Witryna Czasopism.pl

nr 3 (229)
z dnia 5 lutego 2009
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

POZJADANE JAGODY

Do Kołomyi najlepiej pojechać pociągiem nocnym ze Lwowa. To dużo wygodniejsza forma transportu niż podróż autobusowa i bezpieczniejsza niż autostop. Masz swoje miejsce do spania, nawet pościel dostaniesz. Świeżą, w folii, jeszcze pachnącą maglem-krochmalem. A ileż to osób można poznać w takim wagonie! Wszyscy z gitarami, ze śpiewem na ustach. Harcerze, turyści. W mundurach, flanelach, ze złotymi zębami, z butelką wódki w plecaku. Jak się do nich uśmiechniesz, to zaraz zaproszą do wspólnej biesiady. U konduktora piwa się dokupi i można tak siedzieć do rana i słuchać, jak śpiewają, jak snują opowieści. To nic, że ukraińskiego nie rozumiesz.

Bardzo chciałam, żeby mi zaśpiewali jaką kołomyjkę, oni jednak mieli własny repertuar, bez kołomyjek. Ja znam jedną, tę o czerwonym pasie. Śpiewali ją znajomi moich rodziców – kresowianie pierwszego i drugiego pokolenia – podczas naszych wspólnych spotkań o zabarwieniu biesiadnym. Często z kielichem w ręku, zawsze z łezką w oku. Gdy śmiechy i rozmowy ucichły, ogień (jeśli był) lekko już przygasł, wtedy ktoś intonował Czerwony pas, za pasem broń… Przy refrenie: Tam szum Prutu, Czeremoszu, Hucułom przygrywa… wszyscy wymachiwali rękami, czapkami i parasolkami (jeśli je mieli na podorędziu), a ja zastanawiałam się, co to takiego ta kołomyjka, gdzie płyną Prut z Czeremoszem i skąd te szkliste oczy. Pierwszych dwóch rzeczy dowiedziałam się stosunkowo wcześnie, z wielkiego atlasu oprawnego w ciemną skórę. Żeby zrozumieć wzruszenie kresowiaków, musiałam przybyć do miasta nad Prutem.

Do Kołomyi pojechałam z kimś, kto szukał tam czegoś ważniejszego niż ja – swoich korzeni. Chciał odnaleźć dom, w którym urodziła się babcia, zobaczyć kościół, w którym wzięła ona ślub z dziadkiem oraz cmentarz, na którym pochowała rodziców. Niezwykła podróż, wspólne poszukiwania, chłonięcie wietrzejącej atmosfery przeszłości – to wszystko pozwoliło mi pojąć, jak dobrze i przyjemnie jest pamiętać.


Jung, tarot i enneagram


To właśnie problem pamięci jest spoiwem tematycznym, łączącym wszystkie teksty styczniowego „Śląska” (1/2008). Numer otwiera wywiad Elżbiety Binswanger z gliwicką wróżką i psychologiem, Heleną Rajtar-Zubek (Ach, przewidzieć przyszłość!). Pół strony zajmuje zdjęcie, które można by nazwać portretowym, gdyby nie fakt, że osoba portretowana znajduje się na drugim planie, pierwszy zaś zajmuje pokaźnych rozmiarów storczyk. Zabierając się do czytania, nie spodziewałam się wiele po rozmowie z wróżką zasłaniającą się kwieciem. Zawartość trzech stron tekstu mile mnie zaskoczyła. Pani Helena nie przemawia do czytelników z pozycji wszystkowiedzącej wyroczni, guru operującego niejasnymi pojęciami i opowiadającego brednie o katastrofach przyszłości. Stwierdza otwarcie, że nie leży w jej mocy odczytywanie przyszłości osób kierujących do niej swe kroki, jest ona w stanie tylko pomóc im wejrzeć w głąb siebie, by pogodzić sprzeczne aspekty ich osobowości i zbudować wewnętrzną harmonię. A to – według Heleny Rajtar-Zubek – wymaga zapoznania się ze swoim wewnętrznym dzieckiem i zaakceptowania go, czyli stałego i świadomego zakotwiczenia się we własnej przeszłości.

Nie czuję się przekonana do wszystkiego, o czym mówi pani Rajtar-Zubek. Podejrzewam, że jest to uładzona wersja jej poglądów i że zaledwie rąbek wróżbiarskiej tajemnicy został nam uchylony. Czy mam rację – o tym warto przekonać się samemu. Tym bardziej że z przeczytania wywiadu płynie dodatkowa korzyść: dowiadujemy się, czym jest enneagram i kto wróży z monet.


Problem z Czechami


Dalej w numerze pojawia się problem potrzeby nieustannego rewidowania i pielęgnowania pamięci zbiorowej. W artykule Lecha M. Nijakowskiego Śląski bałkański Kaukaz mowa jest o tym, jak niebezpieczne mogą być przekłamania historyczne, których nikt nie prostuje oraz jak łatwo popaść w ksenofobię, kiedy nie rozumie się pojęcia regionalizmu, a wspólnotę narodową pojmuje się jako grupę ludzi o tej samej przynależności etnicznej, wyznaniu i poglądach, w której nie ma miejsca na inność. W apelu adresowanym do nas wszystkich autor podejmuje próbę wyłożenia dążeń politycznych Ślązaków, wielokrotnie przy tym powtarzając, że Polsce nie grozi secesja regionów południowych. Udowadnia, że niestosowne jest porównywanie sytuacji Śląska do tej panującej w Kosowie, a ten, kto aktywizuje dyskurs „troski o polskość” tego regionu w obliczu zagrożenia jego utraty na rzecz Niemiec, naraża się tylko na śmieszność.

Dalej następują po sobie dwa artykuły traktujące o czeskich grzechach wobec Polaków (czy ktoś oprócz historyków pamięta jeszcze, że takie popełniono?). Pierwszy to Zabór Zaolzia pióra Krzysztofa Nowaka, kronika wydarzeń roku 1919, kiedy to po raz pierwszy i jedyny w historii Czechy dokonały zbrojnej agresji na Polskę. W artykule przeczytamy o krótkiej wojnie na Śląsku Cieszyńskim oraz o jej skutkach.

Drugi tekst (Anioł płacze… nad Karwiną Grzegorza Sztolera) stanowi niejako kontynuację poprzedniego. Opowiada burzliwą historię Karwiny z perspektywy jej byłych i obecnych mieszkańców. Wyjaśnia również, w jakim stopniu udała się depolonizacja miasteczka, w którym urodził się Gustaw Morcinek. Dziś w Karwinie – niegdyś ważnym ośrodku polonijnym w Czechach – mało kto mówi i myśli w naszym języku. W całym okręgu ostała się jedna polska szkoła, a uczęszczanie do niej nie ułatwia startu życiowego. Sztoler operuje pięknym, barwnym i dynamicznym językiem, nie stroniąc od gwary – szczególnie gdy cytuje wypowiedzi miejscowych: „Pochylone pomniki, polskie nazwiska. […] Karwińskie rodziny. I dzieci – na białym grobie Emila Janisza z lat 40. niewyraźna sentencja: »Spinkej słodko syneczku«”.

W efekcie po lekturze w umyśle czytelnika powstają obrazy rodem z pogranicza filmu drogi, powieści biograficznej i tego, co wyobrażamy sobie podsłuchując sąsiadów.


Znani i/albo lubiani


Jak zwykle „Śląsk” przybliża nam sylwetki wybitnych hanysów: dziennikarki i senator Krystyny Bochenek (Marszałek w spódnicy, Barbara Gruszka-Zych), która według słów arcybiskupa Damiana Zimonia „od Boga otrzymała dar energii do działania” (któż nie słyszał o organizowanym przez nią ogólnopolskim dyktandzie?) oraz „mędrca w słomkowym kapeluszu” – twórcy Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, Zdzisława Lachura (Chciał zbawić świat, Piotr Łatek).

Bardzo irytuje mnie utożsamianie gwary śląskiej z niemczyzną, charakterystyczną tylko dla obszarów przemysłowych tego regionu. Wtajemniczeni wiedzą, że bliższa jest ona staropolszczyźnie, jest skansenem starych form leksykalnych i gramatycznych. „Gwara śląska to jądro polskiej mowy, to język Rejów i Kochanowskich”, pisał przed laty Aleksander Brückner, niewątpliwie do wtajemniczonych należący. Innym znawcą tematu jest Jan Miodek. Lektura jego rozważań publikowanych na łamach „Śląska” to dla mnie deser po przyswojeniu pożywnej treści pozostałych tekstów numeru (Miodka zostawiam sobie zawsze na koniec). Oprócz satysfakcji, której doznaję, kiedy osobistość tak znakomita potwierdza moje językoznawcze przypuszczenia, czerpię prostą przyjemność z poznawania nowych wyrazów gwarowych, w których pobrzmiewa echo mowy naszych dziadów. W styczniu dzięki profesorowi Miodkowi nauczyłam się następujących wyrażeń: „otrok/łotrok” czyli „chłopiec, mężczyzna, parobek”, „bruszony” czyli „ostrzony” oraz (mój osobisty faworyt) „trześnie” – określenie na „czereśnie”. Ta ostatnia z form ma potwierdzenie w formie pisanej jeszcze u Szymona Szymonowica, którego cytuję za Miodkiem: „Szpacy mi pozjadali na trześniach jagody”. Czy brzmi to jak niemczyzna?

Anna Ryguła

Omawiane pisma: „Śląsk”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
KUMULACJE I WYGRANE
„KWARANTANNA CZYŚĆCA”: RZECZ O MIŁOSZU
NASZE ULICE

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt