Witryna Czasopism.pl

Nr 6 (123)
z dnia 22 lutego 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

SŁUCHANIE MIASTA

Adorno i Horkheimer w oparciu o wyróżnienie dwóch typów rozumu, obiektywnego, charakterystycznego dla starożytnych Greków, i subiektywnego, ukonstytuowanego przez Kartezjusza, dokonali systematycznej krytyki ufundowanej na rozumie subiektywnym cywilizacji Zachodu. Rozum obiektywny poznaje świat przez uczestnictwo, pojmuje siebie jako odprysk powszechnej harmonii kosmosu, z którą czuje się nierozłącznie związany. Jego celem jest osiągnięcie harmonii z rzeczywistością, a najwłaściwszą metodą – kontemplacja. Ideałem rozumu obiektywnego jest pozostawanie w zgodzie ze światem i z sobą jako jego częścią. Dlatego dla starożytnych Greków rzeczywistość była rozumnością par excellence, obiektywną racjonalnością, w której, jak uważali, jedynie biorą udział i z której czerpią rozumność własną. Rozum subiektywny, przez który definiuje się cywilizacja nowożytna, odróżnia Ja od świata i utożsamia rozum z ego, a świat z chaosem, które to ego musi zracjonalizować. Jest ofensywny ze swej istoty, zmierza do opanowania świata i poddania go swoim regułom rozumności. By tego dokonać, musi wpierw opanować samego siebie, naturę w sobie. Ujarzmienie świata zakłada więc ujarzmienie siebie. Stąd bierze się konfliktowość tego modelu racjonalności, poróżnia on bowiem człowieka zarówno ze światem, jak i z samym sobą. Życie w takiej niezgodzie jest źródłem napięcia, psychicznej i fizycznej degradacji, agresji, i – co najważniejsze – całkowitego wyobcowania. Rozpędzona machina podboju świata niszczy zarówno zwycięzcę, jak i zwyciężonego.

Echa tego pesymizmu i tęsknota za starogreckim ładem pobrzmiewają w naszej kulturze do dziś. Najnowszy, drugi numer „Glissanda” [2/2004], magazynu poświęconego muzyce współczesnej, prezentuje między innymi postać Murraya R. Schafera (Mariusz Gradowski: Murray R. Schafer: Pan od przyrody), teoretyka i antropologa dźwięku, który stworzył ciekawą i niezwykle przydatną koncepcję tzw. soundscape'u, czyli pejzażu dźwiękowego – koncepcję w wymiarze postulatów bliską duchowi nietzscheańskiego hellenofilstwa i pomysłom Adorna i Horkheimera. Oto człowiek współczesny, zwierzę miejskie, żyje w pejzażu dźwiękowym, które diametralnie różni się od fonosfery dawnych czasów. W przypadku pejzażu dźwiękowego współczesnych molochów urbanistycznych mamy do czynienia, wedle Schaffera, ze zjawiskiem dezintegracji semantyki dźwiękowej. W środowisku hi-fi (tak nazywa „normalne”, preindustrialne otoczenie foniczne) występuje proporcjonalna relacja motywu dźwiękowego, tzw. keynote, który zajmuje pozycję centralną, i marginalnych zakłóceń, których marginalność jest niezwykle wyraźna na tle dominującego i łatwego do wyodrębnienia motywu głównego. Jeśli wyobrazimy sobie na przykład sytuację o takich parametrach: nocna pora, odcięta od świata wieś, czasy średniowiecza – to zyskamy przybliżone pojęcie tego, o czym mówi Schafer. Dzięki owym ilościowym proporcjom między keynote a zakłóceniami te drugie nabierają zawsze szczególnego znaczenia, innymi słowy: są gęstą i czytelną informacją. Natomiast, jak nietrudno się domyślić, środowisko lo-fi (wystarczy, że wyobrazimy sobie godzinę szczytu na nowojorskich ulicach i jesteśmy w temacie), charakterystyczne dla miast epoki przemysłowej, odznacza się zachwianiem proporcji; jak pisze sam Schafer: „W zatłoczonym obszarze lo-fi pojedyncze sygnały akustyczne są niewyraźne. Określony dźwięk […] przytłumiony jest szerokopasmowym szumem”. Mieszkańcy metropolii zapadają na trwały dźwiękowy analfabetyzm, nie są zdolni do reakcji na znaczenia przekazywane przez poszczególne dźwięki, ponieważ zlewają się one w hałas. W takich warunkach, według Schafera, nie jest możliwa spontaniczna chęć robienia muzyki, gubi się naturalna potrzeba świadomego posługiwania się pozawerbalnymi dźwiękami jako środkami przekazu informacji czy wartości estetycznych. Brak stabilnej i przejrzystej fonosfery wpływa także dezintegrująco na tożsamość jednostki, pozbawia ją poczucia bezpieczeństwa wynikającego ze swojskości i zrozumiałości otaczających dźwięków. Schafer tęskni za światem dawnej harmonii, w której dźwięki nie oderwały się jeszcze od rzeczy, a nienaruszalna centralność pewnych motywów daje poczucie orientacji i porządku. Odzyskana współmierność ciszy i dźwięku to droga do życiodajnej współmierności człowieka i świata, poprzez świadome otwarcie się na świat dźwięków możemy, zdaniem Schafera, odzyskać równowagę, przywrócić sens pokawałkowanej rzeczywistości i zrozumieć siebie. Ale paradoks polega na tym, że (tak jak Horkheimer i Adorno) Schafer chce walczyć ze złem środkami, które je zrodziły. U źródeł miast leży bowiem pierwotna potrzeba adaptacji otoczenia do potrzeb jednostki. U źródeł pomysłu Schafera na przekształcenie miast w taki sposób, by wygospodarować w nich enklawy harmonijnego soundscape’u, leży ta sama metoda inwazji, dostosowywania chaosu świata do wymogów naszej egotycznej racjonalności. Mariusz Gradowski słusznie zauważa, że środowisko lo-fi uległo naturalizacji, stało się nawykiem, który rządzi się własną logiką. Przy czym mało przekonująca jest jego krytyka Schafera, wedle której autor koncepcji soundscape’u nie dostrzegł, iż wielopasmowy szum miast również można traktować jako pełnoprawny keynote, główny motyw dźwiękowy. Myślę, że z definicji nie można, hałas to hałas, to mieszanina dźwięków, w której nie ma hierarchii. Słusznie zatem Gradowski odrzuca jednostronność Schaferowskiego potępienia fonosfery miasta, niepotrzebnie jednak próbuje jej bronić z pomocą jego kategorii – te bowiem taką obronę wykluczają. Z ich perspektywy miasto nie może jawić się inaczej jak piekło, bowiem nie sposób odtworzyć w nim centrycznej struktury dawnych pejzaży dźwiękowych. Dlatego lepiej potraktować projekty Schafera jako zgubną utopię, dążenie do rekonstrukcji czegoś, co jest już niemożliwe. Zamiast przemocą oktrojować ład, jak to sugeruje jego teoria, lepiej poczuć się w meandrach wielkomiejskiej polifonii jak w domu. Miast stawiać warunki, których spełnienie zapewniłoby przejrzystą harmonię, zanurzyć się bezwarunkowo w dysharmonii i wielowątkowym szumie. Stać się zdezorganizowaną częścią zdemontowanej całości, przyjmując ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Tak jak robi to np. Baudrilliard, który zarzucił teorię jako formę totalizacji, i teraz, na zasadzie obserwacji uczestniczącej, już tylko chłonie drgania i wstrząsy miejskiego pejzażu. Albo tak, jak opisywany w innym artykule (Jacek Skolimowski: Nowy Jork – Symfonia Wielkiego Miasta) DJ Spooky, który głosi ideę illambientu (ill – chory, ambient – dźwięki otoczenia), tj. muzyki, która (czysto plądrofonicznie) operuje materiałem danym tu i teraz, hałasem miasta, ogłuszającą zbitką różnorakich stylów, punkiem, hip-hopem, jazzem, odgłosem bagrów, młotów pneumatycznych, kilkutonowych ciężarówek, świstu metra, tykania zegarów itp.

Zachodzi przedziwne odwrócenie sytuacji – rozum subiektywny mimowolnie się obiektywizuje. Zainicjowany przezeń postęp cywilizacyjny osiągnął tak gigantyczne rozmiary, że – zupełnie po myśli założeń cybernetyki – wymknął się spod kontroli i zaczął generować formy, nad których multiplikacją nie sposób zapanować. Tracąc moc administrowania światem, rozum subiektywny musiał poddać się temu, co go ogarnia – zamienił się w spacerowicza, który przemierza mgławice dyskursów i nie rości sobie pretensji do ich systematyzowania, ułożenia w jasny i przejrzysty układ: motyw główny – zakłócenia. Znów, tym razem pod naciskiem sytuacji, postrzega siebie jako fragment szerszej całości, której fluktuacjom podlega, w której uczestniczy, dzięki czemu może rozumieć zarówno ją, jak i siebie. Rezygnując z ambicji podporządkowywania, nie musi już zadawać gwałtu samemu sobie – emancypując świat od przemocy własnego ego, emancypuje swoje ego od autoagresji. Koło historii wykonuje kolejny dialektyczny obrót…

Igor Kędzierski

Omawiane pisma: „Glissando”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
BYĆ ALBO NIE BYĆ (KRYTYKIEM)
felieton__PAWEŁ TARGIEL (1945-2009)
BŁĘDNE KOŁA I SPRZECZNOŚCI

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt