Witryna Czasopism.pl

nr 19 (197)
z dnia 5 października 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

ŚWIĘTA VIOLETTA VILLAS, CZYLI TABLOIDYZACJA „MACHINY”

Nie obejdzie się na wstępie bez wycieczki osobistej. Otóż należę do osobników do dzisiaj rozkochanych w starej, dobrej „Machinie” – tej, która ukazywała się w latach 1995-2002. Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele – najistotniejsze z dzisiejszej perspektywy było dla mnie to, że właśnie dzięki temu magazynowi udało mi się raz na zawsze skończyć z „Bravo” i „Popcornem”, czytywanymi w tamtym czasie z wypiekami na twarzy. Dzięki „Machinie” dowiedziałem się, że nie tylko filmy z Jean-Claudem Van Dammem mogą mnie cieszyć, że są jeszcze różne Lynche, Altmany, Kieślowscy, że są tacy bracia Coen, że jest wreszcie Von Trier. Dzięki „Machinie” przeszedłem z etapu uwielbienia dla Michaela Jacksona i Petera Andre (umięśnionego, roznegliżowanego mężczyzny, twórcy hitu Mysterious Girl) w etap miłości do Sonic Youth, Toma Waitsa czy Radiohead. Zapewne też w dużej mierze dzięki „Machinie” zacząłem odkrywać pisarzy innych od serwowanych mi szkolnych lektur obowiązkowych – to tam po raz pierwszy czytałem o Vonnegucie, Hrabalu czy Keseyu. Oczywiście, dzisiaj może to dziwić – jednak dla nastolatka z małej wioski na Kaszubach pismo to wykonało w tamtym czasie coś w rodzaju kulturowej „pracy u podstaw”. I nie trzeba chyba dodawać, że pisma kulturalne, literackie, jakiekolwiek pisma niszowe do liniewskiego kiosku nie docierały.


Kiedy więc – jeśli dobrze pamiętam – w kwietniu 2002 roku ukazał się ostatni numer „Machiny” (głośny numer z gejami na okładce – czytelnicy nie domyślali się jeszcze, iż to ostatni numer, tym bardziej, że w środku odnaleźć można było zajawki tekstów z numeru majowego), zrozumiałem, że – proszę wybaczyć szumną deklarację – coś się w moim życiu skończyło. Od kwietnia 2002 roku przez kilka kolejnych lat (coraz ciszej, coraz rzadziej) liczyłem wciąż na to, że jeszcze kiedyś się moja „Machina” odrodzi, że ktoś piękny, mądry i bogaty wykupi sobie prawa do tytułu i przywróci dla mnie pismo, które dawniej z tak wielką radością czytałem. W połowie 2005 roku „Machina” wróciła – jednak ci, którzy obcowali z jej wersją starą i nową, wiedzą, że słowo „wróciła” jest tutaj co najmniej nie na miejscu. Właściwie jedyna rzecz, jaka oba tytuły łączyła, to nazwa magazynu. Poza tym wszystko było inne i – trudno, by zagorzały zwolennik „starego” mógł twierdzić inaczej – gorsze. Oto pojawiło się na poły life-style'owe, na poły młodzieżowe pismo przeładowane kolorami i bajeranckimi krojami czcionek, pełne awangardowego łamania kolumn (taki „Wakat” w wersji popkulturowej i wysokonakładowej), które trafiło najbardziej w gusta – myślałem po lekturze pierwszych trzech numerów – rozkapryszonych, nowobogackich nastolatków, słuchających Justina Timberlake’a, bawiących się na konsoli i niepotrafiących czytać (druga część zdania do odbiorców „Wakatu” już jednak nie pasuje). Po pierwszych numerach nowej „Machiny” zamierzałem się zbuntować, słać wielostronicowe listy z pretensjami i żalami skrzywdzonego i poniżonego, który wcześniej czytał pismo reklamujące się hasłem „Jesteśmy subiektywni”, a obecnie – które powinno się promować frazą: „Byliśmy subiektywni, jesteśmy żenujący”. Jednak bunt mi przeszedł – z przyzwyczajenia dla dawnego tytułu sięgam jeszcze od czasu do czasu po kolejne numery pisma prowadzonego przez Piotra Metza i staram się trzymać swoje emocje na wodzy, co nie zawsze mi się jednak udaje.


Tym razem („Machina” nr 17/2007) do reakcji sprowokował mnie już materiał okładkowy, czyli duży wywiad z Violettą Villas, ozdobiony ekscentrycznymi, utrzymanymi w „villasowej poetyce”, fotosami. Lektura tekstu zatytułowanego Nie mam im tego za złe! poraża. Life-style'owe pismo dla młodych ludzi bezczelnie wykorzystało specyficzną fotogeniczność Villas, jak również opublikowało obszerną z nią rozmowę, dzięki której czytelnik może się albo pośmiać z tego, co Villas ma dziennikarce do powiedzenia (przyznam, że i ja się kilka razy zaśmiałem), albo może się utwierdzić w przekonaniu – które to przekonanie powstało dzięki lekturze wcześniejszych publikacji na łamach tabloidów – że Villas nie jest osobą pełnosprawną psychicznie (przyznam, że i ja się w tym przekonaniu, niestety, utwierdziłem). Tym bardziej jednak jest to publikacja nie na miejscu, publikacja szkodząca Villas oraz jej i tak już dostatecznie zniszczonemu wizerunkowi. Proponowałbym nazwać rzecz po imieniu: „Machina” w chamski, niczym nieuzasadniony sposób wykorzystała tragedię schorowanej, opuszczonej przez wszystkich kobiety. Bo jakoś nie sposób mi uwierzyć w to, że pismo, którego zerowy numer szczycił się okładką przedstawiającą Madonnę wystylizowaną na Matkę Boską, nagle przeszło na chrześcijańskie pozycje bojowe i rozpoczęło realizację, z pomocą Violetty Villas, rzecz jasna, misji nawracania młodych czytelników na Jezusa Chrystusa i Maryję Pannę, Wieczną Dziewicę. Dlatego też, podkreślę raz jeszcze, za nieuczciwe dziennikarstwo uznaję publikację „Machiny”, która (nie bez sporej satysfakcji, jak mniemam) przedstawia czytelnikom kolejne kwestie pani Villas, opowiadającej o tym, jak bardzo stara się, by zostać świętą, mówi o swoich rozmowach z Bogiem, o tym, że ze szpitala psychiatrycznego wyciągnęła ją ręka Jezusa, że uczepiła się palta chrystusowego, którego nie ma zamiaru już puszczać, i wiele tym podobnych fragmentów. Żeby (czytelnikom „Machiny”) było jeszcze zabawniej – najciekawsze z „szokujących” kwestii wyróżniono i dziwnym trafem są to te fragmenty, które traktują o, nie ulega wątpliwości, przerysowanej, niezdrowej i wręcz fanatycznej religijności pani Villas. Nie zmienia to jednak faktu, że nie jest zadaniem tabloidów czy „Machiny” (która do elitarnego grona pism brukowych tym wywiadem dołączyła) zwiększać nakłady i zarabiać spore pieniądze na chorobie i nieszczęściu drugiego człowieka. Nawet jeśli tak – jak widzimy – jest, nie ulega mojej wątpliwości, że być tak nie powinno. Że takie żerowanie na ludzkiej tragedii jest zachowaniem żenującym i zasługującym na powszechne potępienie. I nie wypowiadam tych słów z pozycji konserwatywnych czy z powodu religijnego oburzenia – po prostu dziwnie się poczułem po lekturze tej rozmowy. Pomyślałem: ktoś tutaj gra bardzo nie fair, ktoś bije ostro poniżej pasa. A nie chciałbym, by to był mój poziom. I nie chciałbym też, by był to poziom pisma, które kilka lat temu uważałem za swoisty drogowskaz na mapie tego, co w kulturze interesujące i ważne.


Nie zamierzam się w tym miejscu dłużej zajmować wywiadem z Violettą Villas, skoro uważam, że tekst ten w ogóle nie powinien się ukazać. Tym bardziej, że, jak podkreśla kilka razy w trakcie rozmowy sama główna zainteresowana, na wywiad ten nie ma jej zgody. Tym bardziej, że – co również wyczytać można z rozmowy – piosenkarka prawdopodobnie wykorzystywana była przez Andrzeja Sikorę (menadżera, wcześniej zajmującego się skupem złomu), który za nią ustalał, z kim powinna rozmawiać, dla którego pisma powinna pozować, w jaki sposób powinna się zachowywać itd., itp. (Jak przeczytałem na świetnie przygotowanej i na bieżąco aktualizowanej stronie Villas w Wikipedii – na początku sierpnia tego roku piosenkarka zerwała współpracę z menadżerem Andrzejem Sikorą i adwokatem Andrzejem Świtem i powróciła do rodzinnego domu w Lewinie Kłodzkim). Intencje osób odpowiedzialnych za ten materiał są co najmniej nieczyste i nie zmieni tego najbardziej karkołomne tłumaczenie się redakcji „Machiny”. Bo też i jak? Może pismo chciało wskazać na zagrożenia związane z gorliwą wiarą? A może – co sugerować miał tytuł rozmowy – za pomocą tego materiału, pisarka przekazała swoim wrogom wyrazy wybaczenia? Może też „Machina” chciała pomóc piosenkarce – pokazać ludziom, że jest wykorzystywana przez swojego menadżera czy też wypromować nową płytę, która, gdyby się dobrze sprzedała, pomogłaby jej w przywróceniu schroniska dla zwierząt? Tak. Tak samo jak Madonna na okładce „zerowego” numeru „Machiny” miała skusić do prenumeraty pisma członków Młodzieży Wszechpolskiej i współtwórców kół różańcowych przy Radiu Maryja.


Przy okazji przyjrzałem się również innym (dodajmy – nielicznym) tekstom zamieszczonym w omawianym tutaj numerze „Machiny”. Wart uwagi jest tekst o kidultach (dorosłych dzieciakach) autorstwa Renaty Bożek (Kidulci: dorosłe dzieci; swoistym rozwinięciem tego tematu wydaje się ostatni numer poznańskiego „Czasu Kultury” 3/2007), parę ciekawostek kryje się w tekście o więziennych koncertach (Za brata, co go izoluje krata Joanny Wojdas, który wszakże surowej krytyce poddała moja dziewczyna, jako że promowanie zespołu takiego jak Firma jest niczym innym, jak promowaniem przestępców i kryminalistów) czy wywiadzie ze Stefanem Niesiołowskim (Pierwotniaki w polityce, z Niesiołowskim rozmawia Grażyna Kuryłło), w niecodzienny sposób rozprawiającym się ze znanymi politykami. Otóż przyrównuje ich do zoologicznych odpowiedników. I tak, Joanna Senyszyn jest grabarzem ciemnym krzywonogim, Przemysława Gosiewskiego uważa Niesiołowski za trutnia, Antoniego Macierewicza porównuje do skakuna szybkiego, a ojca Rydzyka do osy grzebaczkowatej – poszczególnym pomysłom towarzyszą konkretne opisy. Wielki plus należy się Łukaszowi Maciejowskiemu, który w krótkich recenzjach (bo recenzji obszerniejszych w „Machinie” nie uświadczymy) filmowych zmieścić potrafi naprawdę sporo, bo też znajdzie tutaj czytelnik zarówno przezabawne streszczenie fabuły filmu, kilka zgrabnych bon motów, jak również bezlitosną ocenę wystawioną przez recenzenta. Do tego trudno się z Maciejowskim nie zgodzić, a jeszcze trudniej w czasie lektury tych not o filmach się nie uśmiechnąć W recenzji z Dona pisze na przykład: „Z tymi gwiazdami nie tańczę. Powiedzieć głośno w Polsce, że Bollywood nudzi i irytuje, to prawie to samo, co przyznać się do głosowania na Kaczyńskiego. Na swoją obronę mogę tylko dodać, że pierwsze pokazywane w Polsce filmy bolly przyjmowałem jako sympatyczną ciekawostkę. Taki wysokobudżetowy disco-relax. No, ale ile można?”. Zgoda w zupełności. Perełką jest też recenzja Maciejowskiego z Shaka Zulu, z której zacytuję choć zdanie: „Kapitana Mungo zagrał Hasselhoff i mówcie, co chcecie, ale cały czas wydawało mi się, że żałośnie wypatrywał przez lornetę buforów Pameli Anderson”.

I to właściwie już wszystko, co ciekawego w numerze „Machiny” czeka na czytelnika. Ach, zapomniałem o wywiadzie z Glacą (Podżeganie z Afryką, przepytuje Jarek Szubrycht), sprzedającym swoje złote myśli. Mówi na przykład w ten sposób: „Skoro system mnie wkurwia, to przypierdolę mu słowem!” Jakie to proste. A o jedenastym września 2001 powiada nam Glaca tak: „I wtedy samoloty pierdolnęły w te dwa budynki!”. Dobrze, dobrze, darujmy sobie dalsze cytaty.

Grzegorz Wysocki

Omawiane pisma: „Machina”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
Prozac życia
POTOP POP-PAPKI
FORMA LABIRYNTU

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt