Witryna Czasopism.pl

nr 15 (193)
z dnia 5 sierpnia 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

PARANOJA I EKSPERYMENTY

Paranoja jest goła – miłośnicy Maanamu dobrze znają ten przebój z 1982 roku. Z pewnością inspiracją do powstania zacytowanego utworu była ówczesna rzeczywistość. I chociaż w tekście piosenki nie ma bezpośrednich nawiązań do sytuacji politycznej naszego kraju, to trzeba przyznać, że powyższe zdanie zręcznie opisuje to, co się wówczas działo. Rok później powstała Opcja zerowa Krzysztofa Kiwerskiego – film animowany, stanowiący reakcję na rzeczywistość otaczającą twórcę. Kolejki, kartki na żywność, godzina policyjna, zaszczucie. Pomysł filmu dojrzewał w autorze od dłuższego czasu; w 1968 roku, już po inwazji na Czechosłowację, wraz z grupą artystów przebywał na poligonie w Lidzbarku Warmińskim. Zetknął się tam z sytuacjami pełnymi absurdu, wręcz surrealistycznymi. Skutecznie zniechęcony do wojskowości, stworzył dzieło antywojenne w wymowie, obnażające jednocześnie uwikłanie jednostki w bezsens działań militarnych. To nie jedyne zresztą dzieło Kiwerskiego, powstałe pod wpływem niedorzecznych wydarzeń epoki PRL-u. Animator, żeby odreagować stan wojenny, nakręcił Samogłoskę – historię człowieka skażonego systemem totalitarnym. O swoich ucieczkach w świat animacji – od rzeczywistości przeszłej i obecnej – opowiada w rozmowie, jaka odbyła się w maju tego roku w krakowskim klubie Lokator, a która to rozmowa została przedrukowana w papierowym magazynie klubu „Mrówkojad” (9/2007) – Klinika Kiwera. Z Prof. Krzysztofem Kiwerskim rozmawia Mariusz Frukacz. Autor wielokrotnie nagradzanego filmu Level dzieli się w niej z czytelnikami swoją fascynacją techniką, technologią i tematyką s-f. Mówi, że jest z ducha niespokojny i lubi eksperymentować. Dziś najlepszym dla tego polem są nowe media, a ponieważ technika idzie naprzód w szybkim tempie, tym więcej jest do nadrabiania. Na pytanie, dlaczego w latach siedemdziesiątych chętnie uciekał się w swoich filmach do tematyki futurologicznej, znów przywołuje potrzebę ucieczki od tego, co działo się wokół – wedle niego najlepiej było zanurzyć się... w przyszłość.

Paranoja i technologia to słowa, które przywodzą na myśl dwóch innych animatorów i jednocześnie eksperymentatorów: Józefa Juliana Antonisza i Zbigniewa Rybczyńskiego. Okazję do zetknięcia się z nimi i ich twórczością w przypadku tego pierwszego dały: przegląd filmów zaprezentowany podczas 7. Festiwalu ERA NOWE HORYZONTY, a także poprzedzający to wydarzenie tekst Jerzego Armaty w czerwcowym numerze „Kina” (6/2007) Antoniszowe kino bez kamery. W przypadku Rybczyńskiego – był to przedruk w „Opcjach” (2/2007) rozmowy Nim kamera znowu ruszy, przeprowadzonej przez Piotra Zawojskiego podczas XV Górnośląskiego Festiwalu Sztuki Kameralnej „Ars Cameralis”, na którym to festiwalu odbyła się retrospektywa twórczości autora.

Antonisz eksperymentował jakby na przekór technologii. Twierdził, że oddala ona film od autora. Żeby uprościć proces powstawania dzieła, należy zrezygnować z rozbudowanej machiny techniczno-biurokratycznej. Najlepszym na to sposobem było wykorzystanie metody noncamerowej (rysowanie i malowanie poszczególnych kadrów bezpośrednio na taśmie filmowej). Animator zrobił tą metodą kilkanaście filmów, wśród których większość obnażała absurdy lat 70. i 80. Cykl „Polskich Kronik Noncamerowych” – w latach 1981-1986 powstało ich dwanaście – pokazuje, że wychodząc od absurdu, który czaił się w każdej, nawet najbardziej prozaicznej sytuacji, można było stworzyć nie tylko film o wydźwięku humorystycznym, ale dzieło aktualne i piętnujące paranoiczne aspekty ówczesnej rzeczywistości. Jerzy Armata, charakteryzując twórcę, podkreśla jego wyjątkowość. Pisze, że Antonisz jest chyba „najoryginalniejszym artystą w dziejach polskiego kina – najbardziej totalnym”. To prawda, był wszak i reżyserem, i autorem scenariuszy, czuwał nad oprawą plastyczną i warstwą muzyczną swoich filmów. Skonstruował także aparaturę, za pomocą której je realizował. Jak fascynująca to była osobowość, świadczą nie tylko jego animacje, warto też zajrzeć do pracowni artysty, w czym pomogła nam swego czasu jego córka, Sabina Antoniszczak, publikując w kwartalniku „2+3D” (nr 13/2004) wspomnienia o swoim ojcu (zainteresowanych odsyłam do jej tekstu Jak działa jamniczek oraz do swojego omówienia tego numeru: W PRACOWNI JULKA). Warto jeszcze przytoczyć wypowiedź Antonisza, która padła w ostatnim udzielonym Jerzemu Armacie wywiadzie: „Pulsująca kraina non camery to jedyne antidotum na istniejącą obok paranoiczną rzeczywistość”.

Czy filmowe światy Zbigniewa Rybczyńskiego okazują się antidotum na otaczającą go rzeczywistość, trudno po przeczytaniu rozmowy Nim kamera ruszy wyrokować. Dowiadujemy się z niej raczej, że Rybczyński to ktoś, kto ma ochotę nieustannie eksperymentować, bo kiedy wchodzi w świat nauki i zgłębia nowe technologie, to nie użyje ich (czyli nie zrobi filmu) dopóty, dopóki nie pozna w stopniu maksymalnym. Dlatego też od kilku lat czekamy na jego nowe dzieło. Innym powodem, dla którego zwleka z pokazaniem światu nowego projektu, jest świadomość, że artysta powinien tworzyć wizje, otwierać wrota do przyszłości, a do tego trzeba wizjonerów na miarę Michała Anioła. Twierdzi też, że „(...) trudno jest powiedzieć o świecie coś, co mogłoby mieć znaczenie uniwersalne. Na pewno jest to złożony proces. Należałoby połączyć współczesną naukę i technologię z całą humanistyczną tradycją. Bo tak naprawdę dziś musimy odkrywać to, co chcielibyśmy wyrazić. A przesłania nie da się oddzielić od rewolucji naukowej i komunikacyjnej”. Zastanawia mnie ta wypowiedź. Chciałabym podrążyć kwestię przesłania – jak je rozumie Rybczyński, co może stanowić przesłanie w filmie, jakie przesłania niosły ze sobą jego poprzednie filmy. W rozmowie Nim kamera znowu ruszy – wedle mojego odczucia – za dużo mówi się o rozwiązaniach technicznych, o wyzwaniach i ograniczeniach, jakie stają przed twórcą wraz ze stosowaniem nowoczesnych technologii. Z wypowiedzi artysty wyłania się obraz eksperymentatora zamkniętego w laboratorium, odciętego od świata, który oddaje się tylko testowaniu możliwości nowych narzędzi. Tak jakby jedyną inspiracją dla tworzenia filmu (częściej nazywającego się projektem, co także jest znamienne) był wyścig człowieka z technologią – czy uda się zgłębić wszystkie jej tajniki, dostrzec niedoskonałości i je poprawić. A może to tylko kwestia medium, fascynacji inną estetyką, myślenie formą, a nie – anegdotą (te dwa rodzaje myślenia mają swoją bogatą tradycję w polskiej animacji). Przypomina o tym Frukacz w rozmowie z Kiwerskim, pytając o to, która ze szkół jest Kiwerskiemu bliższa: kojarzona z Kijowiczem, czyli obierająca za punkt wyjścia dla filmu anegdotę, ideę czy może druga, utożsamiana z Urbańskim, czyli wychodząca od materii, tworzywa, formy. Kiwerski, uczeń Urbańskiego, przytacza zdanie swego profesora, powtarzane przez niego podczas wykładów, że „jeżeli można coś narysować w trzech czy czterech rysunkach, to po co robić film”. A więc nie ilustracja anegdoty, filozoficznej refleksji, a eksperymentowanie, zabawy formalne to prawdziwe wyzwania dla animatora. Wówczas wykorzystuje on swój twórczy potencjał. Kiwerski mówi o sobie, że komputery i nowe media interesują go od strony technicznej, od strony ich możliwości. Dlatego są mu bliskie filmy Rybczyńskiego, który „wychodził od możliwości narzędzia.” Urbański, kładąc włóczkę na zwilżoną oliwą szybę i nadając jej różnorakie kształty, eksperymentował, Rybczyński używa po prostu innej materii – choćby technologii High Definition.

Agnieszka Kozłowska

Omawiane pisma: „Opcje”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
Może się zacznie robić ciekawie…
JEŚLI KOŁAKOWSKIEGO NIE MA...
OSTATNIA MOŻLIWOŚĆ PRO

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt