Witryna Czasopism.pl

nr 5 (207)
z dnia 5 marca 2008
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

LAS RZECZY... ANIMOWANYCH

Rok 2008 został ogłoszony Rokiem Animacji. Święto „60-lecia polskiej animacji” ma być obchodzone hucznie. Polskie Wydawnictwo Audiowizualne ogłosiło konkurs na współorganizację jubileuszowych imprez. Nie mogę się już doczekać listy wydarzeń kulturalnych: festiwali, przeglądów, spotkań z twórcami i wydawnictw okolicznościowych. Trzeba jednak wziąć na wstrzymanie i korzystać tymczasem z tego, co oferuje kino (świetne animowane Persepolis) lub prasa kulturalna. Uzbrojona w cierpliwość, przeglądam różne tytuły. Na szczęście tu i tam udaje się znaleźć teksty o animacji. Wchodzę zatem do lasu rzeczy o filmie animowanym.


Rzemiosło a artyzm


Redakcja „Magazynu Filmowego SFP” (2/2007) zachęca do dyskusji na temat filmu animowanego, wpisując się w ten sposób w jubileuszowy Rok Animacji. Bardzo dobry pomysł. Pośród czekających nas rozmaitych imprez kulturalnych warto poznać poglądy formułowane na bieżąco, z perspektywy „tu i teraz”, przez ludzi zajmujących się tą dziedziną sztuki nie tylko w praktyce, ale także w teorii. Pytania postawione przez redakcję, a określające zakres dyskusji, brzmią następująco: Jaki film animowany jest nam potrzebny, do jakiego widza ma być skierowany i w jaki sposób ma swojej widowni szukać? Miejmy nadzieję, że wywołane do tablicy środowisko odpowie i poczytamy ciekawe opinie w kolejnych numerach „Magazynu”.

Alina Skiba (reżyserka i producentka filmów animowanych) w otwierającym dyskusję tekście Co to za sztuka? próbuje uporządkować mnogość pojęć i poglądów na animację. I tu pojawia się moje pierwsze zastrzeżenie, a przynajmniej wątpliwość. Skiba pisze, że w powszechnym mniemaniu (ma na myśli polskiego odbiorcę) film animowany to dobranocka, krótki film rysunkowy w telewizji albo pełnometrażowe produkcje familijne wielkich studiów filmowych (Disney, DreamWorks, Pixar). Mało kto wpisałby w ten ciąg na przykład Spider-Mana, podczas gdy jest to także film animowany, tyle że 3D. 3D bowiem to film, jak podaje Skiba, „z udziałem aktorów filmowanych na blueboxie i oprawiany w elementy generowane komputerowo”. Natomiast kojarzony z animacją 3D Shrek w istocie stanowi przykład animacji CGI (Computer Generated Imagery). Swobodne operowanie pojęciami (aby uniknąć powtórzeń i różnicować wypowiedzi) „film animowany” i „animacja” może rodzić nieporozumienia – tu właśnie kryje się zgłaszana wcześniej wątpliwość. Film w ogóle to pewna treściowa całość, artystyczna wypowiedź, natomiast film animowany to treściowa całość, tyle że medium artystycznej wypowiedzi jest animacja (różne jej rodzaje: lalkowa, rysunkowa, poklatkowa itp.). Kiedy używamy słowa „animacja” w kontekście nowych technologii, niekoniecznie musimy mieć na myśli film animowany, możemy bowiem odwoływać się do jednej z technik, którą postanowili wykorzystać twórcy danego filmu. Dlatego Spider-Mana niekoniecznie określilibyśmy mianem filmu animowanego. Wciąż jest to dla nas film aktorski, z komputerowo wygenerowanymi elementami, w którym animacja pełni funkcję służebną, nie jest autonomiczna. Uznajmy zatem, że filmem animowanym będziemy nazywać pełnometrażowe produkcje przeznaczone do kina (nie tylko te najbardziej znane, amerykańskie, ale także z japońskiego studia Ghibli czy np. francuskie Trio z Belleville) oraz produkcje robione z myślą o telewizji (mogą nimi być np. serie filmów dla dzieci). Nie będziemy natomiast brać pod uwagę filmów, w których animację wykorzystuje się jako jedną z technik, gdzie intencją twórców/producentów nie było zrobienie filmu animowanego, ale przeboju kasowego, urozmaiconego wstawkami animowanymi (bez których trudno byłoby zrealizować pewnego rodzaju sceny). W tej sytuacji na antypodach leżałby film animowany artystyczny, film autorski – bo przecież i o nim trzeba pamiętać. Skoro autorka tekstu pyta w tytule: „Co to za sztuka?”, nie powinna pomijać sztuki właśnie, w jej artystycznym wymiarze, nie tylko rzemieślniczym. Z pewnością potrzeba nam rzemieślników tworzących animacje na potrzeby reklam, platform cyfrowych, telefonii komórkowej lub mogących zasilić zespoły filmowe pracujące nad pełnometrażowymi produkcjami, ale potrzebujemy także twórców filmów animowanych – artystów, którzy będą potrafili wykroczyć w opowiadanych historiach poza banał. Ani znajomość technologii, ani biegłe się nimi posługiwanie nie dają gwarancji na robienie prawdziwej sztuki.


Numer o animacji


Trafnie o tym mówi Zbigniew Żmudzki w rozmowie z Arturem Zagułą (Oskar dla Se-ma-fora?), opublikowanej w sieciowym magazynie „Purpose”. Producent nagrodzonego w tym roku Oscarem Piotrusia i wilka twierdzi, że „animacja komputerowa się zbanalizowała, że w animacji 3D trudno dziś zrobić jakieś znaczące dzieło. Jest to po prostu majstersztyk technologiczny, ale jeśli ma powstać dzieło filmowe, film znaczący, to lepsze efekty artystyczne można osiągnąć przy pomocy klasycznych technik, czyli na przykład techniki lalkowej”. Dalej wymienia pozostałe nominowane filmy, przeważnie zrealizowane technikami tradycyjnymi, a tylko w niewielkim stopniu przy użyciu komputera. Przy okazji warto napisać, że cały styczniowy numer [1 (40) 2008] „Purpose” poświęcony jest animacji (oczywiście, w kontekście przedsiębiorczości w kulturze, bo taki jest profil pisma). Znajdziemy w nim jeszcze rozmowę z Wojtkiem Wawszczykiem (Miałem wiele szczęścia, rozmawia Maja Ruszkowska-Mazerant), młodym, utalentowanym i znanym już w branży animatorem, który tworzy kino autorskie, ale angażuje się także w większe produkcje (obecnie współreżyseruje pełnometrażową adaptację komiksu Jeż Jerzy, a zwiastun do niedawno ukończonej Drzazgi i filmowe fotosy z tej animacji można obejrzeć w galerii na stronie pisma); jest też wywiad z Mariuszem Frukaczem, organizatorem Ogólnopolskiego Festiwalu Autorskich Filmów Animowanych OFAFA i z Piotrem Szczepanowiczem, współpracującym przy powstawaniu Piotrusia i wilka. Polecam również wycieczkę po Muzeum Animacji w San Francisco, o którym opowiada Magda Wojnowska.


Grunt to równowaga


Powróćmy do artykułu Aliny Skiby – trzeba się zgodzić z autorką, kiedy pisze, że czasy się zmieniły, a wraz z nimi rynek nadawców i odbiorców. Pojawiły się nowe technologie, kanały dystrybucji, a też i odmienna wrażliwość widza. Zwraca na to uwagę Jerzy Kucia w rozmowie z Martyną Olszowską, opublikowanej jeszcze w zeszłym roku w krakowskim kwartalniku „Splot” (Animacja w kontekście rzeczywistości, nr 1/2007): „[…] gdy spojrzy się na kolejne roczniki, widać, że wchodzą one na uczelnie z innymi doświadczeniami i oczekiwaniami. W tej chwili częściej pojawiają się ludzie myślący o filmie w innych kategoriach artystycznych, a także interesujący się nim w sensie komercyjnym. Ale to jest chyba cecha współczesności. Wydaje mi się również, że młodzi są lepiej przygotowani do dzisiejszych realiów niż starsze pokolenia. Są bardziej świadomi zasad rynku i tego, że aby mieć warunki do pracy artystycznej, trzeba je osobiście stworzyć”. Sam Kucia jest przedstawicielem starszego pokolenia – w tworzeniu animacji (filmów animowanych) widzi przede wszystkim możliwość autorskiej wypowiedzi, a proces twórczy postrzega jako rozwijanie własnej osobowości artystycznej. Nie zależy mu na tworzeniu animacji pełnometrażowej, bo wie, że wówczas swoje wizje musiałby podporządkowywać innym, film straciłby charakter osobisty. Z przywoływanej rozmowy z Wawszczykiem, animatorem młodego pokolenia, dowiadujemy się, że już nieco inaczej patrzy on na rolę artysty w procesie, jakim jest realizacja filmu animowanego: „Będąc w Niemczech, zobaczyłem drugą stronę filmu animowanego. O ile polska szkoła filmowa stawia na artystyczne, autorskie, często jednoosobowe kino, o tyle niemiecka nauczyła mnie rzemiosła, komunikatywności z widzem, rozwinęła mnie od strony technicznej. Znalezienie balansu między aspektem artystycznym a rzemieślniczą poprawnością jest niezwykle trudne, ale w tym kryje się chyba tajemnica dobrego filmu”.


Sztuczne podziały


Być może wkrótce podział na kino autorskie, o wysokich walorach artystycznych, robione niemalże w pojedynkę, oraz na produkcje pełnometrażowe, poddane dyktatowi komercji (film musi się zwrócić, więc wykorzystuje animowane sztuczki), stanie się anachroniczny i sztuczny, w żaden sposób nieogarniający bogactwa, jakie rodzi się za sprawą nowych i bardziej dostępnych technologii (czego wyrazem jest m.in. kultura konwergencji – ujednolicanie mediów, zacieranie podziałów na radio, telewizję, Internet itp., zmieniająca pejzaż telewizyjno-telekomunikacyjno-multimedialny). Próba rozróżniania animacji czystej (bez żywego aktora, w której animuje się, tzn. wprawia w ruch różny materiał) od animacji, która jest tylko nakładką na film aktorski albo urozmaicającym stronę wizualną dodatkiem do filmu aktorskiego, będzie echem sztucznych podziałów. Już dziś nie wiem, jak potraktować przygotowywany przez Piotra Dumałę film „Las”, w którym mają zostać połączone kino aktorskie i animacja?


Wehikuł odkryć


Zatrzymajmy się na dłużej przy postaci Piotra Dumały. To artysta, z którym bodaj najczęściej rozmawiają dziennikarze zarówno mediów wysokonakładowych, jak i tych o mniejszym zasięgu. O przekraczaniu zaklętej figury animatora-pustelnika, cierpliwego mnicha latami tworzącego dzieło życia, otwieraniu się na nowe wyzwania oraz animacji jako części większej całości opowiada Piotr Dumała w rozmowie z Agnieszką Wróblewską, opublikowanej w miesięczniku „Morele i Grejpfruty” [2 (4) 2008]. Dumała to jeden z wybitniejszych twórców animacji, wykładowca w łódzkiej Filmówce, znany w Polsce i na świecie artysta o nieustabilizowanych, jak się okazuje, poglądach na animację. I ten brak stabilizacji, przywiązania do jednego, niezmiennego poglądu na sztukę ruchomych obrazów, jest czymś zbawiennym w procesie twórczym. Kiedy Dumała wyznaje: „Ja doszedłem do takiego momentu, że chciałbym robić coś innego, gdzie animacja to część czegoś większego, gdzie styka się ona z czymś innym, co się teraz bardzo często pojawia, na przykład nowoczesny teatr prawie nie występuje dziś bez animacji. W ogóle samo pojęcie animacji się zmieniło. Kiedyś to byli właśnie pojedynczy twórcy, którzy mieli swoje style, siedzieli w swoich piwnicach, pokojach, pracowniach w pojedynkę czy z jakimś jednym człowiekiem”, tłumaczy tym samym, dlaczego rozpoczął pracę nad filmem aktorskim (nie rezygnując z animacji). Potrzebował kontaktu z drugim człowiekiem, z żywym, a nie rysowanym aktorem, który wnosi wiele od siebie w tworzone dzieło, jest partnerem dla reżysera. Poza tym, jak mówi, chciał, „żeby film animowany stał się wehikułem odkryć, a nie tylko robieniem kolejnych filmów, podobnych jak poprzednie”.


Jaki widz, jakie filmy


W rozmowie z Dumałą znajdziemy też odpowiedzi na pytania postawione przez „Magazyn”: Jaki film animowany jest nam potrzebny, do jakiego widza ma być skierowany? Twórca animowanej Zbrodni i kary chce robić filmy dla normalnych ludzi, którzy, przeglądając repertuar filmowy, zastanawiają się, na co ciekawego wybrać się do kina; a więc nie dla wybranej, festiwalowej publiczności (bo zazwyczaj tylko w takim zamkniętym obiegu pojawiają się filmy animowane artystyczne, nienastawione na sukces kasowy), ale dla widzów, z którymi Dumała wierzy, że można nawiązać dialog właśnie za pośrednictwem dzieła, tym bardziej że w dzieło to artysta włożył serce i energię. Dumała liczy na kilkutysięczną widownię. Myślę, że i tysiąc osób powinno ucieszyć, tysiąc wrażliwych i myślących widzów, którzy nie przełkną filmu jak jeszcze jednego ziarenka popcornu.

Ale czy o takim widzu myśli Alina Skiba, kiedy zwraca czytelnikowi uwagę, że dziś film trzeba umiejętnie sformatować, tzn. ustalić zawczasu format produkcji: określić rodzaj filmu za względu na technikę (2D, 3D, CGI, plastelina, wycinanka, lalka), odbiorcę (dorośli, dzieci, dzieci w wieku przedszkolnym), gatunek (film akcji przygodowy, film akcji komediowy, anima, komedia, dramat, film edukacyjny, musical, film przedszkolny, science-fiction, sitcom) i dystrybucję (kino, telewizja, DVD, Internet)? Chyba raczej nie, bo umiejętne sformatowanie produkcji to gwarancja osiągnięcia godziwych zysków, a przecież tysiąc osób do tego się nie przyczyni. Ideałem byłoby tworzyć atrakcyjne wizualnie, nowoczesne produkcje, oferujące ambitny przekaz, z przeznaczeniem i do kina, i do telewizji, i na płyty DVD, i do Internetu. Zgoda na format – trzeba o nim pamiętać, gdy pisze się wnioski o dofinansowanie produkcji do różnych instytucji, ale pamiętajmy, że słowo to ma też swój negatywny wydźwięk; formatowanie działalności artystycznej więzi ją w sztywnym gorsecie formułek, pozbawia artyzmu, nadmiernie przy tym uwypuklając rzemiosło. Jako widz filmów animowanych czekam przede wszystkim na kino artystyczne. Jeśli mam zacząć korzystać z usługi VoD (Video on Demand / Wideo na życzenie) i w cyfrowej wypożyczalni pobierać filmy animowane, to czekać będę na ambitne produkcje, najchętniej arcydzieła.


Koniunktura


Mam nadzieję, że jubileusz polskiej animacji oraz Oscar dla Piotrusia i wilka nakręcą koniunkturę na animację i w przeglądanych pismach kulturalnych znajdę więcej tekstów o tej wciąż jeszcze po macoszemu traktowanej dziedzinie sztuki.

Agnieszka Kozłowska

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
CZY CZASEM NIE WARTO MNIEJ (MÓWIĆ)?
PRAWDA CZASU, PRAWDA EKRANU
KINO PO SĄSIEDZKU

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt