Witryna Czasopism.pl

nr 18 (244)
z dnia 20 września 2009
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

LOCUS VIRTUALIS

1.

Wyobraźmy sobie, iż bierzemy udział w retorycznym agonie i że naczelną zasadą takiego konkursu jest losowanie przez każdego z uczestników jednego hasła, wokół którego powinno się osnuć swoje wystąpienie. Dalej obowiązuje już całkowita wolność inwencji, konstrukcji argumentów, doboru środków językowych, niemniej jednak kryterium ostatecznym będzie to, czy i w jaki sposób oddało się sprawiedliwość wyznaczonemu nam przez losowanie pojęciu.


Inni uczestnicy już wylosowali, już tworzą zamysły swoich wystąpień – pochwał, nagan, mów sądowych, w których na różne sposoby odniosą się do zadanych im tematów; w końcu losujemy i my. Pada na „wirtualność”. Słowo to obrosło już do tego stopnia asocjacjami wskazującymi, po pierwsze, na domenę informatyczną wyznaczaną m.in. przez virtual reality, po drugie, na nierzeczywistość określanego za pomocą tej kategorii przedmiotu, że zagospodarowanie tego poletka wydaje się bardzo niewdzięcznym zadaniem. Może okazać się ono niezwykle trudne do wykonania, bo jak tu powiedzieć coś oryginalnego; jego realizacja może też znudzić zarówno mówcę, jak i jego audytorium, rozczarowane znanymi już wszystkim, po raz kolejny przetworzonymi skojarzeniami i obrazami łączącymi się z pojęciem „wirtualności”.


W starożytnej i dziedziczącej po niej średniowiecznej tradycji retorycznej istotną rolę odgrywały techniki związane z zapamiętywaniem tekstów wystąpień opracowanych na wcześniejszych etapach przygotowywania mowy: inventio, dispositio, elocutio. Memoria, czyli pamięciowe opanowanie zgromadzonego materiału ubranego w odpowiednie słowa, była etapem bezpośrednio poprzedzającym wygłoszenie mowy, pronuntiatio. Do dziś ślady tych technik znajdziemy w różnej maści treningach mających poprawiać pamięć, a bazujących na kojarzeniu ze sobą elementów np. szyku wyrazów czy obrazów. Metody te są jednak wierzchołkiem prawdziwej góry lodowej − są „cieniem cienia” tworzonych z iście barokowym rozmachem technik. Jak bowiem inaczej można nazwać procedurę tworzenia sobie w głowie wielkiego opuszczonego gmaszyska, pełnego komnat, korytarzy, amfilad i kryjących różne zakamarki rzędów kolumnad, które orator powoływał do istnienia tylko po to, aby poupychać w nich obrazy i powiązane z nimi słowa i by móc je bez trudu odnaleźć w chwili, gdy nadejdzie czas wystąpienia?


Weźmy na razie pod uwagę wzmiankowane wyżej dwa pokrewne znaczenia „wirtualności”, to związane z środowiskami generowanymi komputerowo oraz to potoczne, wskazujące na nierzeczywistość tego, co „wirtualne” (w domyśle: w przeciwstawieniu do tego, co materialne, namacalne). Okaże się wówczas, że taką sztukę budowania w głowie, opartą na tworzeniu retorycznych miejsc pamięci, loci, można próbować podciągnąć pod kategorię wirtualności z wcale niezłym powodzeniem, jeśli spróbujemy ukazać antyczną sztukę memoria artificiosa jako daleki, nawet bardzo daleki prototyp tego, co obecnie rozumiemy pod pojęciem rzeczywistości wirtualnej.


Z takim właśnie intrygującym pomysłem zderza się czytelnik „Autoportretu” [2 (27) 2009], w całości poświęconego przestrzeniom wirtualnym. Rafał Wójcik, poznański mediewista i autor tekstu Locus spatiosus, pokazuje rozwój idei sztucznej pamięci, ukazanej już skądinąd kilka dekad temu w pięknej i fundamentalnej dla badań retorycznych klasycznej pracy Frances A. Yates Sztuka pamięci, okrasza przy tym historyczny wywód intrygującymi przykładami traktatów mnemotechnicznych pochodzących z polskich zbiorów bibliotecznych. Jest to świetne wprowadzenie w rozległy temat, rozgałęziający się na szereg problemów związanych z historią naszej kultury. W dodatku, mimo pozornego anachronizmu zestawienia VR (virtual reality) z artis memoriae, wydaje się ono dosyć trafne, zwłaszcza w dobie kulturoznawczych i historycznych poszukiwań dawnych antecedencji współczesnych nam technologii i koncepcji, realizowanych w ramach projektów badawczych zwanych oksymoronicznie archeologią nowych mediów czy nawet paleofuturologią (sic!).


2.

Okazuje się zatem, że, losując jako temat naszej przyszłej mowy hasło „wirtualność”, zetkniemy się z tą kategorią na dwóch poziomach: zarówno tematu wystąpienia, jak i na poziomie umiejętności wykorzystywanych do jego przygotowania, ponieważ tworząc sobie pamięciową reprezentację mowy w taki sposób, jaki zalecają dawne traktaty, będziemy kreować proto-wirtualną rzeczywistość.

Idźmy o krok dalej i zobaczmy w numerze „Autoportretu” przede wszystkim tekst, możliwy do zrekonstruowania jako labirynt komnat zawierających etykiety, obrazy i hasła, których można użyć w mowie na temat wirtualności, a następnie przyjrzyjmy się, jakim zagadnieniom autorzy poświęcili uwagę i jakie aspekty wirtualności zechcieli wydobyć.

Jeden z tropów podsuwanych przez autorów to architektura niezrealizowana, papierowa, znana jeszcze przed nastaniem ery komputerów, a tym bardziej przed ustawieniem w każdej pracowni projektowej komputera wyposażonego w oprogramowanie CAD. Różne koleje losu decydowały o tym, że dane założenie urbanistyczne czy projekt pojedynczego budynku pozostały tylko w sferze planów, bardzo często z przyczyn politycznych. Jarosław Trybuś w tekście Wirtualna metropolia zabiera czytelników na spacer po Warszawie, której nigdy nie było: Warszawie mocarstwowej, z (akurat zrealizowanym) monumentalnym Dworcem Centralnym, z Dzielnicą Marszałka Piłsudskiego, mocarstwowym placem Piłsudskiego, nowoczesną przestrzenią przygotowaną pod Wystawę Światową, która się nie odbyła, oraz z Polami Wilanowskimi (miała na nich stanąć świątynia Opatrzności Bożej, lecz obecnie deweloperzy budują tam kolejne apartamentowce). Taka Warszawa to byt, który można sobie unaocznić jedynie na podstawie ziarnistych zdjęć makiet i analiz historyków urbanistyki. Śledzenie dawnych projektów to wspaniała przygoda nie tylko ze względu na możliwość odkrywania zapisanych w połowie kart polskiej architektury modernistycznej, ale także dlatego, że przyglądając się takim projektom, możemy również prześledzić zjawiska występujące na styku architektury i polityki. Nawiążę tu do jednego z poprzednich numerów krakowskiego kwartalnika: niezrealizowana przebudowa Warszawy lat 30. miała być przestrzenią władzy par excellence, dziś w dużej mierze jest przestrzenią nieokreśloną, choć akurat cieszyć się wypada, że nie sili się stolica na to, by wejść w rolę imperialnego centrum...


Drugi trop podsuwany przez teksty zgromadzone w numerze to architektura, której już nie ma. Teksty Zoltána Gyolákayia (Po co nam wirtualny zabytek?) oraz Terry’ego Kirka (Burzenie Rzymu dla miasta z wyobraźni) otwierają pole do dyskusji na temat tego, co można zrobić z pozostałościami zabytków dawnych epok, jak je eksponować, jak daleko można się posunąć w rzeczywistej rekonstrukcji i jak się wspomóc technologią komputerową. Zwłaszcza pierwszy z wymienionych tekstów, pokazujący nieco absurdalny, węgierski przypadek, wydaje się interesujący. Węgrzy w trakcie różnych zawieruch wojennych, m.in. wojen toczonych z Turkami, stracili ogromną część swojego dziedzictwa architektonicznego, które zostało pokryte warstwą architektury barokowej oraz XIX-wiecznej zabudowy. Świadomość istnienia zabytków starszych niż te pochodzące z okresu potrydenckiego wydaje się być szalenie istotna z punktu widzenia polityki historycznej, zwłaszcza jeśli decydentom zależy na pokazaniu „długiego trwania” węgierskiej obecności na danych terenach. Nic dziwnego zatem, że podejmuje się ekscentryczne decyzje o rekonstrukcji zabytków architektury romańskiej. Zresztą również i w Polsce zdarzają się czy to projekty, czy to faktyczne realizacje, których celem jest uczynienie niektórych zabytków bardziej średniowiecznymi od samego średniowiecza. Pod rozwagę osób, którym takie pomysły po głowie chodzą, warto podsunąć jako memento tekst Gyolákayia: lepiej zainwestować w nowe technologie, rekonstruować na komputerze i umiejętnie zestawić efekty tej rekonstrukcji z istniejącymi pozostałościami, niż tworzyć fałszywkę, która miałaby rzekomo ściągnąć tabuny turystów złaknionych średniowiecznego miasteczka i mediewistycznej cepelii. Zysk może będzie wprawdzie mniejszy, ale proporcjonalnie mniejsza będzie też i śmieszność całego przedsięwzięcia.


Wreszcie trzecia komnata, trzecia część możliwej pochwały architektonicznej wirtualności: architektura niemożliwa. Kto widział projekt kroczącego miasta stworzony w latach 60. przez grupę Archigram, ten w lot pojmie, co może się kryć pod tą etykietą. Powykręcane, przełamujące zdroworozsądkowe przyzwyczajenia projekty Zahy Hadid to drobiazg w zestawieniu z teleskopowymi nóżkami, na których unosi się kroczące osiedle mieszkalne. Mamy tu do czynienia z jeszcze jedną sferą wirtualności dostępną architektom; tym razem staje się ona synonimem twórczej wolności, a projektowanie − domeną eksperymentu, stwarzaniem alternatywnych rzeczywistości, w których testowane są rozwiązania, mające znikomą, ale jednak szansę przeniknięcia do prawdziwego życia. Mieszczą się tutaj nie tylko dokonania Archigramu, wypadałoby włożyć do tej szufladki również wszelkie szalone wizje wczesnonowożytnych, szesnasto- i siedemnastowiecznych utopistów, jak również zamysły architektów modernistycznych, począwszy od pomysłów duetu Le Corbusier − Xenakis (pisze o nim Dorota Jędruch w tekście Poemat elektroniczny poświęconym realizacji pawilonu Philipsa, w którym była prezentowana audiowizualna praca Edgara Varèse’a), a skończywszy aż na tworzonych przez Oskara Hansena projektach miast przyszłości, takich jak Linearny System Ciągły, miasto ciągnące się od południa Polski po wybrzeże (notabene, na analogiczny pomysł wpadł Le Corbusier). Mimo upływającego czasu zmieniło się tylko medium: wcześniej tworzono papierowe traktaty, teraz możemy modelować urbanistyczne utopie na komputerze; jedynym ograniczeniem jest nasza własna wyobraźnia, której nikt i nic nie wyręczy.


3.

Przedstawione wyżej problemy dotykają jeszcze jednego zagadnienia, którego prezentacji w formie przeglądowego eseju podjął się Grzegorz Jankowicz. W tekście Reguły ekfrastycznej gry krakowski literaturoznawca pokazuje spory związane z rozumieniem kategorii ekfrazy, toczące się poniekąd już od narodzin retoryki i filozofii. Ekfraza nie jest w świetle tego tekstu kolejnym niewinnym narzędziem oferowanym przez klasyczną retorykę, nie opisuje tak po prostu dzieła sztuki lub jakiegokolwiek artefaktu. Czystość straciła już dawno temu i stała się w zamian swoistym węzłowym punktem, w którym ścierają się różne stanowiska w kwestii reprezentacji, relacji obraz−rzecz, słowo−rzecz, wreszcie triady rzecz−obraz−słowo oraz ontologii przedstawienia. Choć sam autor nie przychyla się do definiowania tego czy jakiegokolwiek innego pojęcia za pomocą metafory, można by próbować powiedzieć wbrew jego intencjom, że ekfraza to poligon, na którym muszą być przetestowane kolejne stanowiska dotyczące trapiącego ponowoczesność problemu przedstawienia.


Jak się ma do tego wszystkiego wirtualna na różne sposoby architektura? A czym jest ten numer wybitnego krakowskiego czasopisma, jeśli nie właśnie zbiorem ekfraz, opisów czegoś, co właściwie nigdy nie będzie nam dane w sposób bezpośredni − bo wirtualne zabytki pozostaną zawsze wirtualnymi konstrukcjami wyświetlanymi na ekranie komputera, a jeśli zostaną zrekonstruowane, to i tak nie będą tymi samymi budynkami. Projekty niezrealizowanej zabudowy Warszawy pozostaną papierową/wirtualną architekturą. Niemożliwe osiedla grupy Archigram czy Hansena będą tylko świetnymi, odważnymi projektami przekraczającymi nasze wyobrażenie o mieście i przestrzeni − chyba że rzeczywistość przerośnie nasze oczekiwania, jak od czasu do czasu zwykła czynić...


Pisząc zatem o związkach wirtualności, przestrzeni i architektury, nieuchronnie wpadamy w wir problemów wyrastających z zagadnienia ekfrazy, zwłaszcza zaś w ontologiczno-epistemologiczny problem pierwszeństwa opisu względem opisywanej rzeczy. Jeśli bowiem nie istnieje (lub nigdy istnieć nie będzie) jakaś konstrukcja architektoniczna, to jej opis nieuchronnie staje się jedynym źródłem wiedzy o niej, nie ma wszak możliwości bezpośredniego doświadczenia nowej przestrzeni. Nie ma szansy na to, by stanąć przed fasadą innego Dworca Centralnego w Warszawie niż ten, który znamy, ba, nawet nie przejdziemy się już wzdłuż muru berlińskiego (co akurat jest niezaprzeczalnym szczęściem dla całej Europy). Słowa zatem, względnie obrazy − to jest jedyne, co nam pozostało. Dobrze, że autorzy „Autoportretu” używają ich z taką maestrią.

Michał Choptiany

Omawiane pisma: „Autoportret”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
PRZYGODNE FABUŁY TEORETYCZNEGO UMYSŁU
„LIBERTÉ!”: ILE PLATFORMY W PLATFORMIE?
JAKI JEST TERAŹNIEJSZY STAN CZASOPISM POLSKICH?

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt