Witryna Czasopism.pl

nr 22 (200)
z dnia 20 listopada 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

’68 I DALEJ

„artPAPIER” ewoluuje. Najpierw połączył dział filmowy z teatralnym, potem przygarnął dwa blogi, a teraz – w numerze 22/2007 – uruchomił dział nowy, filozoficzno-teoretyczno-humanistyczne „idee”. Wkrótce premiera działu poetyckiego.

Dzieła omawiane w pierwszym wydaniu działu „ideowego” są sobie bliskie tak tematycznie, jak „towarzysko”. Derek Attridge (Jednostkowość literatury), Maurice Blanchot (Literatura ekstremalna), Michał Paweł Markowski (Nieobliczalne) – wiadomo, dekonstrukcja. Guy Debord (Dzieła filmowe) i Jacques Rancière (Estetyka jako polityka) – francuscy marksiści „z tamtych lat”. Polski tłumacz Attridge’a i Rancière’a – Paweł Mościcki – to zarazem komentator-redaktor Blanchota i uczeń Markowskiego; Rancière’a i Blanchota wydał zaś w Polsce eks-szef oficyny, która opublikowała książkę Deborda, czyli Piotr Marecki. Tak więc wszystko w rodzinie. Nawet mnie tam nie zabrakło! Ale o mnie później.

Reklamowana w „artPAPIERZE” książka Deborda (Magdalena Kempna, Mnie również wygnano z Florencji) w pierwszym rzędzie uświadamia, że jej autor nie tylko pisał afektowane i pogardliwe książko-eseje, ale również robił filmy. „Radykalne posunięcia, na przykład zakończenie filmu najdłuższym w historii kina, trwającym dwadzieścia cztery minuty zaciemnieniem, ostentacyjne zwracanie się do widza, demaskowanie pracy kamery, czy wreszcie adaptowanie książki z zakresu teorii społecznej (Społeczeństwo spektaklu), nie miały wszak służyć niczemu innemu, jak próbie skłonienia odbiorców do odrzucenia utartych schematów recepcyjnych i interpretacyjnych. Nadrzędnym zaś celem było przekazanie pewnych idei, tez, elementów programu swoiście pojętej rewolucji”. Brzmi jakoś znajomo. Mnie, którego mordowano na studiach radzieckim kinem montażowym lat 20., zacytowany kawałek od razu przywołuje na myśl Człowieka z kamerą, film Dzigi Wiertowa z roku 1929, pierwszy w dziejach pełnometrażowy wideoklip. I faktycznie – nic nowego, powtórka z radzieckich montażystów. Ta sama estetyka, tyle że na nowszym sprzęcie, i ten sam zwrot zaangażowania politycznego. Myślę, że po to właśnie ogłoszono rok ’68 zmierzchem awangardy, żeby zatrzeć owo „podobieństwo”, a mówiąc wprost – epigoństwo. Nasza mała postmoderna w ogóle jest mocna w gębie: na sztandarach wypisuje figlarne zaczepki, zaś życie „pozawiecowe” zostawia odłogiem, kwitując je protekcjonalną gadką o „konsumeryzmie”. Spektakl swoje, życie swoje...

Jeśli rok ’68 zaistniał w teorii literatury, to „dzięki” poststrukturalizmowi i dekonstrukcji, których dzieckiem jest Derek Attridge (Tomasz Pawlus, Wszystko, co literackie). Spadkobiercy dekonstrukcji sprawiają wrażenie, jakby urodzili się w bibliotece i zamierzali w niej umrzeć. Za szczyt tego, czego można zaznać na naszej planecie, uważają czytanie. Rzeczy takie jak „inwencja”, „zdarzenie”, a nawet „jednostkowość”, rezerwują właśnie dla przewracania zapisanych kartek, czyli lektury, doświadczenia lektury, zdarzenia lektury... „Bliskość wpisana w obcowanie z artefaktem kultury – pisze Pawlus – pozostawia ślady, które zostają zazwyczaj umiejętnie zatarte, co wiąże się z niepożądanym – w kontekście refleksji Attridge’a – ryzykiem wyjścia poza »literackość«. Być może w tym miejscu rozgrywa się kwestia dla sensu literatury dziś najważniejsza – sztuka samoocalenia podmiotu piszącego/czytającego przed prawem transgresji w rzeczywistość”. No, właśnie! Podmiot na dekonstrukcji hodowany to asceta tekstualny, który unika rzeczywistości, i dlatego wszelkie ewentualne szaleństwa przenosi sobie na pole literatury. „Wyjście poza »literackość«” to dla niego „ryzyko”. Lubi tylko signifianty. Kontakt z signifié to nie rzecz dla niego. Jeśli spotkanie z Innym, to wyłącznie przez tekst. Wielkie mi co!

Nasz czołowy szaman inności, którego – jak twierdzi Ryszard Knapek w tekście Zabawy w mistrza – nikomu polecać nie trzeba, to Michał Paweł Markowski. Markowski do serca wziął sobie hasło Nietzschego „żyj niebezpiecznie!”. Nieustraszenie nawołuje do oddania się temu, co nieprzewidywalne. Narzucić się, gwałtem odcisnąć i te klimaty. Taki boks w literaturoznawstwie. Tylko co w tym niebezpiecznego? Dla boksera-gwałciciela – nic. Albowiem nie o takie życie chodzi. Chodzi o życie, które nie gwałci, tylko się gwałci. Które przekracza samo siebie, a nie pokonuje przeciwnika na ringu, i to na „ringu interpretacji”, gdzie bitwa toczy się na słowa. Stawką – zgoda – jest interpretacja, tyle że autointerpretacja. Jakkolwiek wygląda na to, że walczymy z innymi, to naprawdę walczymy tylko z ich uwewnętrznionym „wsadem”, wsadem, który mamy w środku. W kwestii języka: „owszem, wyrażamy i tworzymy poprzez język – pisze Knapek – ale nie znaczy to, że rodzimy się w języku i że poza niego nigdy się nie wyrodzimy. Możliwa jest ucieczka, a szansą na nią jest nieskończoność, która otwiera bramę transcendencji (poza świat języka), a która pełniej nazywana jest tu »nieobliczalnością«”. Iluzja rodem z oświecenia: albo język-logos, albo nie-wiadomo-co, „inne”. Albo jesteśmy tu i teraz i paplamy bez ustanku, albo teleportujemy się do transcendencji, która otworzyła filię na Ziemi pod postacią Realnego – i nie ma nas. Bzdura! Znamy przecież doświadczenie obecności, które jest przy okazji niejęzykowe. Zapytajcie dowolnego niemowlaka.

Skoro zeszło na dzieci poniżej pierwszego roku życia, to czas na mnie i na mój „wspaniały” tekst o książce Maurice Blanchot. Literatura ekstremalna, którego główne pytanie brzmi: poród – i co dalej? Odpowiedzi jest parę, a jedną z nich, rzecz jasna, pisanie. No, bo co taki Blanchot mógł robić w życiu, jak nie czernić papier? Wyrafinowani Francuzi żyją pisaniem i piszą życiem. Dlatego też z wielką atencją odnoszą się do milczenia – jako do czegoś, co u nich tak rzadkie. A teraz zrobię coś, na co pozwalał sobie tylko Nietzsche: zacytuję sam siebie. „Rewersem rzeczy zapisanej, »zagubionej w tłumaczeniu« – piszę – jest Ding an sich, rzecz sama w sobie, taka czarna dziura, która opiera się wszelkiemu przekładowi »na nasze«. Czerń czarnej dziury Blanchot nazywa inną nocą: nocą idealnie czarną, po której nie następuje dzień, nocą, która własnym przyciąganiem wręcz zasysa światło”. Cytuję, żeby zaznaczyć, że ta czarna dziura to ja, nie Blanchot. Porównanie „nieźródłowe”, ale funkcjonalne. Tak to się czasem robi.

Maciej Stroiński

Omawiane pisma: „artPAPIER”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
CZY GLIWICE TO ŚLĄSK?
PASJA
felieton___KOLOROWY SMUTEK PROWINCJI

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt