi wyjścia. Pamiętam swoje wrażenia: przede wszystkim lęk, ale także słabość i dyskomfort. Co prawda i Kossakowska nie czuje się pewnie: „a jednak takie zabawy często nie wykluczają strachu przed ciemnością. Zwiedzanie wystawy Dialog im Dunkeln przypominało mi raczej ciuciubabkę, podczas której nie można było zdjąć chustki, kiedy zabawa się znudziła”, jednak – jak mi się zdaje – eksperyment ten wart jest przeżycia chwili strachu, a w porównaniu z tym, czego doświadczyłam kilka lat temu, na pewno wywołuje więcej doznań.

Odwracam stronę i znów trafiam na przekładanie jednych wrażeń na drugie. Tym razem chodzi o cielesność. Joanna Michalik, analizując twórczość Hansa Bellmera, pisze wprost, że: „Jest [ona – A.K.] refleksją nad przedstawieniem, które zwraca się ku własnej podstawie, a więc ku samej percepcji. Jest ona niczym innym jak synestezją – zmysłowym przekładem” (Zmysłowy przekład). Bellmer poddający ciało anatomicznemu demontażowi – jak pisze Michalik – próbował w ten sposób wyrazić to, co ciało odczuwa, jakim wrażeniom jest poddane. Bellmerowskie anagramy cielesne to „próba wizualnego zapisu różnych postaci doświadczenia zmysłowego”.

Czy z podobnym zabiegiem nie mamy do czynienia w świecie reklamy? Agnieszka Kozak w artykule Porno chic analizuje modne praktyki reklamowe, stosowane w reklamowaniu różnych towarów – tak wyrafinowanych perfum, jak i mniej wyrafinowanych opon samochodowych. Reklamowanie perfum przy pomocy ciała modelki wygiętego w pozie skrajnej rozkoszy przypomina nieco Bellmerowskie rozczłonkowanie ciała, które zatraca się w zmysłach.

Tak, tak, najnowszy (op.cit.,), jak zwykle czarno-biały, naprawdę pobudza zmysły.

Agnieszka Kozłowska

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
ANI TEOLOGIA, ANI POLITYKA
CMENTARZ NIE TAKI ZNÓW WESOŁY
„POBOCZA” W UPALE

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt