Witryna Czasopism.pl

nr 13 (239)
z dnia 5 lipca 2009
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

NA WSCHÓD OD CZASU

Czerwcowa „Odra” (nr 6/2009) ukazała się w czasie wyborów do Europarlamentu, gdy polityczni komentatorzy zastanawiali się nad ideą zjednoczonej Europy oraz nad tym, na kogo warto głosować, by swojego głosu nie stracić. Echa tych dyskusji słychać już na pierwszych stronach wrocławskiego miesięcznika, mnie jednak najbardziej zainteresował artykuł Jeremiego Sadowskiego (Amerykańska teczka „kuzynka diabła” – czyli Józef Retinger w drodze do zjednoczonej Europy), który przybliża sylwetkę Polaka uznawanego za jednego z Ojców Europy.


Józef Retinger miał bardzo bujną biografię. Edukował się na najważniejszych uniwersytetach europejskich, był związany z awangardą paryską i krakowską „Chimerą”. Wydawał „Miesięcznik Literacki i Artystyczny”, wokół którego skupił takich artystów, jak Bolesław Leśmian, Leopold Staff, Stanisław Wyspiański czy Leon Wyczółkowski. To tylko jedna z twarzy Retingera: inteligenta i działacza kulturalnego, który szybko zrobił błyskotliwą karierę. Do tego dochodzi jego działalność polityczna. Podczas drugiej wojny światowej był doradcą premiera Sikorskiego, a nawet prowadził tajne rozmowy z rządem Czechosłowacji na temat zawiązania federacji polsko-czechosłowackiej, która miałaby się stać zalążkiem struktury środkowoeuropejskiej. Doradca premiera był jednak figurą mocno podejrzaną, związaną ze służbami specjalnymi Stanów Zjednoczonych. Ta część jego biografii jest niejasna i trudna do jednoznacznej oceny. Mimo to „polski Ojciec Zjednoczonej Europy” był jednym z najbardziej aktywnych politycznie i artystycznie ludzi tamtej epoki, a jego życie przypomina scenariusz dobrego kryminału lub filmu sensacyjnego.


Z dala od politycznej wrzawy – do Indii – zabiera nas w swoim tekście Anna Trzeciakowska. Autorka „stara się z wielkim wysiłkiem, a również z pokorą należną przedmiotowi tych rozmyślań – zrozumieć Indie”. Luksus podróży pociągiem Palace on Wheel kontrastuje jednak z niewyobrażalną biedą Hindusów. Trzeciakowska wspomina jednak o tym tylko przez chwilę, konkludując, że sama jest w stanie dać najwyżej parę rupii żebrakom. Jednak nawet szczera chęć pomocy okazuje się złym pomysłem, gdyż naraża ją na niebezpieczeństwo ze strony miejscowych sprzedawców, którzy zbiegają się na widok pieniędzy. Podróżniczka dzieli się swoimi spostrzeżeniami na temat kultury, architektury, ale też tak „prozaicznych” sytuacji, jak przejażdżka na słoniu, atrakcyjna dla niej dzięki znanym literackim opisom autorstwa Rudyarda Kiplinga i Henryka Sienkiewicza. Wydaje się jednak rozczarowana faktem, że nawiązanie kontaktu z tym dobrym i mądrym zwierzęciem nie wypada dla niej pomyślnie, a słoń to w gruncie rzeczy zwierzę gruboskórne. Warto też w jej relacji (pt. Indie) zwrócić uwagę na historię Różowego Miasta, które w 1876 roku pomalowano na różowy kolor z okazji przyjazdu księcia Walii. W Mieście, zaplanowanym przez oświeconego maharadżę, znajduje się np. osiemnastowieczne obserwatorium astronomiczne, ale i wiele innych obiektów naukowych. Wszystko wskazuje na to, że warto podążyć szlakiem Anny Trzeciakowskiej.


Kolejny interesujący „podróżniczy” tekst zamieszczony w „Odrze” to Etnograf na wschód od czasu Emilii Sułek. Jak wynika z przeprowadzonej przez Sułek zabawnej analizy, typowy etnograf, gdy wyruszy w podróż, ubolewa, że „jego ludzie w wiosce budują nowe domy, nie chcąc mieszkać w starych, gdzie był taki ładny piec”. Sam ceni sobie zwłaszcza szybkość i wygodę, „na wschód od czasu” wybiera się zatem zaopatrzony w liczne elektroniczne gadżety, bez których nie wyobraża sobie życia. Jego terenowi rozmówcy powinni jednak stale korzystać z dawnych narzędzi, wystrzegać się nowoczesnej muzyki i telefonu komórkowego jak diabeł święconej wody – choćby po to, by mógł skończyć swoją książkę wnioskiem, że są jeszcze miejsca na ziemi, gdzie czas się zatrzymał. Romantyczne zacofanie ekscytuje etnografa, ale sam chce być tylko obserwatorem; w podróży wozi ze sobą kilogramy mydła, odżywki do włosów, zapas wybielającej pasty do zębów, a kiedy chce odpocząć, włącza sobie amerykański film i otwiera puszkę coca-coli. Sułek próbuje odpowiedzieć na pytanie, kim naprawdę jest „badacz ludzi”, który przecież dość często odmawia podmiotowości swoim rozmówcom, traktując ich wyłącznie jak przedmiot badań, mający spełnić jego oczekiwania lub potwierdzić wcześniej sformułowane teorie. Autorka podkreśla, że etnograf nie może się izolować od badanej społeczności, nie powinien wracać z wyprawy taki sam, jaki był, gdy wyjeżdżał – niezbędne jest przejście jakiejś metamorfozy.


Najciekawsze, moim zdaniem, są w czerwcowym numerze dwa eseje. Pierwszy z nich to Sny, zamki, pałace Jana Tomkowskiego. Zwiedzanie bawarskich zamków stało się dla autora bodźcem, by wyjaśnić, jakie znaczenie mają pałace i zamki, jakie sny i marzenia kierowały ludźmi, którzy wznosili niewyobrażalnie kosztowne budowle. Tomkowski wyjaśnia główną różnicę między zamkami i pałacami. Te pierwsze służyły celom obronnym i posiadali je już bohaterowie greckich mitów, tymczasem pałace w mitologii greckiej zamieszkiwali przede wszystkim bogowie. A zatem ludzie zaczynają budować kosztowne budowle, kiedy odnajdą w sobie boską cząstkę. Interesujące jest to, jak silny nacisk Tomkowski kładzie na zależności między życiem i architekturą, w jaki sposób sny władców wpłynęły na rozwój zamków i pałaców, ale też to, w jaki sposób te budowle wpłynęły na nich samych. Ta zależność jest szczególnie wyeksponowana, gdy autor opisuje Linderhof i Neuschwanstein. Obie budowle łączy osoba Ludwika II Bawarskiego, postać tragiczna, cierpiąca na starość na chorobę psychiczną i mizantropię. Władca prawa do samotności nie posiada, może jedynie uciec z całym dworem z jednej rezydencji do drugiej. Tak uczynił Ludwik XIV, budując Wersal, podobnie postąpił Ludwik II Bawarski – zbudował kameralny pałac, by uciec od przepychu Neuschwanstein. Dziś, po prawie 150 latach, obie posiadłości Ludwika zwanego Szalonym ciągle tętnią życiem, wypełniając się milionami turystów. Neuschwanstein został dodatkowo spopularyzowany przez Disneya, który uczynił go swoim znakiem rozpoznawczym. Tomkowski, jak przystało na rasowego gawędziarza i erudytę, nie stroni od szczegółowych informacji. W czasie lektury warto mieć włączoną przeglądarkę internetową i na bieżąco oglądać wszystkie budowle.


Drugi esej pt. Piotruś Pan, syn Alicji napisał Pietro Citati. Zajął się lekturą tytułów powszechnie uznawanych za adresowane do dzieci; po lekturze tego artykułu dostrzegamy w dziele Lewisa Carrolla świat, w którym jedynym obowiązującym prawem jest metamorfoza, a rzeczywistość stoi w opozycji do języka. Autor dostrzega tu nawet zbieżność z teoriami Ferdinanda de Saussure’a, który oddzielał wyraźnie element znaczący i znaczony. Do relacji między znaczącym i znaczonym odsyła bowiem także świat, do którego trafiła Alicja. Leży on najwyraźniej obok naszej rzeczywistości, jest innym wariantem logiki, praw i języka. Słowa, które próbuje wypowiedzieć bohaterka, zostają przemienione według reguł obowiązujących po drugiej stronie lustra; odnajdziemy tu idealny przykład umowności naszego języka, który nie jest adekwatny do rzeczywistości fizycznej. Citati dowodzi, iż Piotruś Pan mógł powstać tylko dlatego, że wcześniej napisano Alicję w Krainie Czarów. Nibylandia również jest „światem równoległym”, tyle że żyją w niej dzieci-ptaki. Główny bohater nie chce dorosnąć ani przestać latać na granicy rzeczywistości, w której rządzą dziecięce prawa wyobraźni. Alicja… jest matematycznie przemyślana, Piotruś… raczej zaprzecza nieubłaganym, logicznym konstrukcjom. Obie książki biorą swój początek w marzeniach o świecie zupełnie innym niż ten, który jest nam dany na co dzień, co trafnie zauważył Pietro Citati. Więcej o autorze artykułu, jego powieściach, życiu i esejach pisze Urszula Kozioł (Z poczekalni).

Zapraszam do lektury „Odry”.

Michał Bryzek

Omawiane pisma: „Odra”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
felieton__ĆWICZENIÓWKA Z WYGNANIA
felieton ___NIESPECJALNIE PRZYZWOITE SŁOWO NA „P”
WIĘCEJ NIŻ SOLIDNIE

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt