Witryna Czasopism.pl

nr 2 (252)
z dnia 20 stycznia 2010
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | teraz o... | autorzy | archiwum

felieton__CZYTAJCIE UWAŻNIE, BO NIE BĘDĘ POWTARZAŁ!

W moim żywocie tak wiele się dzieje! Otóż zdarzyła mi się swego czasu intrygująca przygoda. Przy jakiejś oficjalnej okazji zostałem mianowicie wręczony zestawowi municypalnych gadżetów, mających zaświadczać o istnieniu pewnego miejsca na Ziemi. Kwestia owego podarku niezawodnie musiała być pomyłkowa, bo kudy mi tam, robakowi, ale nieodgadnione jest miłosierdzie i niezbadana jego predylekcja do czynności podświadomych. Co do szczegółów samego incydentu, to po przeczytaniu paru następnych zdań Czytelnik przekona się, że takowe wystąpiły. Gdzieś na wysokości dziewiętnastego południka dopadł mnie natchniony pokurcz na samorządowym wikcie, sugerując niedwuznacznie, jakobym miał być ostatnim reprezentantem ludzkiej populacji, który jeszcze rzeczonego kosza prezentowego nie posiada. Przekazując tę sensacyjną wiadomość, ów kalikant dmący w powiatowe miechy wyciągnął jednocześnie w stronę piszącego te słowa pękate zakończenie prawej górnej kończyny. Jakże jednak ludzka uprzejmość bywa nieprzejednana! Cóż było czynić? Odwdzięczyłem się rekomendowanym przez fachowców od kindersztuby dygnięciem i powlekłem brzemię do miejsca zakwaterowania, uprzednio umówiwszy się z nachalnym darczyńcą na kolejne rendez-vous – po dwóch przeciwległych stronach rewolweru.

Czy rzeczywiście zaszła tu jakaś spektakularna okoliczność? Cóż, nie fatygowałbym Czytelnika, gdyby miało być inaczej. Czytajcie uważnie, bo nie będę powtarzał: zostałem wręczony. Nie zaszła tu żadna pomyłka. Tak, bowiem coś mi się zdaje, że wymieniony potlacz więcej ma ze mnie pożytku niżeli ja z niego. Oddałem zestawowi własne odnóża, zapewniłem dach nad głową. W końcu piszę hymn pochwalny na jego cześć. Niewiele w mym sercu dobroci, a i tak ją zmarnuję.

Zawartość – przy znakomicie wygimnastykowanej elegancji – nader pragmatyczna. Infernalny brelok z chromowanej stali – przedmiot mogący z wielkim powodzeniem przyozdobić fasadę szanującego się dyplomaty. Parka przyrządów piśmienniczych (skądinąd dwa samce, więc nici z przychówku). Co jeszcze? Kilka fantów minorum gentium: Św. Graal, Arka Przymierza, Pierścień Nibelunga. Listę zamykają nieodzowne, jakżeby inaczej, szpargały. Tytułem dygresji: zastanawiam się czasem, jaka to obsesja nakazuje tym żołnierzom wrzawy rozsiewać na prawo i lewo tony mniej czy bardziej gustownych gadżetów – owych misternych cacuszek całych w oksydacjach i grawerunkach, owych albumów fotograficznych ukazujących rzeczywistość fasadową, bezchmurną i – słowniki języka ojczystego bezwzględnie należy uzupełnić o to słowo – przesprzątaną. Przyczyny takiego stanu rzeczy zapewne należy szukać w nadmiarze gotówki. Nie jest to tak rzadka choroba, jak by się nam zdawało. Dla osób, którym tego autoramentu upominki dostają się rykoszetem – czyli takich jak ja – najlepszym wyjściem wydaje się śmietnik. Byłoby to jednak zbyt proste.

Otóż jeden z krzykliwych woluminów szczególnie przypadł mi do gustu. Rzecz nosi skromny tytuł Informator – Guidebook – Brochure d'Information (pozycja, co godne uwagi, trójjęzyczna). Troszku, słowem, historii, troszku biznesu, garść danych geo- i demograficznych, kapka infra- i ultrastruktury. W czym zatem problem? Ano w tym, że trzeba być niezłym popaprańcem, żeby czytać takie rzeczy dla przyjemności. Ale kto powiedział, że piszący te słowa ma czytać dla przyjemności? Wykonuję tę czynność w ramach ślubowanych umartwień. Przedsię nie muszę przypominać, iżem grzesznik.

Mamy niewątpliwie do czynienia z jednym z milionów i miliardów druków, jakie wydawane są przez urzędy promocji gmin i powiatów na całym Bożym świecie (jedna z takich instytucji bierze na siebie odpowiedzialność za wydanie naszego folderu). Rekomendacja ta wskazuje skądinąd na niską wartość komunikacyjną Informatora: nie znajdziemy tam ani liczby bezdomnych, ani, powiedzmy, współczynnika zabójstw. Co zatem znajdziemy? Ano garść truizmów. Ale jako że truizmy, wbrew nazwie, nikogo jeszcze nie otruły, pozwolę sobie zaprosić do lektury.

Wpierw jednak kilka zdań niezbędnego komentarza. Nie zdradzę nazwy tej rozkosznej krainy, płynącej wysokokalorycznymi cieczami, żebyś się nie zleciał milionowym hurtem, perło wśród czytelników, koczować nad błękitnymi lagunami owego raju na ziemi, pożywać z nieprzebranych zasobów owocowo-warzywnych, korzystać z prześcipnych urządzeń publicznych. Z wymienionej przyczyny imię owego szczęśliwego powiatu niechaj pozostanie enigmą. W dalszej części tekstu odwołam się do wieloznacznego kryptonimu: S***.

S*** jest miastem autentycznym. S*** leży na południu Polski. Więcej nie powiem.

Nie jest moim zamiarem droczyć się z Czytelnikiem. Chciałbym nadać konkretnemu przypadkowi urzędowego chwalcy krajobrazu pewien rys ogólny.

Zajrzyjmy do rozdziału Informacje podstawowe (General information – Information de Base): S*** leży, przez jego tereny przepływają, powierzchnia miasta wynosi, a liczba ludności sięga. Wiedza, przyznacie sami, skąpa. Dosadniej: sztampa, nuda i maruda. Bo które to z miast niby nie leży? Co to za powierzchnia, która nie wynosi? Prawdę rzekłszy, nie widziano jeszcze takiej ludności, która by nie sięgała. Z moich doświadczeń wynika, że ludność sięga bez najmniejszych skrupułów i w zasadzie niczym innym by się nie zajmowała, gdyby tylko istniała taka możliwość. Rozumiem, że autor stawia sobie za punkt honoru, by tekst prześlizgiwał się po powierzchni czytelnika i nie osiadał na jego intelekcie. Stąd ów dietetyczny idiolekt. Wydawcy takich pism mogą mówić o sukcesie, jeśli uda im się połączyć ekologię, ekumenizm i całkowitą bezkaloryczność. Mimo wszystko spróbujmy to i owo wyczytać.

Na stronie 17. naszego dzieła znajdujemy odpowiedź na pytanie, jaką formułę pomyślnego losu przygotowała dobrotliwa Opatrzność dla mieszkańców tego zakątka wszechświata. Czytamy na początku rozdziału Gospodarka (The economy – Économie): „Przemiany społeczno-polityczne, zapoczątkowane w Polsce po 1989 r., całkowicie odmieniły obraz S***. Restrukturyzacja gospodarki oraz likwidacja nierentownych zakładów przemysłu ciężkiego i wydobywczego doprowadziły do powstania całkiem nowych kierunków rozwoju miasta. Sprzyjały temu duża aktywność ludzi tworzących małe i średnie podmioty gospodarcze, rozwój edukacji i szkolnictwa wyższego oraz zaproszenie do S*** wielu poważnych inwestorów z kraju i zagranicy”.

Nieco poniżej Opatrzność uchyla rąbka czarczafu. Widział to kto, żeby dobrobytem ludności zaprzątali sobie uwagę nieznani sprawcy? Tedy w drugim akapicie cytowanego rozdziału życzliwe bóstwa zdradzają swe imiona: „Jednak sukces gospodarczy miasta to przede wszystkim zasługa władz samorządowych S***. To dzięki nim na miejscu stworzono odpowiednie warunki do rozwoju lokalnej przedsiębiorczości, szkolnictwa i powstania wielkich inwestycji”.

Na tym kończę lekturę. Zastanówmy się teraz nad takim problemem. Czy z punktu widzenia władzy pospolici obywatele – przedmiot jej nieustannej troski – nie stanowią en masse zbędnego nadmiaru? Pochylmy się z uwagą nad przytoczonym tekstem. Aktywność obywatelska, jak czytamy, „duża”, nie była jednak wystarczająca, by osiągnąć pełny „sukces gospodarczy miasta”. O tym – między wierszami – chce nas pouczyć autor naszego Informatora.

Otóż mam dla Państwa wyjątkowo ponurą wiadomość. Wszelkimi siłami próbowałem uniknąć tej konkluzji, lecz jest ona nieubłagana. Gdyby nie ta gnuśna większość, którą w istocie rzeczy stanowimy my sami, nasze miejscowości pogrążyłyby się na amen w rajskiej szczęśliwości. Obawiam się, że takie są przemyślenia municypalnych satrapów. Wiedzieliśmy, że plebejski żywioł psuje powietrze. Teraz dowiadujemy się, że także statystykę. Gdyby w rezultacie kosmicznej katastrofy (kosmicznej oczywiście w znaczeniu obalenia ładu i hierarchii, nie zaś zniweczenia Wszechświata) z naskórka naszych krain dało się spędzić szpecący trądzik obywateli, szwędliwych, nieznośnych, zakłócających ciszę nocną, a zostałyby na placu boju same władze – mielibyśmy, kochani, krainę miodem i mlekiem płynącą. Hic et nunc. Szarogęszenie wymienionych szaraczków – w naszych własnych osobach – nie może być uznane za żaden żywot.

Jeśli jakaś turystyka jest warta uprawiania, to czysto subiektywna. Koneserzy lokalnego krajobrazu miasta S*** upierają się, że najlepsze z walorów widokowych są widoki na przyszłość. Pozwolę sobie mieć inne zdanie. Jeśli chodzi o nasz kurort, to stanowczo polecam blondynki. Brunetki? Brunetki też oblecą. Zaprawdę, powiadam wam: nie chce się wyjeżdżać stamtąd tak bardzo, że zapobiegliwi nawet tam nie wjeżdżają, żeby wyjeżdżać nie tylko nie było ochoty, ale wręcz możliwości. Będę, krótko mówiąc, odstręczał. Siedem gór, chmur i dziewic – śmiałku, takie są przeszkody. Można się tam dostać przez ucho igielne wielbłąda.

Zostawmy w spokoju S***: jego skomplikowane ślimacznice, burżujskie pałace, pomnik tenora światowej sławy w centrum miasta. Zastanawiam się, jaki sens ma nasz Informator. Czy chodzi o przywabienie nowych ludzi (o czym zapewnia mądra głowa miasta w Wstępie do wymienionego arcydzieła)? Czy może raczej o przepędzenie już obecnych?

M.K.E. Baczewski

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
KAMPania
PROPAGOWAĆ NIEZALEŻNE
LOCUS VIRTUALIS

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt