Witryna Czasopism.pl

nr 22 (104)
z dnia 12 sierpnia 2004
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

MOJE POKOLENIE?

W maturalnej klasie polonistka poprosiła nas, byśmy napisali esej o swoim pokoleniu. To, co przeczytała, przeraziło ją, bo nikt nie ocenił swojej generacji pozytywnie. Pisaliśmy, że jesteśmy beznadziejni, podszyci infantylizmem i pozujący na dorosłych. Teraz wydaje mi się, że przesadziliśmy z tym samobiczowaniem, zwłaszcza że dziś zyskujemy jakiś tragiczny rys jako pokolenie zbędne. Dziesięć lat temu o przyszłości myśleliśmy z optymizmem – przykład starszego rodzeństwa, które załapało się na boom lat 90., działał stymulująco, byliśmy przekonani, że jakoś to będzie. A kiedy wróciliśmy z dyplomami, okazało się, że jest nieciekawie, rynek się zapełnił i właściwie nie jesteśmy potrzebni. W efekcie tylko nieliczni robią w życiu to, co chcieli, reszta to, co musi. Dlatego na przykład geolożka miast badać dno Odry, sprzedaje herbatę. Nasze pokolenie skazane jest na frustrację – przekonywały teksty w antologii wydanej przez środowisko „Ha!art-u” i uczestnicy dyskusji toczonej na łamach „Gazety Wyborczej”. Generacja Nic – tak brzmiał tytuł tekstu Kuby Wandachowicza, basisty Cool Kids of Death, zespołu, który stał się wyrazicielem buntu sfrustrowanej młodzieży. Grupie przez rok towarzyszył Piotr Szczepański, czego efektem jest film Generacja CKOD nagrodzony Złotym Lajkonikiem na ostatnim krakowskim Festiwalu Filmów Krótkometrażowych. O kulisach powstawania filmu reżyser opowiada w wywiadzie Pokolenia nie ma, zamieszczonym w wakacyjnym numerze „Kina” (nr 7-8/2004).

Szczepański, od piaskownicy zaprzyjaźniony z Krzysztofem Ostrowskim, wokalistą grupy, postanowił nakręcić dokument, który podstawą będzie szczerość. Chciał zrobić film jak najbliższy życiu, w którym przecież niczego nie da się naprawdę odtworzyć. Stąd chropawa forma dokumentu (na przykład kiedy nie słychać głosów, pojawiają się napisy). Ta szczerość twórcy, który zresztą nie kryje swojej obecności, uwidacznia się, poprzez kontrast, w scenach, w których zespół udziela wypowiedzi dziennikarzom kanałów muzycznych. Duble, zakładanie z góry, co widzowie powinni usłyszeć – wszystko to sprawia wrażenie jakiegoś żenującego upupiania. Śledząc film, zdajemy sobie jednak sprawę z tego, iż tak właśnie wygląda funkcjonowanie w tym przemyśle.

Na przykładzie C.K.O.D. udało się Szczepańskiemu pokazać komercjalizację buntu: zespół ze swoimi ostrymi tekstami zostaje zaangażowany przez wytwórnię fonograficzną, ta przykleja mu etykietkę buntowników. Funkcjonowanie w systemie sprawia, że prawdziwy, szczery bunt nie jest już możliwy. Skądinąd zabawne są sceny, gdy C.K.O.D. występuje na jakichś galach, przed VIP-ami. Muzycy mają oczywiście świadomość mimowolnego uczestniczenia w komercyjnej grze. Jeśli zostało się zaklasyfikowanym jako buntownik, to nawet można się bronić, zachowując się jak zbuntowana gwiazda. Przykładem jest scena z koncertu, gdy pijanemu – jak i reszta zespołu – wokaliście udaje się wybrnąć z patowej sytuacji właśnie dzięki odwołaniu się do etosu rockmena, któremu może, a nawet powinno czasem odbić.

Dla naszego pokolenia nie ma dylematu „mieć czy być”, bo doskonale wiemy, że bez mieć tak naprawdę nie można być, pozostaje tylko kwestia proporcji. Teksty Wandachowicza mogą być szczere w swojej kontestacji rzeczywistości, ale zaopatrzone w logo wytwórni stają się towarem. Z drugiej strony, publiczność się z nimi identyfikuje, wierząc w ich szczerość albo z powodu zapotrzebowania na szczerość. „Kocham was, bo mówicie prawdę. Prawda to jest to, czego my chcemy słuchać” – mówi jedna z fanek. Oczywiście, na tekstach o sfrustrowanym pokoleniu także ktoś zarabia.

Sam reżyser też przyznaje, że jest częścią systemu – na co dzień pracuje w reklamie, dzięki czemu mógł za własne pieniądze zrobić film. Reklama to praca, a kino to hobby, dosyć zresztą kosztowne – deklaruje, podkreślając paradoksalność tej sytuacji: komercja umożliwia twórczą niezależność, zrobienie filmu maksymalnie szczerego, bez nacisków producentów. I taka postawa filmowca jest dla mnie krzepiąca, ponieważ kontrastuje z zachowaniem tych, którzy głównie narzekają na trudności piętrzące się przed młodymi twórcami. Nie oszukujmy się – w każdej chyba dziedzinie jest nam trudniej się wybić, choć w przypadku kina, sztuki drogiej, której nie można uprawiać „do szuflady”, tym bardziej. Z tym większym zainteresowaniem przeczytałam więc teksty młodych reżyserów – Marcina Pieczonki (Moje wyznanie wiary) i Adriana Panka (Sami sobie), zainspirowane wystąpieniami trochę starszych twórców podczas konferencji na temat scenariusza (część tekstów zamieściło „Kino” w poprzednim numerze). Oczywiście zgadzam się z tezą Pieczonki, że po roku 1989 przestała istnieć Formuła oparta na użytecznych do opisu świata opozycjach my–oni, dobro–zło i że nie wystarczy zrobić filmu o bezrobotnych, żeby dotknąć prawdziwych problemów epoki. Podzielam też opinię Panka, że nie ma wspólnej świadomości, jest tylko jednostkowa wrażliwość, więc nie można zadekretować, o czym mają być nowe polskie filmy, tylko trzeba stworzyć warunki, by nowe pokolenie filmowców przemówiło własnym głosem. Ale kto miałby tego wszystkiego dokonać? Nowej ustawy o kinematografii ciągle nie ma. Wydaje się, że jeśli młodzi twórcy najpierw sami sobie nie pomogą, to nikt im ręki nie poda. Przykładem takiego filmowca – acz bez dyplomu – jest Przemek Wojcieszek, człowiek, który nie narzeka, tylko działa. Sam sobie scenarzystą, reżyserem, producentem, a że jego filmy mają budżet teatru telewizji, mógł zrealizować już trzeci obraz, W dół kolorowym wzgórzem, w moim odczuciu gorszy od poprzedniego, Głośniej od bomb, ale nadal własny. Wojcieszek, którego dalszą dyskusję z Pieczonką na łagowskim forum uniemożliwił brak czasu, jako filmowy praktyk oddemonizowuje na przykład obraz TVP jako molocha wymuszającego na młodym twórcy olbrzymie kompromisy. I to jest pewnie jedyna rada: ze swoim pomysłem pukać do różnych drzwi – naszym doświadczeniem pokoleniowym jest bolesna świadomość, że dewizy naszych babć w stylu „siedź cicho, to cię zauważą” już się nie sprawdzają. Jak nie wyjdzie – można ponarzekać. Jako osoba poniekąd żyjąca z polskiego kina, muszę być optymistką. Mam nadzieję, że wkrótce młode pokolenie filmowców zaistnieje na dobre. Liczę, że czwarty film Wojcieszka będzie lepszy od poprzednich i że Szczepańskiemu uda się zrealizować fabułę o ostatniej wspólnej podróży znajomych z liceum. Zwłaszcza że historia sfrustrowanych dwudziestolatków, którzy nie robią tego, co chcą, przypomina mi moje własne spotkania klasowe. Przyjdzie więc w kinie zapytać: moje pokolenie?

Katarzyna Wajda

Omawiane pisma: „Kino”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
Polski erotyk
NIE(O)PISANIE LIBERATURY
PAŹDZIERNIKOWE NOCE GÉRARDA DE NERVALA

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt