Witryna Czasopism.pl

Nr 34 (116)
z dnia 13 grudnia 2004
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

UPADEK Z BUCEFAŁA

Kilka lat temu amerykańska Polonia protestowała przeciwko filmowi Polish wedding, który miał pokazywać zafałszowany i krzywdzący obraz tamtejszego środowiska – chodziło głównie o pokazanie bardzo powierzchownego katolicyzmu emigrantów. Film praktycznie nie zaistniał w świadomości widzów, choć stało się to nie tyle za sprawą protestu rodaków, co jego znikomej wartości artystycznej. Potem pokazała go TVP i muszę przyznać, że nie znalazłam niczego, co mogłoby mnie zbulwersować, może ewentualnie rozbawić, jak np. pojawiający się w nim motyw kulinarny: nie znam bowiem żadnej polskiej gospodyni, która na śniadanie lepiłaby pierogi, a już pomoc męskiej części rodziny to jakaś futurologia. Zresztą zawsze, na przemian irytują mnie i śmieszą przypadki, gdy czyjeś uczucia religijne, patriotyczne, itp. zostają urażone za sprawą jakiegoś dzieła sztuki. Podobnie było ostatnio, gdy dowiedziałam się o grupie greckich prawników, którzy chcą pozwać do sądu Olivera Stone’a, bo zasugerował w Aleksandrze, jakoby legendarny monarcha był homoseksualistą. Złożenie podobnego wniosku jest o tyle kuriozalne, że przecież nie mamy do czynienia z wiarygodnym źródłem naukowym, tylko, choć opartą na historii, ale jednak fikcją. Przypomina się Amadeusz Formana i zarzuty, że Mozart pokazany jest jako infantylny prostak, na dodatek śmiejący się jak idiota, że Salieri wcale nie zamówił u niego Requiem i nie doprowadził do śmierci kompozytora. Na szczęście większość krytyków zauważyła, iż film jest nie tyle biografią konkretnego twórcy, co uniwersalną historią artysty. Zresztą, większość historyków skłania się ku tezie, że Aleksander Wielki był co najmniej biseksualny, co przecież nie dziwi, zważywszy, że jesteśmy w starożytnej Grecji. Grecy, jak wszyscy inni po nich, mieli świadomość, że lepiej już było, stąd pochwała miłości homoseksualnej jako miłości bezpłodnej, w wyniku której na okrutny świat nie przychodzą dzieci. W filmie Stone’a związek Aleksandra i Hefajstiona został pokazany jako wcielenie miłości platonicznej, raczej porozumienie dusz niż ciał – tu uspokoję tych polskich krytyków, których zbulwersowało Złe wychowanie Almodóvara, bo nie będą musieli znosić, cytuję, „widoku pieprzących się facetów”. Niemniej film podkreśla nie tyle biseksualizm, co panseksualizm bohatera, który najbardziej kochał swojego towarzysza, ale miał też – głównie ze względów politycznych – trzy żony i „spędzał intymne chwile z małymi chłopiętami”, co dzisiaj nazywa się po prostu pedofilią.

Paradoksalnie jednak ów pozew greckich prawników mógłby pomóc filmowi jako dodatkowa promocja, której ten potrzebuje. Aleksander – wielkie, kosztowne kostiumowe widowisko zasługuje bowiem na miano spektakularnego gniota. O czym piszę z tym większym żalem, iż naprawdę miałam nadzieję na obejrzenie filmu, który dosłownie wbije mnie w fotel. Tak się nie stało i nie tylko dlatego, że oglądałam go z perspektywy schodów łódzkiego Teatru Wielkiego. Aleksander, mimo kilku spektakularnych scen, jak bitwa pod Gargamelą, jest wyjątkowo nudnym filmem – czuje się, że trwa niemal trzy godziny. Szarżuje nie tylko grecka jazda, ale i aktorzy, zwłaszcza Angelina Jolie w roli matki Aleksandra, Olimpias (swoją drogą to swoista perwersja, bo aktorka jest raptem o rok starsza od Colina Farrella, który gra jej syna), rzucająca wściekłe spojrzenia, którym grozy przydają zwisające u jej ramion węże. Na dodatek Jolie mówi po angielsku z mocnym akcentem, co zapewne ma sugerować, że grecki nie był rodzimym językiem bohaterki. Rozczarowuje też pomysł na głównego bohatera. Aleksander ma potężny kompleks ojca i ambiwalentny stosunek do matki – trochę za dużo w tym freudyzmu. Patrząc na pełne lęku spojrzenie bohatera, nie mogłam wyjść ze zdumienia, jak temu spłoszonemu chłopcu udało się zawojować pół świata.

Nie pierwszy to raz Stone osiąga na ekranie rezultat nie do końca zgodny z zamierzeniem – o innych wzlotach i upadkach, obsesjach i błędach amerykańskiego reżysera pisze Tomasz Jopkiewicz w grudniowym „Kinie” (Kalkulacja i furia). Autor słusznie przestrzega przed uogólnieniami, jakich często używa się w odniesieniu do twórczości reżysera, widząc w nim przede wszystkim nawiedzonego ideologa, któremu własne obsesje przesłoniły rzeczywistość. Według Jopkiewicza – co udowadnia, sięgając po filmowe przykłady – przed radykalną jednoznacznością ratuje Stone’a skłonność do anarchii. Najlepsze rezultaty osiąga, kiedy na pierwszym planie stawia nie misję (czyli wymierzanie sprawiedliwości światu, tj. Ameryce), a bohaterów, bardzo amerykańskich, rozdartych między afirmacją a autodestrukcją. Ta niejednoznaczność najbardziej widoczna jest w filmie Salvador, którego bohaterem (skądinąd mającym autentyczny pierwowzór) jest reporter Richard Boyle, jednocześnie cynik i naiwny idealista. Jopkiewicz podkreśla zresztą autobiograficzny kontekst twórczości Stone’a: powielana przez reżysera wizja skorumpowanego świata, który tęskni do utraconej niewinności jest efektem doświadczeń młodości. Artysta brał udział w wojnie wietnamskiej, został nawet kilkakrotnie odznaczony i jego mentalność pozostała w dużej mierze mentalnością weterana, nieufającemu zarówno politykom, którzy kazali mu walczyć, jak i dekownikom, niemającym podobnych doświadczeń. Zapewne dzięki autentyzmowi własnych przeżyć zrealizowany przez niego Pluton pozostaje jednym z najlepszych filmów o Wietnamie, a niektóre sceny – jak śmierć sierżanta Barnesa czy masakra w wietnamskiej wiosce – zawsze robią wrażenie.

Stone nie ukrywa swoich ambicji: chce wstrząsnąć publicznością i stworzyć arcydzieło, stąd konsekwentne poruszanie tematów społeczno-politycznych czy realizowanie – z różnym efektem – filmów biograficznych. Niewątpliwie reżysera od zawsze fascynowały mocne osobowości – Aleksander Macedoński z pewnością należy do takich bohaterów, szkoda, że na ekranie tego nie widać, nawet fakt, że jako rzecznik wielokulturowości wyprzedzał swój czas, jakoś schodzi na drugi plan. Na konferencji prasowej reżyser nazwał Aleksandra swoim najważniejszym filmem – mam nadzieję, że takowy jest ciągle przed nim. I pocieszam się, że choć mamy do czynienia z kolejnym artystycznym upadkiem reżysera, to jednak spadł on z naprawdę wysokiego konia. Poza tym wierzę, że i po upadku z Bucefała można się podnieść.

Katarzyna Wajda

Omawiane pisma: „Kino”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
Przystanek „Paryż”
2 + 2 = 4
TRAUMA BRAKU SŁODYCZY

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt