Witryna Czasopism.pl

nr 8 (234)
z dnia 20 kwietnia 2009
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | teraz o… | autorzy | archiwum

felieton__ĆWICZENIÓWKA Z WYGNANIA

We współczesnych kodeksach karnych nie znajdziemy kary banicji; kara ta, zdaje się, banalnie wyszła z mody. By zrozumieć dotkliwe okrucieństwo owej szykany, trzeba by się odwołać do pola semantycznego wyrazu, który w językach europejskich służy do określenia pojęcia państwa. Zachodnie języki przechowały znamienną dwuznaczność: angielskie state, francuskie etat – słowa te oznaczają nie tylko „państwo”, lecz także „stan”. Człowiek wydalony z rodzinnego kraju zostaje zatem wyrwany ze stanu, w jakim się znajdował, a tym samym przymuszony do nieustannego ruchu. Problem jego wygnania nie dotyczy tylko i wyłącznie związków emocjonalnych z ojczyzną, przywiązania do ziemi oraz narodowych obyczajów czy wreszcie okrzepnięcia w społecznych strukturach. Tu chodzi o wyrwanie ze stanu przyrodzonego, z kondycji, w jakiej człowiek przyszedł na świat i w jakiej winien żywot zakończyć.

Państwo, które dokonuje aktu banicji, nie jest stanem nabytym, lecz strukturą naturalną, sposobem istnienia jednostek wdrożonych z racji urodzenia w tryby społecznej maszynerii. Ta struktura nie jest dynamiczna. Jej urok tkwi w swego rodzaju egzystencjalnej gwarancji. Państwo nie daje obywatelowi żadnego przywileju, daje mu natomiast istotę. Człowiek pozbawiony swojego miejsca musi stale na swoje miejsce powracać. Legenda o utraconym królestwie jest bezpośrednio zakorzeniona w micie o wygnaniu z Raju.

Ludzka egzystencja na warunkach podyktowanych przez taką koncepcję państwowości przypomina sytuację istoty znajdującej się na puszczonym w ruch eskalatorze – by utrzymać się w jednym miejscu, musi ona biec z całych sił.

Królowi bez ziemi nie wolno się osiedlać byle gdzie. Musi on dołożyć wszelkich starań, by utracone królestwo odzyskać. A ponieważ zgodnie z kanoniczną legendą traci on swoje dziedzictwo w wyniku czyjegoś podstępu, w trakcie zabiegów o odzyskanie dziedzictwa przysługuje mu bardzo liberalna dyspensa od moralności. Wszelkie teorie spiskowe czerpią werwę i natchnienie z pierwszej zdrady i pierwszego spisku, tego, który odbył się pod Drzewem Wiadomości. Zarazem zasługują na takie samo potępienie. Oczywista rzecz, że korzeniem zła jest skłonność do snucia intryg.

Banita czyni zatem jeszcze większy występek, gdy próbuje się osiedlić w miejscu wygnania. Jego obowiązkiem jest odzyskać utracone królestwo. Udowodni swoją niewinność pod warunkiem, że rozbroi aparat zdrady.

Wszystko to wzięte do kupy stanowi bardzo prostą, bardzo przy tym użyteczną wersję metafizyki państwowości. Aż dziw, że to koncepcja zarzucona w zamęcie historii. Państwo nie jest już bowiem naszym stanem posiadania. Jest strukturą pożądaną i wymaganą – horyzontem.

Wątek stosunków społecznych w podupadających imperiach podejmie realistyczna proza. Dla naszych dociekań istotny będzie wniosek, że każdy, kto w tamtych czasach tracił grunt pod stopami, zyskiwał tym samym patent zdradzonego monarchy.

Stało się coś, czemu dziwnie jakoś nie umiem przebaczyć. Na mym biurku wylądował fragment podręcznika całkiem nowej dziedziny wiedzy. To cząstka pragmatyczna, sama ćwiczeniówka; acz sam tom nader solidny, liczący 365 stron. Teoretycznej części wykładu nie znajduję na Allegro. Czy nie wygląda to na zachętę, bym sam sobie ją uzupełnił?

Sytuacja jest niedogodna: student zasiada do pracy domowej pozbawiony aksjomatów, tez, tabel, wzorów i definicji. Przypomina to nieco położenie adepta sztuk muzycznych, któremu wręczono partyturę do odegrania, lecz nie dano instrumentu.

Pora wyłożyć karty na stół. Rzeczonym szczątkowym podręcznikiem jest książka Feliksa Netza Ćwiczenia z wygnania wydana przez Instytut Mikołowski w 2008 roku. Rzecz jest nowa, więc parę słów o jej treści. Ćwiczenia to zbiór esejów literackich: śląski autor pogrupował teksty w pięć rozdziałów, odzwierciedlając w ten sposób główne pola swej publicystycznej aktywności. Pierwsza część zatem zawiera teksty poświęcone pisarzom węgierskim: przez pryzmat ich jednostkowych losów ukazuje się in extenso ponury obraz węgierskiego społeczeństwa napawającego się iście dialektycznymi urokami socjalistycznej nowinki ustrojowej. Feliks Netz jest pracowitym tłumaczem, komentatorem i znawcą węgierskiej literatury. Bohaterami szkiców są więc po większej części autorzy, których dzieła sam przekładał: Sándor Márai, Imre Kertész, Ferenc Juhász. W drugiej części naszej książki znajdujemy rozważania nad motywem samobójstwa w prozie Hłaski, Lema, Uniłowskiego, Iwaszkiewicza. Część trzecia z kolei to eseje zadedykowane wielkim emigrantom: Sołżenicynowi, Brodskiemu, Nerudzie, Henrykowi Beresce. Czwarta natomiast zawiera teksty związane (nieco luźniej) z problematyką artystyczną – traktując to ostatnie sformułowanie w sposób nader ogólnikowy. Niemniej na szczególną uwagę zasługują trzy szkice o tematyce filmowej – Feliks Netz jest mistrzem publicystyki filmowej, autorem potrafiącym utrzymać w ryzach i – co za tym idzie – w odpowiednich proporcjach kompetencję i entuzjazm. Wreszcie ostatnia i piąta część: publicystyka śląska. Czytelnik znajdzie tu teksty poświęcone wybitnym postaciom związanym z tym regionem: Henrykowi Wańkowi, Kutzowi, Lechowi Majewskiemu, Julianowi Kornhauserowi.

Zostawiając rozważania nad urodą książki (niewątpliwą) czującym do tego powołanie, chciałbym skoncentrować się na kwestii, która może nie jest pierwszorzędną dla oszacowania wartości Ćwiczeń, natomiast, jak się zdaje, przyczyniła się do powstania tego tomu. Książka Netza nie chce być li tylko przygodnym zbiorem tekstów, połączonym w jedną całość przypadkowym gestem autora. Zebrane tu szkice tworzą pewną narrację. Przedmiotem owej narracji jest posępna, traumatyczna, ale także, jak się okazuje, inicjacyjna figura wygnania.

Jaka jest więc formuła wygnania według Netza? Zacznijmy od opowieści: „13 marca, rok 1955. Pociąg Wrocław-Opole-Kraków. Wysiadam na dworcu, tym starym oczywiście; Wyspiański miał tu przesiadkę w drodze do Paryża. Napisał kartkę, że Katowice to okropna dziura. Kartka się zachowała! I wchodzę w Katowice, wtedy Stalinogród. W miasto obce, nieznane, zimne. Wchodzę z babcią, to była cioteczna babcia. Miała 85 lat. Kiedy zobaczyła napis STALINOGRÓD, zapytała mnie cicho: czy to już za Uralem?”.

Bohaterem przytoczonych słów jest sam autor Ćwiczeń. Przywołany tu cytat pozwala poszerzyć perspektywę wygnania. Nie chodzi tylko o to, że wypędzeni bywali ludzie, wypędzano również całe miasta (przydarzyło się to rodzinnej miejscowości Sándora Máraiego, Kassom): w gruncie rzeczy ów autobiograficzny urywek opowiada o przybyciu wygnańców do wygnanego miasta. Teza Netza zyskuje tym samym rozległość znaną bohaterom powieści Lawrence'a Durrella i wygnanym aniołom z syryjskiego Hymnu o Perle. Wygnanie nie jest dziś karą, jest elementem kondycji ludzkiej. Na emigrację wyruszył cały świat.

Skupmy się na poszczególnych historiach. Poeta John Guzlowski przyjął szyfr wygnania zakodowany w łańcuchu DNA. Jest banitą w drugim pokoleniu. W esejach z kolei poświęconych Iwaszkiewiczowi i Niżyńskiemu pojawi się problem wygnania z ortodoksyjnej heteroseksualności w heterodoksyjną ortoseksualność. Wygnanie z ludzkiej intymności – to z kolei przedmiot szkicu poświęconego powieści Wspólny pokój Zbigniewa Uniłowskiego. Dalej mamy Wacława Niżyńskiego – wypędzonego z własnej tożsamości.

Wolałbym nie ryzykować snucia domniemań, co za rodzaj wygnania dotknął bohaterów śląskich esejów Netza: ewentualna konkluzja mogłaby postawić politykę administracyjną naszego kraju w mocno nieprzychylnym świetle.

Prostoduszny algorytm wygnania jawi się przed nami z nieodpartą natarczywością: totalitarny reżim, ponury celnik, paszport bez prawa do powrotu. Łatwe. Zbyt łatwe. Lecz oto w tekście Netza poświęconym Sándorowi Máraiemu pojawia się następujące kwestia z dziennika pisarza:

„W r. 1950, opuszczając swój kraj, Sándor Márai zanotował w Dzienniku: »Wszystko stracone, wszystko. Język, kraj rodzinny, sens pracy, młodość«. Ale potem: »Nareszcie jestem wolny!«”.

Skąd wolność? Właśnie w tym miejscu, gdzie byśmy się jej za nic nie spodziewali?

Brodski pisze: „jeśli poeta nie zniesie trudów wygnania, nie powinien za własną porażkę obwiniać okoliczności, po prostu tyle jest wart”. Surowa to ocena. Dla kontekstu przywołajmy fragment wiersza napisanego przez bohatera Daru Nabokova: „Dziękuję ci, rodzinny kraju, za oddalenie złe, dziękuję!” Różnica elementarna. U Brodskiego emigracja pokazuje, co poeta jest wart; u Nabokova wygnanie stwarza poetę.

Przytoczmy teraz słowa autora Ćwiczeń z wygnania: „to, co mnie nie zabija, wzmacnia mnie – mówi Fryderyk Nietzsche. Trawestując tę myśl, Czesław Miłosz powiada tak: Jeśli emigracja mnie nie zabiła, to znaczy, że mnie wzmocniła”.

Myśl Netza brzmi więc tak: wygnanie jest próbą charakteru.

To książka, w której nie znajdziemy błyskotliwej sentencji ni wdzięcznego skrótu. Mamy za to świadectwo długoletniej, solidnej pracy nad materią nieakademicką. Netz stosuje wygnanie jako uniwersalną formułę współczesnej ludzkiej egzystencji. „Wiek XX – powiada autor Ćwiczeń – dosłużył się niezbyt chwalebnego miana STULECIA WYGNANIA”. Nie chodzi tu jednak o utratę raju koegzystencji z Naturą czy też wątpliwego edenu niewinnego konsumpcjonizmu. Chodzi o to, żeśmy powypadali, jak to określił niegdyś Ortega w Buncie mas, z orbity naszych przeznaczeń.

Autor Ćwiczeń z wygnania jest eseistą precyzyjnym. Bez wątpliwości. Podczas lektury tej książki przyszła mi jednak na myśl popularna niegdyś anegdota o plemniku-championie i rzeszach jego pobratymców, którym nie dane było ujrzeć metaforycznego światełka u wyjścia z tunelu. Ba! Anegdota owa nie oddaje w całej rozciągłości ponurego losu tych sympatycznych żyjątek. Cóż bowiem z tymi, które namachały się witkami, lecz w niewłaściwym tunelu? Co z tymi, które nie ujrzały tunelu wcale? Co wreszcie z peletonem nieudaczników, który pędzi co tchu do oczyszczalni ścieków? Co w końcu z pechowcami, którzy rzucają się do wyścigu poza sezonem lekkoatletycznym? Za tymi ostatnimi nie wstawi się nawet Watykan.

Netz rozważa, w jakich warunkach i w jaki sposób przeżycie traumatyczne może nas uszlachetnić. I tu pojawia się problem. Co z tymi wygnańcami, którym się jednak nie powiodło? I oni doczekali się swojego rzecznika. Patronuje im Emil Cioran, niezrównany piewca bałkańskiej nonszalancji, autor książki Ćwiczenia z zachwytu. W pewnym sensie te dwie ćwiczeniówki, Netza i Ciorana, uzupełniają się nawzajem.

Rozumiem i głęboko szanuję książkę Netza. To kawał dobrej roboty literackiej. Niemniej – idąc w ślady Ciorana – sekunduję przegranym.

I jeszcze jedno. Nigdy nie widziałem większych powodów, by oddawać hołd stuleciom jakimś szczególnym epitetem. Jaka siła uruchamia tę tajemniczą energię? Odpowiedź może być prosta. Nie godzimy się żyć w czasach anonimowych. I może jeszcze jedno. Kupujemy sto rozmaitych lat w jednym pakiecie. Być może chodzi o to, żeby było taniej.

Mieliśmy Wiek Świateł (XVIII), Wiek Pary (XIX), Wiek Komór Gazowych (XX). Owa nomenklatura ma, sądzę, jedną zaletę. Sprawdza się w roli dostawcy rymów. Feliks Netz proponuje połączyć z wiekiem XX metaforę wygnania. Dobra nasza, spróbujmy odrzucić na bok uogólnienia, pamiętając, że już w czasach antycznych mierzono wartość dziejów podług ciężaru atomowego pewnych pierwiastków.

Cóż nam wzbrania opisać XX stulecie jako pewien zawity okres czasu, spięty klamrą wygnania? W sensie powszechnym – zgoła nic. Mnie osobiście natomiast – jedno. Otóż jakakolwiek miałaby być treść metafory, jaką dam czasom, w którym przyszło mi żyć, szukając owego stylistycznego spoiwa – dam dowód czułości.

Jak to powiedział Miłosz? Die Likwidation? Myślałby kto, a nie wiedział. Poeta zastrzegł sobie monopol na dziejową frustrację. A cóż mógłby powiedzieć taki na przykład Charon?

Pamiętam ten dzień jak dziś: spadła z kalendarza kartka z napisem: 31 grudnia 2000 r.; stary papież otworzył rzeźbione drzwi. W ckliwej orkiestracji operatorów Rai Uno obrazek wybrzmiał tak, jakby papież odkrywał przełaz wiodący wprost w wygwieżdżone rzymskie niebo. No i co? Czy coś wróciło na swoje miejsce? Wiek XXI też będzie wiekiem wygnania.

M.K.E. Baczewski

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
TURYSTA AUTENTYCZNY
Spodziewane niespodzianki
W sprawie oscypków

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt