Witryna Czasopism.pl

nr 13 (191)
z dnia 5 lipca 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | teraz o… | autorzy | archiwum

LITERATURA OFF-ICJALNA

Kariera terminu off, który z desek teatralnych trafił już chyba do wszelkich możliwych sektorów współczesnej kultury, niegdyś budziła satysfakcję, ba, dziecięcą radochę z faktu podkopywania fundamentów monolitycznej twórczości głównego nurtu, dzisiaj wzbudza co najwyżej wzruszenie ramion jako oznaka kolejnej wypolerowanej szufladki gradacyjnej, wypchanej po brzegi rupieciami marnej wartości. Gdzie leży przyczyna tego zniechęcenia? Najprawdopodobniej w jednym z najżywszych mitów założycielskich kultury ponowoczesnej, czyli famie tzw. undergroundu, oznaczającego mniej więcej bycie na bakier z legalizmem i profesjonalizmem, a jeśli talentu starczy, to i z kanonami artyzmu. Otóż siła tego mitu naruszyła stabilne przykazania kunsztu, ponad maestrię twórcy przedkładając jego pozycję względem zinstytucjonalizowanej sztuki, tzn. kluczowa okazuje się odpowiedź na pytanie: sprzedaje się czy nie? Jeśli tak, off ponosi odpowiedzialność za współtworzenie opresji rynku, jeśli zaś nie, wiedzie godny pochwały żywot podziemnego trybuna.


Rzecz jasna, tak nakreślona sytuacja mocno trywializuje relacje artysty z własną twórczością, a i być może nieco fałszuje rzeczywisty obraz. Sęk w tym, iż takie rozgraniczenie najlepiej oddaje paradoksalność położenia przykładowego twórcy, stojącego pomiędzy wejściem w obieg sformatowanej sprzedajności produktów a odejściem w zdehierarchizowany obszar nonprofitowej działalności. Zresztą, obie sfery obecnie raczej straszą swą widmowością niż realnie opisują świat twórczych możliwości. Dzięki technologicznej progresji, struktury rynku objęły nawet najbardziej izolowane przyczółki artyzmu, sprzedawać można się nawet w pojedynkę, bez pośrednictwa, zachowując swą niezależność (sic!), z kolei ów underground coraz częściej zaczyna przybierać formę pozy, która pomaga w sprzedawaniu artefaktów.


Wobec podobnego pomieszania, mówienie o literaturze offowej budzi niemałe zdumienie u każdego odbiorcy, który potrafi rozgraniczyć podstawowe wyznaczniki danej dziedziny kultury i sztuki. Przecież off powinien określać przede wszystkim sposób realizacji dzieła, jego technologiczno-produkcyjny background. Wyróżnikami offu pozostawały dotąd głównie meandry realizacyjne, to, czy dany artysta wytwarza swe dzieło bez pośrednictwa środków finansowych jakiejś korporacji, czy w procesie produkcji nie partycypuje narzucający komercyjne reguły sponsor, co sprowadza się do obrony autonomii twórcy jako wyłącznego autora własnego dzieła. Jak więc rozpoznać literacki off, nie sugerując się jedynie tym, że pisarz tworzy „sobie a muzom”, nie będąc na usługach dużych wydawnictw, oraz że na przebieg powstawania danego utworu nie ma wpływu żadna doradcza instancja?


Podpowiedzi, czym jest literacki off, przynajmniej w polskiej kulturze współczesnej (czytaj: najnowszej) jest sporo. Internet pomógł odkryć cały archipelag wysepek poza centralą literatury oficjalnej, pełnych ortodoksyjnej retoryki i wyzwań rzucanych nadrzędnemu systemowi. Szybko jednak okazało się, że większość wezwań do rebelii pochodzi od zakompleksionych parweniuszy głównego nurtu, co przełożyło się na archaiczną opozycję starych i młodych. Starzy byli literackim Wielkim Bratem, który pozajmował wszelkie intratne stanowiska decydenckie w zakresie pisarstwa; od akademickich wyroczni poprzez wydawnicze sortownie, aż do recenzenckich pozycji w królestwie mediów. Młodzi musieli więc uciekać w buńczuczną offowość. Off stał się narzędziem walki o przejęcie środków decyzyjnych w zakresie literackości. Skoro jednak każdy bunt statecznieje, para niezależności poszła w gwizdek lansu. Tym sposobem, np. obecnym Wielkim Bratem polskiej literatury staje się Korporacja „Ha!art”, zdawałoby się – wzorcowa kuźnia haseł offowości.


Obserwacja rozparcelowanego świata nowej literatury prowadzi do jeszcze jednej zaskakującej konstatacji, mającej niebagatelny wpływ na zagadnienie offu. Mianowicie, kurczący się rynek odbiorców jest wprost proporcjonalny do rozlewającej się z wszelkich stron (nie tylko www) twórczości pisarskich aspirantów. Można pokusić się o stwierdzenie, iż sektor literatury poza głównym nurtem pęcznieje, tak jak widoczny jest odpływ masowych czytelników. Czyżby strategia „pisz dla siebie, zamiast czytać” wygrywała z „czytaj pisarzy, zamiast pisać samemu”? Metoda „zrób to sam” za pomocą nie tylko Internetu, ale i coraz bardziej elastycznego rynku wydawniczego (np. druk na zamówienie), święci triumfy, chyba na nowo definiując offowość. Offem okazuje się nie oddolna awangarda, lecz społeczny ruch pretendentów do pełnienia funkcji pisarskich. Co jakiś czas przenikają oni do głównego nurtu, wyłapywani niczym najbardziej smakowite kąski, by natychmiast przejść na pozycje profesjonalistów. Offowy pisarz jest zatem brzydkim kaczątkiem amatorstwa, które po dostrzeżeniu przez majorsa ma przeistoczyć się w pięknego łabędzia literatury przez duże „L”. Znamienity będzie tu podział na twórczość „sprzed” i „po”: w zależności od nastawienia krytyków zostaje wyceniony dorobek „fazy podziemia” (przeważnie jako pisarstwo niedojrzałe, pełne błędów i wypaczeń) i „ponownego debiutu” (pojmowanego w kategoriach wypolerowanej i zaawansowanej formalnie wersji wcześniejszych dokonań).


Nie samymi figurami autorów żywią się stereotypy offu. Należy bowiem pamiętać, iż sfera undergroundu w literaturze w dużej części operuje taktyką stadną. Alternatywa pisarska lepiej prezentuje się na sztandarach kolektywnej rewolty niż indywidualnego przedsięwzięcia. Razem raźniej, więc matrycę awangardowości wykuwa imperatyw czasopiśmiennictwa. Właśnie nieoficjalna prasa, od przypominających grube tomiszcza magazynów po kilkustronicowe ziny, od aktualizowanych na bieżąco blogowych odsłon po kwartalne wydania witryn, wydaje się odmierzać rytm życia poza głównym nurtem. Zanika autorska indywidualność, rośnie za to na znaczeniu moc wypowiedzi zbiorczej (manifesty, programy, akcje). Podczas gdy w głównym nurcie wydawniczym sprzedaje się pisarzy, osoby, w offie obowiązujące jest propagowanie wspólnot twórczych, swoistych pisarskich squatów, gdzie spotykają się różne przybłędy, by spokojnie przenocować z własnymi tekstami. Paradoksalnie, niezależność pozycji twórczej miesza się tutaj z zależnością względem idei, raz przechodzącej w czystą ideologię, a raz w hasła natury estetycznej. Z tego powodu offowe magazyny, nawet jeśli nie walczą, to i tak zostają postawione w stan gotowości bojowej, bo swą ostentacją informują główny obieg: „widzicie, nie potrzebujemy was, sami kultywujemy sztukę”.


Niby ruch offowych wydawnictw rośnie w siłę, dopełniając głównonurtową twórczość odrobiną spontaniczności, typowej dla samonapędzającej się prosperity robienia czegoś w opozycji, a jednak nieuchronnie to całe rozdrobnione środowisko alienatorów zmierza ku swoistej redefinicji. Wcześniej czy później wspomniane już mechanizmy wyławiania świeżych talentów przerzedzą zwarte formacje offowców, aczkolwiek na ich miejsca mogą już nie przyjść nowi sukcesorzy niezależności, bo np. funkcja pisarza jako atrakcyjny model roli społecznej zupełnie wyczerpie swój potencjał. Jakaś jednak wyporność systemu wymiany kadr pomiędzy chcącymi pisać, a piszącymi, musi istnieć.


Wobec tego trudniej zachować – właściwą offowej celebrze – świadomość obcowania z alternatywą. Skoro dysponujący twórczą niezależnością twórcy, zamiast umacniać się na barykadzie awangardy głównego nurtu, ochoczo przez nią przeskakują w celu mozolnego naśladownictwa swoich mistrzów po fachu z wysokiej półki, nie wypada kruszyć kopii o to, czy off w tej chwili niesie jakąś wartość. Bo niesie w równym stopniu, co autorzy wdrożeni w system komercji, czyli pewien zasób energii potrzebnej do naładowania akumulatorów literackiego obiegu. Czyżby off to tylko zasłona dymna dla prastarej wymiany kadr, studia stacjonarne dla przyszłych akademików? Zapewne nie, ale już same tego typu skojarzenia predestynują czytelnika do zaprzestania kategoryzacji zjawisk literackich na kulturę zależną i niezależną, oficjalną i offową, profesjonalną i amatorską, etc. Podnieta offem nie starcza na długo.

Łukasz Badula

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
ETOS TEATRU
MÓJ PROBLEM Z HERBERTEM
MUZY DO MUZEUM

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt