Witryna Czasopism.pl

Nr 28 (110)
z dnia 12 października 2004
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

TEATR SWÓJ WIDZĘ POTWORNY…

Gdyby miesięcznik „Foyer” wpadł mi w ręce, gdy miałam 16 lat i byłam oszalałą fanką teatru, zniosłabym jajko ze szczęścia. Ta potrzeba dowiedzenia się, co dzieje się za kulisami teatru, co myślą aktorzy i reżyserzy, jakie targają nimi uczucia; podsłuchania garderobianych anegdot... Ale wtedy nie było takiego pisma i musiałam zadowolić się bardziej profesjonalnymi periodykami w rodzaju „Dialogu”. Choć niewątpliwie było to lepsze dla mojego procesu kształcenia, to wiedza o różnego rodzaju stresach, jakie przeżywa środowisko teatralne, z pewnością wyleczyłaby mnie z wielu hołubionych wówczas kompleksów.

„Foyer” jest czymś w rodzaju popularnego magazynu o teatrze i chwała mu za to; dobrze też, że nasz rynek prasowy dojrzał do tego rodzaju tytułu, ale moja pasja teatralna minęła bezpowrotnie w połowie lat 90., w samym środku kryzysu tego medium, po tym, jak pewien krytyk upodobał mnie sobie jako osobę towarzyszącą mu podczas oglądania kolejnych premier. Na widowni zbiorowo zwijaliśmy się w boleściach i sinieli z zażenowania, aby następnego dnia czytać entuzjastyczne recenzje napisane przez kolegów i koleżanki reżysera lub gwiazdy. Brrrr. Na szczęście fascynacja krytyka moją osobą zakończyła się szybko, a ja sama już potem starałam się zbyt częstych wizyt w przybytku Melpomeny nie składać. Z tym większym zadowoleniem poczytałam sobie teksty we „Foyer”, które z klasycznym recenzenctwem nie mają zbyt wiele wspólnego, za to do głosu dopuszczają samych twórców, reżyserów, aktorów, a nawet scenografów czy menadżerów.

Pismo reprezentuje raczej tzw. mainstream, ale różnorodność prezentowanych w nim materiałów jest spora. Najobszerniejszy tekst najnowszego numeru (nr 4/2004) to rozmowa Jerzego Stuhra z Krystyną Jandą, w której oboje aktorzy (choć Stuhr bardziej) sprawiają wrażenie ludzi walczących z nałogiem – z jednej strony mówią o przemożnej potrzebie, ochocie, czy wręcz przymusie grania, z drugiej, o piekielnej męce, rozterkach i panice, jakie się z tym wiążą. Janda „chora na granie”, „solistka od urodzenia” w swojej nademocjonalności zdaje się lepiej radzić sobie z tym bagażem, czuje się bardziej samodzielną indywidualistką niż Stuhr, który wielokrotnie powraca do wątku bycia jedynie trybem w maszynie. Oboje mają przy tym świadomość, że teatr, w jakim się ukształtowali, odchodzi powoli do lamusa i że ich miejsce zajmują aktorzy i reżyserzy, którzy bardziej szukają w nim „sposobu na siebie”, czy wręcz rozwiązania życiowych problemów niż ucieczki od nich, co – jak wynika z wypowiedzi obojga rozmówców – jest jedną z ich własnych, silnych motywacji. „Co wieczór najpierw nie mogę wyjść na scenę, nienawidzę tego – mówi Janda – mam ochotę wyjść i błagać ludzi, żeby sobie poszli do domu. Co wieczór wchodzę, a po dziesięciu minutach zaczyna się. To... »prawdziwe życie«. Scena jest jedynym bezpiecznym miejscem na świecie. Świat mnie przeraża, ludzie na zewnątrz mnie przerażają. A kiedy wchodzę do teatru, a potem staję na scenie, mam uczucie absolutnej ulgi. Znam reguły, jestem u siebie, to jest mój czas, moje miejsce... Zapominam o wszystkim innym i jestem najszczęśliwsza.” Stuhr gra do pani w trzecim rzędzie, Janda chętnie grałaby odgrodzona od publiczności lustrem weneckim, ale oboje boją się konfrontacji i czują, że naprawdę bliski kontakt z widzem mógłby „wybić ich z granej postaci”.

Inne zgoła motywacje do wyjścia na scenę mają twórcy gliwickiego Teatru A (Krzysztof Jakub: Wygonieni z raju). Jego założyciel i reżyser Mariusz Kozubek to były werbista, który po czterech latach w zakonie, w którym próbował robić teatr, doszedł do wniosku, że „zakon teatralny to utopia”. „W końcu uwierzyłem, że nie muszę być zakonnikiem, żeby robić teatr jaki chcę. Musiałbym liczyć się z przełożonymi, jak w każdej firmie. Po świecku i tak szukam tego samego. Tego, co wspólne dla teatru i Kościoła, świata sztuki i wiary. Próbowałem założyć taką grupę kilka razy i kończyło się fiaskiem. Czemu akurat teraz się udało? Mam poczucie, że komuś na tym zależy. Że to nie jest moje dzieło” – kontynuuje wypowiedź Kozubek. Z pozoru wydaje się, ze Teatr A to rodzaj misjonarstwa, ale podczas dalszej lektury z wypowiedzi bohaterów (Reżyser, Menadżer, Aktorka itp.) wynika, że nawracanie, jeśli w ogóle, odbywa się w nim mimochodem („Nie mamy na tego Boga takich samych pomysłów, więc nie interesuje nas teatr, który próbuje nawrócić. Ewangelizacja zdarza się trochę przez nieuwagę”). Pierwszym celem jest własny rozwój – aktorski, warsztatowy, duchowy. Choć tu także nie brakuje konfliktów, w zespole jest duża rotacja, finansowo nie przelewa się, a niektórzy „na marginesie” tego bożego teatru próbują zrobić gwiazdorską karierę. Co ciekawe, wygląda na to, że mimo wspólnego poszukiwania pewnych metafizycznych przeżyć zespół dopuszcza sporą swobodę światopoglądową i stara się przekazywać treści bez uszczerbku dla formy. Znamienne jest stwierdzenie menadżera Piotra Chlipalskiego: „Lata na scenie podniosły wrażliwość na sacrum. Przychodzisz potem na liturgię i wiesz, że tego nie będzie”. Muszę się przyznać, że choć taki rodzaj ekspresji – z płonącymi mieczami, aniołami na szczudłach itp. nie jest mi szczególnie bliski, a i katolik ze mnie żaden, czytając rozmowę z Teatrem A, miałam przez chwilę wrażenie, że gdzieś tam w głębi tli się we mnie jeszcze odrobina sentymentu dla tego, czym potrafi być teatr. Nawet jeśli jego twórcy to znerwicowani, przerażeni i pełni kompleksów ludzie. Na koniec punkt dla „Foyer” za – niestety krótkie – wspomnienie o Leszku Herdegenie.

Klara Kopcińska

Omawiane pisma: „Foyer”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
POWOLI DO PRZODU
BUTY, DEPTANIE, UCIECZKI…
POWRÓCIŁO MALARSTWO?

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt