Witryna Czasopism.pl

nr 11 (213)
z dnia 5 czerwca 2008
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

SIĘGANIE BRUKU

„Czas Kultury” w coraz mniejszym stopniu jest pismem o literaturze i rzadko kiedy zdarza się, by choćby połowa numeru poświęcona była „sprawom literackim”, które interesują mnie najbardziej. W coraz większym za to stopniu jest to pismo z pogranicza literatury, krytyki sztuki, a także innych dziedzin, które określiłbym jako akademickie – zaliczyłbym do nich liczne w „CzK” teksty socjologiczne, antropologiczne, kulturoznawcze, medioznawcze i tym podobne. Określam te teksty mianem akademickich nie tylko z tego powodu, że są na poły popularnonaukowe i eseistyczne, a na poły „prawdziwie” naukowe i hermetyczne, ale też dlatego, że ich autorami są najczęściej doktoranci, doktorzy, adiunkci, wszelkiego rodzaju pracownicy jednostek akademickich rozsianych po całym kraju. Nie sugeruję, oczywiście, że jest w takim doborze tekstów i autorów cokolwiek złego – odnotowuję jednakże tendencję, która wpływa zapewne na jeszcze większe „ugettowienie” pisma.


Wydaje mi się też, że sama redakcja „Czasu Kultury” nie do końca wie, w którą stronę swoje pismo pociągnąć: czy aby na pewno porzucić literaturę, czy aby na pewno opłaca się przekształcić w pismo dla poszukujących doktorantów; czy wiemy, po co i dla kogo pismo robimy itd. Przyznaję, że bardzo sobie cenię niektóre monograficzne numery poznańskiego periodyku i niejednokrotnie zaskakuje mnie „CzK” pomysłowym podejściem do danego tematu (dobrym przykładem jest numer zoologiczny nr 6/2007; podobnie atrakcyjny wydaje się numer fiński 2/2008, którego nie miałem jeszcze w ręku, ale spis treści zapowiada się interesująco – notabene, to kolejny w ostatnich latach fiński numer „CzK”, vide: numer 5/2005) – innym znowu razem odnoszę wrażenie przeciwne i mimo nadrzędnego tematu wydaje się, że teksty powsadzane zostały do numeru przez przypadek. Podsumowując te wstępne rozważania: „akademicką” ewolucję poznańskiego pisma śledzę z zainteresowaniem, ale i z licznymi wątpliwościami dotyczącymi jego przyszłego kształtu. Gdybym mógł napisać o swoich życzeniach, z przyjemnością oczekiwał będę jeszcze bardziej zaskakujących i świetnie przygotowanych numerów monograficznych. Mam też nadzieję, że literacka część pisma (tak wywiady, jak recenzje, proza, poezja czy praktycznie niepojawiające się tutaj dłuższe teksty krytycznoliterackie) nie będzie w dalszym ciągu marginalizowana i spychana „na tyły”.


ZAWARTOŚĆ


„Uliczny” „Czas Kultury” (1/2008) to numer monograficzny, traktujący obrany temat (ulica, fragment przestrzeni publicznej) dość luźno, momentami w oryginalny i niespodziewany sposób. Teksty w większości napisane zostały przez przyszłych i obecnych pracowników naukowych. Formalnie są to szkice z pogranicza artykułu naukowego, eseju i publicystyki. Oprócz tekstów składających się na blok tematyczny otrzymujemy trochę literatury – tym razem wywiad z Bohdanem Zadurą, wiersze Zadury i Andrzeja Niewiadomskiego, dwa opowiadania (Rafał Cekiera, Marian Lech Bednarek) oraz krótką rozmowę z autorką Czarnobylskich truskawek, Vesną Goldsworthy. Prócz tego w numerze – jak zawsze – blok tekstów o niedawnych wystawach, blok recenzji książkowych oraz felietony (z felietonami powraca do „CzK” Edward Pasewicz, który w swoim Podręczniku do leżenia / Porządkowaniu rzeczy omawia na początek poezję Dariusza Sośnickiego i jej ewentualne podobieństwo do muzyki Weberna i/lub Berga).


BUBNIAKOWIE SMYRAJĄ DEHNELA


Skoro bardziej szczegółową lekturę rozpoczęliśmy od felietonu Pasewicza, pozostańmy jeszcze przy materiałach umieszczonych na końcu numeru, a konkretnie – przy otwierającym dział recenzji tekście o Rynku w Smyrnie Jacka Dehnela, tekście momentami kuriozalnym i żenującym. Autorami tekstu jest para studentów polonistyki UJ (rodzeństwo? małżeństwo?), niejacy Agnieszka i Rafał Bubniakowie – brzmi to jak niezbyt udana mistyfikacja, tym mniej wiarygodna, że tekst napisany jest w pierwszej osobie liczby pojedynczej rodzaju męskiego i żadnego „my” w nim nie odnajdziemy. Popytałem również wśród znajomych z polonistyki UJ, którzy charakteryzują się adekwatnym rocznikiem (1982 i 1983), ale jakimś dziwnym trafem nikt państwa Bubniaków nie kojarzy. Mniejsza o to, czy Bubniakowie istnieją naprawdę, czy nie – nawet jeśli byłby to pseudonim artystyczny mało odważnego krytyka literackiego (który mógłby bać się podnieść rękę na złowrogiego Jacka Dehnela), przyjęcie go nie byłoby jeszcze powodem do nagany. Mniejsza też o tytuł recenzji: Laleczka smyra laseczką – aż odrzuca (seans w odcinkach) – odrzucająca jest nie tyle laleczka (jak rozumiem, w ten sposób autor/autorzy recenzji odnoszą się do samego Dehnela), ile tytuł recenzji Bubniaków, który ani śmieszny, ani straszny. Problem w tym, że w takim tonie utrzymana jest praktycznie cała, licząca trzy strony recenzja Bubniaków – bardziej paszkwil niż merytoryczna krytyka, bardziej osobista zawiść i złość na Dehnela niż konkretne argumenty. Bubniakowie piszą w tekście między innymi, że wielką krzywdę wyrządziła oficyna W.A.B Dehnelowi, publikując jego wczesne utwory, że jego ni to śródziemnomorskie, ni to polskie wydmuszki wywołują intensywne odruchy zwrotne i wymiotne; że serwuje nam Dehnel „patetyczną sztukaterię”, że sławę osiągnął dzięki wszystkiemu, tylko nie dzięki wartościom artystycznym swoich utworów; że Dehnel imituje i zżyna „niczym zakompleksiony uczniak” itd., itp.


Recenzja-paszkwil rządzi się swoimi prawami (czy właściwie: ich brakiem), ale zdaje się, że pewnych norm – niechby tylko kultury osobistej – należałoby przestrzegać nawet w przypadku tak wyraźnej (bardziej osobistej niż artystycznej, jak zgaduję) niechęci do krytykowanego. Szczególnie chamskie i niedopuszczalne jest pisanie o autorze per – cytuję – „chłopina” (sic!), „nadymany pustką autor” czy „niedojrzały Jacek Dehnel”. Sam nie należę do przedstawicieli znamienitego rodu zagorzałych miłośników twórczości Dehnela, ale uciekanie się do takich chwytów uważam za – mówiąc eufemistycznie – niestosowne. A to jeszcze nie koniec, bo takich potworków w tekście dużo więcej. Dowiemy się też, dlaczego autor recenzji źle pisze o „opowiadankach Jacka Dehnela i o nim samym”: „Bo chłopina pisze tak, że nie da się tego czytać z wypiekami na twarzy zdradzającymi radość obcowania z tekstem”. Co musiałby zrobić Dehnel, by Bubniakom wyskoczyły na twarz wypieki? Tego z tekstu się już nie dowiemy.

W innym miejscu recenzji czytamy, że „po laureacie Paszportu »Polityki« można było się spodziewać czegoś więcej”. Oho, myślę sobie, zaraz się dowiem, czego to więcej po Jacku Dehnelu można było się spodziewać. I dowiaduję się rzeczy następującej: „Przynajmniej tego, że zdoła przekonać niewiernych co do wartości swojej twórczości”. Tak właśnie! Mam nadzieję, że Dehnel przeczyta recenzję Bubniaków i weźmie sobie te wiekopomne słowa do serca – od tego momentu nie pozostaje mu nic innego, jak tylko iść i nauczać, przekonywać niewiernych i wątpiących w bóstwo Dehnela. Szkoda słów.


TEMATY ULICZNE


By ostudzić emocje i spuścić nieco z tonu, przejdźmy do ulicznego bloku tematycznego, w którym wartościowych kawałków dużo więcej niż w recenzji rzekomych Bubniaków. Konrad Miciukiewicz w Ulicy marzeń zastanawia się, czy można zbudować idealną ulicę, która zadowoliłaby wszystkich i jak taka przestrzeń miejska miałaby wyglądać. Wnioski płynące z tekstu niezbyt odkrywcze i można by je wyciągnąć bez mozolnie przeprowadzanych badań, a mianowicie takie, że nie sposób odnaleźć spójnej wizji ulicy idealnej, która pokrywałaby się z wyobrażeniami respondentów. Pom prowincjonalny, czyli ulice małych miasteczek Anny Chudzik to bardzo dobry i niezwykle trafny szkic, z którego dowiadujemy się między innymi o cyklu dobowym i tygodniowym tychże małych miast, o różnicach między miasteczkami a wielkimi aglomeracjami oraz o tytułowych pomach. Z ciekawszych tekstów z bloku tematycznego odnotowuję również Portrety zaginionych. Re-formatowanie społecznego doświadczania miasta Michała Podgórskiego, w którym autor zajmuje się – jak domyślamy się z tytułu – portretami osób zaginionych oraz zdjęciami zgubionych psów i kotów. Podgórski wyróżnia „cztery kategorie niepożądanych obcych, których ustanawiają portrety zaginionych osób”: obcy-sprawca, obcy-barbarzyńca, obcy-stary, obcy-uciekinier.


O pozostałych „ulicznych” tekstach wspomnę już naprawdę zdawkowo. Ulica odziana w zapach Marka Szczepańskiego i Weroniki Ślęzak-Tazbir to szkic, uwaga!, osmosocjologiczny, czyli ujmujący problematykę przestrzeni miejskiej, a więc i przestrzeni ulicy, z pomocą perspektywy zapachowej (w tekście znajdują się liczne nawiązania do prozy Marqueza, Süskinda, Grassa, Schulza, Capote'a czy Prusa). Street art jako aktywność społeczna Aleksandry Jach to poprawny, więc raczej nudny, tekst o sztuce ulicy w Polsce i na świecie, o początkach w Stanach Zjednoczonych, paryskich sytuacjonistach czy turystyce graffiti. Interesujący jest esej Ewy Małgorzaty Tatar (Kobieta upadła. Na ulicy), z pozycji genderowych i feministycznych omawiającej trzy różne performance, których zadaniem było brutalne i niespodziewane ingerowanie w publiczną przestrzeń ulicy. Plakat, którego nie widziałam na ulicy Agaty Jakubowskiej to krótki tekst o „nagim” plakacie wyborczym Partii Kobiet, odpowiadającej nań okładce „Wprostu” i plakacie grupy artystycznej Guerrilla Girls (nowojorskie artystki pytały przy jego pomocy: „Czy kobieta musi być naga, żeby dostać się do parlamentu?”; z dzisiejszej, powyborczej perspektywy, odpowiedzieć możemy nieco złośliwie, że nie, wręcz przeciwnie, gdyż żadna z rozebranych pań do parlamentu ostatecznie, jak wiemy, nie trafiła).


DYKTATURA SERCA


Z bloku głównego na deser pozostawiłem sobie Ulicznice Agnieszki Weseli, w których autorka omawia historię i filozofię Manif. Wszystko byłoby dobrze i pięknie, gdyby w pewnym momencie tekst ten nie przekształcił się w łzawe wyznanie miłości, jak to dobrze (choć ciężko i boleśnie) jest być u nas feministką i jak to wspaniale jest maszerować ulicą z innymi wspaniałymi feministkami. Fragment: „Kochamy Manifę i kochamy siebie w Manifie, bo adrenalina, jaką Manifa wyzwala, działa jak endorfiny. Manifa przypomina krótkotrwały splot energii, jakby przed teleportacją czy skokiem w nadprzestrzeń [sic! – GW], po którym rozchodzimy się do swoich organizacji i działań. Nakarmione kobiecą miłością, dyktaturą serca”. Koleżanka-działaczka Ania, tłumacząc sens Manify, mówi o „marszu pięknych ludzi”: „Szukam wzrokiem przystojnych mężczyzn, fajnych chłopaków, wypatruję dobrze rokujących facetów. [...] Mężczyzn, którzy się nas nie boją, jest garstka. Przystojnych – jeszcze mniej. Do tego fajnych – co kot napłakał. Manifa to okazja, żeby sprawdzić, czy są jacyś nowi w środowisku [...]. Manifa to oaza pięknych kobiet i mężczyzn, od początku Manif tak było, zaświadczam”. Nie pozostaje nic innego, jak tylko wybrać się na najbliższą Manifę i nie bać feministycznej dyktatury, która jest dyktaturą serca. A takiej tyranii bać się przecież nie wypada.


ZADURA BEZ ARMAT


Na zakończenie jeszcze parę słów o dużej rozmowie z Bohdanem Zadurą (Poczucie winy). Męczą naczelnego „Twórczości” Jerzy Borowczyk i Michał Larek, pytając go uporczywie o śmierć ojca, co w końcu pytanego zaczyna denerwować, ale abstrahując od zadawanych pytań, warto przyjrzeć się chociaż samym odpowiedziom. Szczególnie polecam anegdotkę o tym, jak to naprawdę było ze studiowaniem filozofii u Zadury – nie przytoczę w tym miejscu historii z powodu jej objętości. Zadura twierdzi też, że nie jest krytykiem literackim („Nie mam armat, nie mam aparatury krytycznej. Krytyk dla mnie to ktoś, kto ujmuje rzecz całościowo, a ja tego ani nie potrafię, ani bym tego nie chciał. Tak naprawdę mnie nie interesują kierunki, tendencje w prozie polskiej i japońskiej czy irackiej. Mnie nawet nie obchodzą autorzy, raczej poszczególne książki, a znowu książki obchodzą mnie w relacji do”) oraz że jego rozmówcy mają szczęście („Gdybyśmy się spotkali przed dwudziestoma laty, to na kasecie zapisałyby się tylko panów pytania [...]. Miałem dwie, trzy osoby, z którymi potrafiłem swobodnie rozmawiać, natomiast każda sytuacja publiczna zupełnie mnie paraliżowała”). Szczęście mają nie tylko panowie Zadura, Borowczyk i Larek, ale przede wszystkim czytelnik, który z wypiekami na twarzy przechodzi od strony do strony, zapoznając się z wyznaniami redaktora naczelnego „Twórczości”. Wydaje mi się, że nawet państwo Bubniakowie przebrną przez tę rozmowę bez bólu. A to już nie byle co.

Grzegorz Wysocki

Omawiane pisma: „Czas Kultury”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
LA DOUBLURE, CZYLI ROUSSELA LEKTURA SYMULTANICZNA
O SASNALU, MIŁOŚCI BYTU I CHŁOPCU W ŚWIETLICY – NA MARGINESIE WYSTAWY W ZACHĘCIE
MUZYKA, PERWERSJA, ANGIELSKI JĘZYK

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt