Witryna Czasopism.pl

nr 9 (259)
z dnia 20 lipca 2010
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

SKONSTRUOWAĆ POLSKI SZYBOWIEC

Sezon letnich imprez filmowych w pełni, tymczasem redaktorzy naczelni „Kina” i „Filmu” wracają do majowego 35. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Ich podsumowania wyróżniają się na tle większości festiwalowych sprawozdań, w których krytycy, rozpieszczeni poprzednią edycją imprezy, narzekali na słaby poziom tegorocznej.


Lista osobista


W wakacyjnym „Kinie” Andrzej Kołodyński (nr 7-8/2010, Moja mała prywatna Gdynia), choć na wstępie piętnuje m.in. bylejakość rzemiosła konkursowiczów (chyba inżynier Mamoń miałby znowu coś do powiedzenia o nudzie jako znaku rozpoznawczym polskiego filmu), to opisuje tylko swoich faworytów, filmy, które jego zdaniem wnoszą coś nowego do rodzimego kina. Znaczące, że na tej prywatnej liście nie znalazła się nagrodzona Złotymi Lwami Różyczka – pewnie słusznie, bo film Jana Kidawy-Błońskiego to dosyć konwencjonalne kino, melodramat z politycznym tłem. Zaskoczeniem może być za to obecność Skrzydlatych świń, komedii Anny Kazejak o wojnie małomiasteczkowych kibiców piłkarskich. Dla kontrastu – Wenecja Jana Jakuba Kolskiego i Joanna Feliksa Falka, ze świetną, choć niedocenioną przez jury rolą Urszuli Grabowskiej, filmy udowadniające, że wojna to ciągle temat niewyczerpany, ale pokazywany już inaczej, mocno stylizowany. A potem przeskok do współczesności, gwałtowny w przypadku nagrodzonego Srebrnymi Lwami (i w opinii wielu najlepszego filmu festiwalu) Chrztu Marcina Wrony, męskiego kina z mocnym aktorstwem. Obok – mroczna Matka Teresa od kotów Pawła Sali i moralitetowe Erratum Marka Lechkiego, laureata prywatnych Złotych Lwów Andrzeja Kołodyńskiego. Naczelny „Kina” podkreśla, że należałoby je wszystkie symbolicznie nagrodzić za to, że powstały. Na marginesie: lista typów Kołodyńskiego być może byłaby dłuższa, gdyby nie zmiana terminu festiwalu z wrześniowego na majowy – w pół roku raczej nie da się zrobić dobrego filmu. Zresztą z tego samego powodu mogą pojawić się problemy z dystrybucją konkursowych tytułów.


(Polska) szklanka w połowie pełna


Z kolei Jacek Rakowiecki w lipcowym „Filmie” (nr 7/2010, Gdynia nasza) proponuje, by dla odmiany skończyć z wiecznym polskim malkontenctwem i zobaczyć szklankę do połowy pełną. Ci, którzy widzą ją do połowy pustą, narzekają, że Gdynia to lokalna impreza bez większego znaczenia, za to z pretensjami do światowości, czego dowodzi tegoroczna gala, bogatsza, w dużym namiocie, z dłuższym zapewne czerwonym dywanem i – ponoć – ćwiczonymi wcześniej oklaskami. Tylko nudnawo było jak dawniej, ale to grzech większości festiwali. Rakowieckiemu ten blichtr też zbytnio się nie podoba, ale traktuje go jako element marketingowy, niezbędny, by marka „polskie kino” zainteresowała przeciętnego rodaka.

Istotna jest proponowana przez Rakowieckiego zmiana perspektywy: wbrew pozorom nasza szklanka nie jest wcale gorsza od innych europejskich szklanek. Narzekanie na gdyński prowincjonalizm łączy się bowiem z przekonaniem, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma: robimy kiepskie filmy, podczas gdy za miedzą powstają wybitne. Albo porównujemy Gdynię z Cannes czy Wenecją, zapominając o ich różnej randze: co innego międzynarodowy festiwal, co innego – przegląd tego, co w ciągu roku powstało w kinematografii jednego średniej wielkości kraju, gdzie kultura nie jest priorytetem rządzących. W podobnej sytuacji są inne europejskie państwa, w których produkcja jest większa: my robimy średnio 50 filmów, a na przykład Niemcy 200. Ile z tego trafia na nasze ekrany? Zważywszy, że mamy dystrybutorów specjalizujących się w ambitnym europejskim kinie, arcydzieła raczej nas nie omijają, więc i tam, gdzie nas nie ma, najpewniej króluje filmowa przeciętność.

Rakowiecki, choć daleki od hurraoptymizmu, dolewa nieco wody do tej szklanki, wskazując tytuły, które można potraktować jako przyzwoite kino familijne, jak Mała matura Janusza Majewskiego. Przy okazji pyta też o reguły konkursowej selekcji i niezakwalifikowanie na przykład Idealnego faceta dla mojej dziewczyny Tomasza Koneckiego, wyróżniającego się ponoć na tle rodzimych komedii romantycznych. Zdaje się, że zabrakło też filmu nagrodzonego Bursztynowymi Lwami, czyli zwycięzcy box office’u. Chodzi o Ciacho Patryka Vegi. Mnie slogan reklamowy, że to wreszcie prawdziwa polska komedia, nie przekonał, za to zachęcił moją ciocię, która jednak po seansie zażądała w kasie zwrotu pieniędzy za bilet. Ciocia to typ widza życzliwego, potrafi znieść naprawdę wiele, ale to Ciacho i jego (pseudo)humor okazały się nie do strawienia. Frekwencja, czego dowodem nagroda, na filmie Vegi była duża. Ciekawe, ilu spośród tych tysięcy widzów poszło w ślady cioci – i choć tradycyjnie „kasa nie zwraca”, według obsługi zaprzyjaźnionego kina za konsumpcję ciężkostrawnego Ciacha widzom tak naprawdę powinno się płacić.

Osobnym zjawiskiem tegorocznej Gdyni według naczelnego „Filmu” są dzieła ochrzczone przez niego mianem „pierwszych filmów IV RP: Trzy minuty. 21:37 Macieja Ślesickiego, a zwłaszcza Nie opuszczaj mnie Ewy Stankiewicz, za sprawą którego przez chwilę było światowo, bo przecież na każdym szanującym się festiwalu powinien być jakiś skandal. Ten jednak okazał się skandalikiem, ponieważ Gutek Film, rzekomo wycofujący się z dystrybucji filmu Stankiewicz z powodów politycznych (reżyserka to współautorka naprawdę skandalicznych Solidarnych 2010), żadnej umowy nie zawierał. A gdyby nawet, to – w trosce o markę – mógłby to zrobić ze względów czysto artystycznych, bo w dosyć zgodnej opinii film Stankiewicz ociera się o grafomanię, a obraz polskich szpitali przywodzi na myśl konferencje ministra sprawiedliwości z czasów słusznie minionej IV RP.

Dystrybucja to zresztą jedna z bolączek polskiego kina. Powstaje grupa nowych „półkowników”, czego dowodem przywoływany przez Rakowieckiego casus Benka Roberta Glińskiego, który, choć dobrze przyjęty także w Gdyni, do kin trafia dopiero dzisiaj, trzy lata od realizacji. Skąd te opóźnienia? Rodzime filmy kiepsko się sprzedają, mają słabą reklamę, a jeszcze trudniej je promować, gdy krytycy podkreślają prowincjonalny charakter polskiej kinematografii. Jest ona nieduża, ale, jak słusznie podkreśla Rakowiecki, nie ma sensu się ścigać z filmowymi gigantami z USA, bo oni latają w kosmos – nam wystarczy skonstruowanie dobrego szybowca. I to się mimo wszystko udaje.


Kino wyższych lotów


A tymi szybowcami być może udałoby się wzlecieć wyżej (tak przynajmniej uważa Rakowiecki), gdyby polscy filmowcy byli odważniejsi, bardziej wsłuchani w rzeczywistość i gdyby szukali nowych tematów: in vitro, podziemie aborcyjne, problemy mniejszości seksualnych; zgoda, o ile wyjdą poza filmową publicystykę, a to wbrew pozorom dosyć trudne zadanie. Bardziej chyba podoba mi się pomysł Bartosza Żurawieckiego, który w swoim felietonie podsuwa gotowego bohatera, Antoniego Sobańskiego – niezwykle barwną, a przy tym mało znaną postać polskiego międzywojnia. I wyraża nadzieję, że znajdzie się odważny filmowy biografista, odważny, bo Sobański to nie tylko znienawidzony przez ówczesnych konserwatystów i endeków kosmopolita i liberał, ale też gej, a seksualna odmienność to dla polskich filmowców ciągle spory problem.

Z tekstem Jacka Rakowieckiego znakomicie koresponduje zamieszczona w tym samym numerze rozmowa Natalii Adaszyńskiej z Agnieszką Holland (W poszukiwaniu zdrowego snobizmu). Reżyserka potwierdza, że wbrew powszechnej opinii w Europie wcale nie powstaje wiele filmów dobrych, czyli rozumianych i oglądanych poza granicami swojego kraju. Polskie, jej zdaniem, są zbyt hermetyczne i trudno się z tą tezą nie zgodzić, bo co na przykład nieznający naszej historii i sposobów przedstawiania stalinizmu Włoch zrozumie ze skądinąd znakomitego Rewersu? Mało prawdopodobne, by docenił jego przewrotność. Z drugiej strony, Wajda czy Kieślowski też robili filmy lokalne, a przecież znajdujące swój oddźwięk za granicą. Według Holland za tym hermetyzmem kryje się nadmierny, narcystyczny wręcz indywidualizm młodego pokolenia polskich filmowców, traktujących kino jako zabawę lub intymne zwierzenie, a nie formę komunikacji. Winą za to obciąża jednak nie tyle ich, co cały system, w tym brak wsparcia ze strony telewizji. Reżyserka, która właśnie dostała nominację do Emmy za Treme, wie, o czym mówi, bo od dawna współpracuje m.in. z HBO, która stała się telewizyjną awangardą, robiąc filmy, a zwłaszcza seriale, odważne, prowokujące, eksperymentujące z formą, generalnie znacznie lepsze od większości produkcji zachowawczego Hollywood. Szczególnie w takim kraju jak Polska, gdzie dostęp do kultury dla wielu jest ciągle ograniczony, telewizja powinna być narzędziem propagowania zdrowego snobizmu, przekonywania, że kultura wysoka jest ważna.

Czy tak będzie, czy telewizja, zwłaszcza publiczna, stanie się tym elementem kulturotwórczym, czas pokaże – jak wiadomo, reżyserka jest współautorką nowej ustawy medialnej, która może wywoła przynajmniej rzetelną parlamentarną dyskusję (choć wątpię, czy nawet jeśli wejdzie w życie, wystarczająco napełni ową szklankę. Na pewno nie od razu, więc jak na razie trzeba się cieszyć połową). Nie jest tak źle, skoro polscy młodzi filmowcy przesiadają się na linie międzynarodowe, jak Małgorzata Szumowska, która właśnie skończyła zdjęcia do Sponsoringu, gdzie główną rolę zagrała Juliette Binoche (wywiad z aktorką także w „Filmie”).

A mnie szczególnie cieszy fakt, iż wysokich lotów nie obniżają polscy dokumentaliści, zwłaszcza młodzi, którzy zdobyli główne nagrody na Krakowskim Festiwalu Filmowym. Konkurs polski wygrały Julia Ruszkiewicz i Karolina Bielawska Warszawą do wzięcia, a Złotego Smoka w konkursie międzynarodowym zdobył Jakub Stożek i jego Poza zasięgiem. Oba filmy świetne i potwierdzające żywotność polskiej szkoły dokumentu. W wakacyjnym „Kinie” obszerne relacje z imprezy, a ja podpisuję się pod pofestiwalową konkluzją Tadeusza Lubelskiego (Prawdziwe życie, „Polityka” 2010, nr 25), że najciekawszy nurt życia kina przenosi się do dokumentu. Za rok przekonamy się, czy ów polski ulepszony szybowiec wzbije się wyżej, czy też zacznie pikować w dół. Mam jednak nadzieję, że – niezależnie od lotniczych akrobacji – w Krakowie znowu czekać będzie szklanka orzeźwiającej wody. I że nie będziemy ćwiczyć oklasków przed galą.

Katarzyna Wajda

Omawiane pisma: „Film”, „Kino”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
OTWARTE SZAFY PAPIERU
FEMINIZM NIEJEDNĄ MA TWARZ
MOJE MIASTO, A W NIM...

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt