Witryna Czasopism.pl

nr 14 (216)
z dnia 20 lipca 2008
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

O TYM, JAK ADAM MICKIEWICZ STWORZYŁ FUNDAMENTY OBOWIĄZUJĄCEGO PRAWA AUTORSKIEGO

Nie jest tak, że „Lampa” co miesiąc sprzedaje nam same wspaniałości, z samą sobą ścigając się o oryginalność i pierwsze miejsce wśród polskich miesięczników kulturalnych. Najczęściej dostajemy do ręki kolejny solidny numer, obfitujący w mniej lub bardziej zasłużone nazwiska zamieszczone na okładce i w tzw. stałe elementy (komiks Sieńczyka, recenzje, urbi et orbi, summarium, widmowa biblioteka, a także – publikowane już drugi rok z rzędu – kolejne odcinki Jak zostałem bukinistą i Córki kapitana Łasucha, które pełnią funkcję bezpieczników, zapewniających stałą liczbę stron w przypadku niedoboru innych tekstów. O takim właśnie powszednim numerze „Lampy” chciałbym napisać.


POSTULATY „MARKSISTOWSKIE Z DUCHA”


Jak nietrudno się domyślić, i w takim „normalnym” czerwcowym numerze [6 (51) 2008] odnajdzie czytelnik kilka co najmniej tekstów, które poprawią mu samopoczucie. Kto ceni sobie dysputy na poziomie, tematy kontrowersyjne i niejednoznaczne, rzuci się natychmiast na rozmowę PDW z Jarosławem Lipszycem o jego walce o „wolność twórczości artystycznej w granicach prawa autorskiego” (Wojujący liberał – rozmowa z JAROSŁAWEM LIPSZYCEM). Można się z postulatami Lipszyca zgadzać lub nie, można też uznać je za zbyt radykalne i daleko idące; radykalizm jego postawy ujawnia się szczególnie teraz, kiedy wielkimi krokami zbliża się poważna reforma prawa prasowego i autorskiego. Rok temu na spotkaniu w Olsztynie określiłem część jego postulatów jako, uwaga, „marksistowskie z ducha”. Wtedy jednak większość ustępów tak z prawa autorskiego, jak i prasowego, uważałem za sensowne. Niczym podstarzały konserwatysta zdawałem się myśleć, że nie ma sensu zmieniać tego, co działa i mimo że niedoskonałe, na pewno jest bezpieczniejsze od możliwych refom. Dzisiaj jednak trochę się wstydzę emocjonalnego argumentu z marksizmem jako straszakiem i im więcej czytam o proponowanych zmianach i nowelizacjach, tym lepiej rozumiem Lipszyca.


CHOLERNA SPUŚCIZNA PO ROMANTYZMIE


Za chwilę, a więc po ewentualnych poprawkach, wszyscy możemy znaleźć się z ręką w nocniku: dziennikarze będą bali się pisać, artyści przestaną używać Internetu jako jednego z narzędzi pracy, a i zwykli śmiertelnicy powinni się lękać o swoją przyszłość: ani nie ściągniemy z Internetu płyty, której w Polsce i tak nigdzie nie da się kupić, ani nie pożyczymy jej od kumpla, bo prawdopodobnie nawet dozwolony użytek osobisty za chwilę nie będzie dozwolony..., ani nie wrzucimy na YouTube „swojego” fotomontażu, złożonego z cudzych zdjęć czy fragmentów filmów itd., itp. Podaję tutaj najczarniejsze scenariusze, których realizacja – i to już wkrótce – jest wielce prawdopodobna. Oddajmy wreszcie głos Lipszycowi: „Po raz kolejny chce się zabronić robienia w sferze kultury wielu rzeczy, które dziś w Polsce są jeszcze dozwolone”. Lipszyc słusznie wskazuje na bardzo silne „siły za tym stojące”, różne lobbies, głównie przedstawicieli przemysłu rozrywkowego i organizacji zbiorowego zarządzania, które „coraz bardziej oddalają się od potrzeb twórców”.

Lipszyc zauważa, że większość posłów nie rozumie problemów związanych z prawem autorskim, a tym samym są oni podatni na wszelkiego rodzaju naciski i sugestie ze strony lobbystów: „Bardzo mało polityków rozumie potrzebę dostępu do dóbr kultury. Bardzo mało polityków zdaje sobie sprawę z tego, że jeśli uniemożliwią wykorzystywanie dóbr kultury, to po pierwsze stworzymy sytuację, w której na publikację i rozpowszechnianie nowych dzieł będą mogły sobie pozwolić tylko korporacje, a po drugie zabijemy cały nurt twórczości niezależnej”. W tym miejscu reaguje Dunin-Wąsowicz i, zarzucając autorowi Mnemotechnik przesadę, nie dowierza, że autor nie będzie mógł opublikować własnego dzieła jako niezależny wydawca. Lipszyc przyznaje, że jest to możliwe, ale tylko wtedy, gdy będzie to całkowicie nowe dzieło, tymczasem „nie ma twórców, którzy tworzą ex nihilo. To jest ta cholerna spuścizna po romantyzmie, na myśl o której wychodzi mi na usta piana. Romantyczna wizja artysty, który tknięty boskim palcem tworzy z niczego pod wpływem natchnienia, wizja, która jest fundamentem obecnej koncepcji prawa autorskiego. Ale ta wizja jest oderwana od rzeczywistości, w której większość twórczości budowana jest na jakiejś podstawie. Co gorsza, żyjemy w czasach kultury cyfrowej, w której remiks czy kolaż stają się niezmiernie istotnymi środkami wyrazu. Wejdź na Youtube i zobacz, ile tam jest remiksów, parodii, nawiązań”.

Dalej mówi Lipszyc o obecnej sytuacji związanej z prawem autorskim, jako o sytuacji korumpującej i patologicznej. Idzie mianowicie o to, że swobody twórcze realizowane mogą być tylko wtedy, gdy łamie się obowiązujące prawo. Lipszyc proponuje legalizację niekomercyjnej wymiany („Czemu ma być ona nielegalna, skoro nikt nie czerpie zysku?”), postuluje powrót do systemu rejestracji („chronić tylko te dzieła, których autorzy uważają, że potrzebują ochrony”) oraz dramatyczne skrócenie czasu obowiązywania prawa autorskiego, który obecnie wynosi 70 lat od śmierci autora, co – mówi Lipszyc – nie ma żadnego ekonomicznego uzasadnienia: „Po tym czasie jakąkolwiek wartość komercyjną ma promil utworów [...]. Autorzy i spadkobiercy w miażdżącej większości przypadków nie są restrykcjami w dystrybucji zainteresowani, ale nie mają nawet narzędzi do rezygnacji z praw autorskich! Patologiczna, absurdalna sytuacja”. Sporo jeszcze innych ważkich problemów porusza Jarosław Lipszyc w swoim wystąpieniu, od czasu do czasu przerywanym przytomnymi, spokojnymi uwagami naczelnego „Lampy”. Zainteresowanych modelami biznesowymi w czasach digitalizacji, biblioteką internetową Wolne Lektury, dostępem do środków produkcji kulturalnej czy poszerzaniem kanałów komunikacyjnych odsyłam do lektury całości. Wyliczone tematy nie brzmią może zbyt fascynująco, ale proszę wierzyć, że kwestie te są w stanie wzbudzić naprawdę silne emocje, przez które można się zacząć wyzywać nie tylko od marksistów, ale i od bolszewików.


HEAVYMETALOWY ZESPÓŁ NEKROLOG


W dalszej części pisma czeka nas rozmowa z Arturem Wabikiem, szefem oficyny Atropos. Rozmowę (Książka fetysz) prowadzi Agnieszka Wolny-Hamkało, a jej tematem są książki dla kolekcjonerów, które rzeczona oficyna wydaje. „Książka kolekcjonerska” to – jak czytamy – książka posiadająca wszystkie właściwie cechy klasycznej książki artystycznej z zupełnie nowymi jednak dla tego gatunku elementami, takimi jak dobór współczesnych pisarzy (Gaiman, Sapkowski) i ilustratorów (Matuszak, Truściński). Wabik opowiada również o zjawisku „księgozbiorów spersonalizowanych” (czytelnik nabywa kolejne książki z danej oficyny, oznaczone każdorazowo tym samym numerem egzemplarza), o różnicach między książką kolekcjonerską a artystyczną i literacką, o książce liberackiej, o unikatowości własnego wydawnictwa, o wysokich kosztach książki kolekcjonerskiej czy o książce jako dziele sztuki.

Po tej rzeczowej, poważnej rozmowie warto przejść do dwóch kolejnych wywiadów, tym razem z muzykami: Miłość – nie wierzę – z Lesławem z Partii i Komet, zagadywanym przez Zmywaka (też muzyka, jest liderem Muzyki Końca Lata), a Indiana Jones życia – z członkami zespołu Muchy, przepytywanymi przez Marka Sieprawskiego. Rozmowę z Lesławem polecam wyłącznie jego fanom – kto nigdy nie słyszał Partii czy Komet, niewiele interesujących rzeczy tutaj znajdzie. Pogadanka z Muchami to typowa rozmowa z kilkoma członkami zespołu jednocześnie, a więc przekomarzanie się, wchodzenie sobie w słowo, kończenie kwestii za drugiego itd. Dowiemy się także, że zespół walczy o własną niezależność i o to, by „wiara” nie kojarzyła ich z popowymi gwiazdkami jednego sezonu („Bo nasi fani się od nas odwrócą. A fani Cerekwickiej i Feela i tak będą nas mieli w dupie”). Rozbawiło mnie również wspomnienie Michała, wokalisty i gitarzysty zespołu, który w wieku 11 lat z niejakim Jurkiem Połciem założył heavymetalowy zespół Nekrolog (sic!). Zainteresowanych szczegółami ponownie odsyłam do rozmowy, natomiast tych, którzy od rockowego grania wyżej cenią sobie kobiety, a przynajmniej prawa kobiet, równouprawnienie płci i kwestie pokrewne, zapraszam do dalszej lektury.


MAMY DODATKI DO GAZET, ALE TO ZA MAŁO


Czym jest albatros to tytuł rozmowy Agaty Pyzik ze znaną szwedzką pisarską, Majgull Axelsson. Oczywiście, szczególnie usatysfakcjonowani będą miłośnicy twórczości tej autorki. Axelsson odpytywana jest bowiem ze swoich powieści, ze stworzonych przez nią bohaterów (a częściej – bohaterek), z opisywanych w jej książkach relacji władzy, politycznego sposobu patrzenia na świat, pokazywania rzeczy takimi, jakie one są itd. Axelsson przyznaje na przykład, że ludzie, którzy „są traktowani z szacunkiem i którzy uchodzą za bardzo inteligentnych, wykształconych, prących do przodu i świetnie sobie radzących w życiu, mają słabe punkty i miejsca, w których są dość głupi i niczego nie rozumieją”. Odpowiadając na pytanie o szwedzki model rodziny i jego ewolucję, mówi, że „bardzo wiele postępowych reform w Szwecji, dotyczących obyczajowości itp., dzieje się na bardzo płytkim poziomie. Nikt nie kwapi się do zaglądania pod powłoczkę, bo okazałoby się, że te wszystkie zmiany społeczne nie obracają się w rzeczywistość”. I między innymi tej właśnie kwestii, „płytkiemu poziomowi”, poświęcony jest „kobiecy”, transbałtycki panel w Uppsali (Stół polsko-szwedzki), w którym uczestniczą: Agneta Pleijel, Margaretha Fahlgren (obie reprezentujące Szwecję), Grażyna Plebanek (reprezentantka Polski, ale mieszkająca 5 lat w Szwecji) oraz Agnieszka Drotkiewicz, Justyna Sobolewska i Anna Dziewit. Bez dwóch zdań, nasze dyskutantki raczej są zgodne i być może z tego powodu w rozmowie nie iskrzy – ot, spotkało się kilka światłych kobiet i zaczęły narzekać na to, jaki to nieszczęsny i niegodny pozazdroszczenia jest los płci pięknej (bez względu na kraj zamieszkania). Szwedki niby mają zagwarantowane wszystkie najważniejsze prawa, ale nie angażują się ani nie walczą o przestrzeganie tych praw i nie czują historycznej więzi z poprzednimi pokoleniami walczących kobiet. Polki za to nic właściwie nie mają i jeśli zachodzą jakieś pozytywne zmiany, to tylko w wielkich miastach, a i to nie na pewno i nie do końca. Polki o wszystko muszą walczyć, najważniejsza jest praca u podstaw, a i tak – mówią panelistki – jeszcze sporo czasu upłynie, zanim dokona się rzeczywista metamorfoza. Szczególnie urzekł mnie następujący fragment panelu. Dziewit: „Mamy magazyny kobiece, dodatki do gazet, ale to za mało...”. Drotkiewicz: „Potrzebujemy narodowej psychoterapii...”. Dziewit: „Mamy literaturę, ruch feministyczny, ale to mały wycinek społeczeństwa, a reszta potrzebuje narodowej psychoterapii...”. Interesujące, że z tak odkrywczymi prawdami trzeba było jechać aż do Szwecji. Daleki jestem od tego, by zarzucać panelistkom kalanie ojczystego gniazda, a bliski, by zgodzić się, że większości społeczeństwa potrzeba psychoterapii (i to niekoniecznie z powodu nikłego zainteresowania kwestiami równouprawnienia...) – nie zmienia to faktu, że z niezbyt frapującą rozmową (z wyjątkiem kilku może wypowiedzi) mamy tutaj do czynienia.


PORNO-RECENZJA I EMO-RELACJA


I skoro już przy kobietach jesteśmy, to jeszcze na zakończenie o dwóch tekstach przedstawicielek płci pięknej. Lepsze światy Mankella to „tekst” Joanny Wojdowicz „traktujący o” Comédia infantil Henninga Mankella. Cudzysłowy powyżej jak najbardziej asekuracyjne, bo też trudno określić, z jakiego rodzaju i czemu poświęconym tekstem mamy przyjemność. Najprościej byłoby powiedzieć, że jest to tekst z pogranicza pornografizującej krytyki literackiej, prozy poetyckiej i wyznania autobiograficznego w jednym, ale i przy takim szufladkowaniu nie mam pewności. Może wszystko, co wydaje się bio, jest tutaj tak naprawdę zmyśleniem? I kim, do cholery, jest Tabaczek? Naturalnie, mimo że ta potrzeba wiedzy jest czystej krwi diabelską ciekawością, to czytelnik o usposobieniu detektywistycznym najchętniej pod tekstem ujrzałby przypis: „Tabaczek – mój kochany misiaczek”. Albo: „Niewtajemniczonych zainteresuje, że Tabaczek to Henryk Bereza / Bolesław Prus / James Joyce”. A tu masz. Czytasz i nic nie wiesz. Chyba trzeba by w końcu się zabrać za tego Mankella – może się coś wyjaśni.

Na szarym końcu czerwcowej „Lampy” odnajdziemy jeszcze Ekstazę świętej Poli Małgorzaty Rejmer, oryginalną, osobistą, momentami rozemocjonowaną i ulirycznioną (i nie są to w tym przypadku zarzuty!) relację z warszawskiego koncertu PJ Harvey. Nie, żebym po tej lekturze pożałował, że mnie tam nie było, bo żałowałem już wcześniej – jednak mój ból poniewczasie jeszcze się zwiększył. Pisze Rejmer między innymi: „Zaraz po tym PJ usiadła przy pianinie i przyszedł czas na White Chalk, czyli siódmą płytę studyjną i jedyną, która wywołała we mnie uczucie wstrząśnięcia, lecz też zmieszania. Bo mnie przy White Chalk najbardziej dziwi to, jak można słuchając tej płyty tak bardzo czuć się martwym, po prostu coś klimatycznego do puszczenia sobie w trumnie”. Po ostatecznym zejściu PJ ze sceny komentuje Rejmer: „Otarłam ostatnie łzy i, jak to się zdarza w najlepszych piaskownicach, wyszłam z koncertu totalnie uśmodruchana na twarzy i bardzo szczęśliwa. Jeszcze idąc po paltocik, napotkałam kolegę, który w komentarzach reprezentował umiar, ocenę faktograficzną i utyskiwania na krótkotrwałość, jest to jednak osoba, która po serii dramatycznych śmierci jednego chomika za drugim kupiła sobie teraz trzeciego, czyli ma dużą pojemność na bodźce”. I jeszcze wspomnę mocny ostatni akapit relacji Rejmer, z którego dowiemy się, że w istocie papież jest Polakiem i nazywa się... PJ Harvey. Niby więc ta czerwcowa „Lampa” taka zwykła i powszednia, a proszę tylko spojrzeć, ile w niej szaleństw i niezwykłości.

Grzegorz Wysocki

Omawiane pisma: „Lampa”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
MICHAL VIEWEGH: „WY MACIE NAGRODY, JA MAM VOLVO”
HAJ-TEK, HAJL-HITLA
felieton ___COŚ Z AUTORA (NA LITERĘ „T”)

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt