Witryna Czasopism.pl

nr 22 (175)
z dnia 5 listopada 2006
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

STARY NOWY BOND, CZYLI JAK NADCZŁOWIEK SCHODZI NA ZIEMIĘ

Umberto Eco 40 lat temu napisał swój słynny esej poświęcony strukturom narracyjnym historii o Jamesie Bondzie, w którym porównywał powieści Iana Fleminga do meczu koszykówki, rozgrywanego przez Harlem Globtrotters (zespół słynny z widowiskowej gry i żonglerki piłką) przeciwko małej, prowincjonalnej drużynie. W tej sytuacji nie ma wątpliwości, kto wygra, a przyjemność polegać będzie jedynie na obserwowaniu, jakie mistrzowskie chwyty i zagrania zastosują Globtrottersi, na ile pozwolą przeciwnikowi zbliżyć się do siebie i czy go bardzo ośmieszą. Należałoby więc spytać, czy warto w ogóle czytać i – w domyśle – oglądać na ekranie przygody Bonda, skoro z góry wiadomo, że agent 007 pokona Czarny Charakter, wypije swoje – oczywiście wstrząśnięte, ale nie mieszane – martini i zażegna fenomen obojętności świata z piękną kobietą. Z mojego punktu widzenia nie warto, ale w podobnym sondażu nie powinnam brać udziału z racji niereprezentatywności: żadnego Bonda nie udało mi się obejrzeć do końca, nawet tych z uwielbianym Seanem Connerym, a już szczególnie irytowały mnie ostatnie filmy serii z Pierce’em Brosnanem, głównie z powodu nazbyt nachalnego product placement. Miały za to jedną, zasadniczą zaletę, czyli perfekcyjnie zrealizowane zwiastuny, których obejrzenie pozwalało doskonale zorientować się w fabule i zaoszczędzić na bilecie. Prawdziwi fani Bonda pewnie potraktują moje słowa jako bluźnierstwo, względnie brednie ignorantki, bo dla nich dylemat „oglądać czy nie?” nie istnieje. I zapewne niecierpliwie czekają na zbliżającą się premierę dwudziestego pierwszego filmu serii, w którym Bond, James Bond, wraca do źródeł, bo Casino Royale to adaptacja opublikowanej w 1953 roku pierwszej powieści Iana Fleminga o przygodach agenta 007.

Wszystko wskazuje na to, że w kontekście bondowskiej serii Casino Royale będzie filmem przełomowym, bo – jak zapowiada w listopadowym „Filmie” (11/2006) Tom Roston (Agent bardziej ludzki) – dużo się zmieni, przede wszystkim zaś sam Bond. Do tej pory w głównego bohatera wcielali się kolejno Sean Connery, George Lazenby (największa pomyłka w tym towarzystwie), Roger Moore, Timothy Dalton i Pierce Brosnan. Wszyscy – nie bez powodu – byli brunetami, Fleming bowiem, konstruując postać, wzorował się na ekranowym wizerunku Cary Granta, który jednak nie zgodził się zagrać agenta 007 nawet po sukcesie zapoczątkowującego serię Dr No z Connerym. Szóstym Bondem będzie zaś blondyn, Anglik Daniel Craig, zmuszony od października 2005 roku, kiedy to ogłoszono jego akces do roli, odpierać ataki, głównie ze strony prasy i wielbicieli serii. Brukowce rozpisywały się o jego rzekomych romansach, w nagłówkach gazet w złośliwy sposób parafrazowano słynne bondowskie kwestie („Nazywam się Błąd. James Błąd”), a protestujący przeciwko wyborowi aktora argumentowali, że na tle dżentelmeńskich poprzedników jest zbyt zwyczajny, za niski, drewniany w ruchach i w ogóle to mało subtelny świński blondyn. Wątpliwości nie miała za to rodzina Broccolich, producentów serii, a w trakcie realizacji pozbył się ich reżyser, Martin Campbell, choć początkowo widział w tej roli Ewana McGregora (wśród potencjalnych kandydatów wymieniano też Clive’a Owena, Jude’a Law, Hugh Jackmana, Erica Banę czy Orlando Blooma, choć akurat z tym ostatnim byłby kłopot, bo z racji młodego wyglądu miałby chyba trudności z zamówieniem martini bez pokazania dokumentu potwierdzającego jego pełnoletność). Zmienił jednak zdanie po tym, jak w projekt zaangażował się Paul Higgis, reżyser i scenarzysta oskarowego Miasta gniewu: on właśnie zmienił scenariusz i do tej nowej wersji Craig ponoć pasował idealnie (i do kolejnych również – zapadła już decyzja o obsadzeniu go w kolejnym Bondzie, do którego zdjęcia ruszą w maju 2007 roku)

Filmowa adaptacja z pewnością wymagała dużych zmian w stosunku do literackiego pierwowzoru, przede wszystkim uwspółcześnienia, bo pisane w latach 50. i 60. powieści Fleminga wpisywały się w zimnowojenny kontekst. Czarny Charakter związany z komunistyczną organizacją SMIERSZ dzisiaj byłby anachroniczny, stąd w ekranowym Casino Royale La Chiffre będzie bankierem organizacji terrorystycznej, na dodatek gejem, co może przysporzyć filmowi dodatkowych widzów. Twórcy zapowiadają też odejście od seksizmu wcześniejszych Bondów: grana przez Francuzkę Evę Green Vesper Lynd (skądinąd jej pierwowzorem dla pisarza miała być Polka, Krystyna Skarbek) w przeciwieństwie do innych dziewczyn Bonda nie będzie wyłącznie ciałem i ładnym tłem dla agenta, ale pełnokrwistą, wielowymiarową postacią. W końcu to jedna z niewielu kobiet, w których bohater naprawdę się zakochał.

Największą przemianę przejść ma właśnie sam Bond: o ile w finale powieściowego Casino Royale Mathis, francuski kolega agenta, prosi go, by żył wśród ludzi, ale „...nie rozczaruj mnie, sam stając się ludzki. Utracilibyśmy wspaniałą maszynę!”, o tyle w filmie przyjęto kierunek przeciwny – bohater będzie bardziej ludzki. Słusznie bowiem zauważono, że technologia i nadmiar gadżetów przytłaczają 007, czyniąc z niego nadczłowieka, a jego przygody upodabniając do spektakularnych bajek. Nowy „Bond” ma być bardziej brutalny i realistyczny, co oznacza koniec ze scenami walki, gdzie bohaterowi nie odpada ani jeden guzik od garnituru – będzie krew, pot i brud (sam Craig z planu wyniósł sporo siniaków, o czym ochoczo donosiła prasa). Być może dojdzie nawet do większej rewolucji, bo twórcy filmu podpisali kontrakt z jednym z dużych browarów, co może zaowocować widokiem agenta 007 nie z kieliszkiem martini czy szampana, ale kuflem piwa. To tylko spekulacje, niemniej wkrótce przekonamy się, w jakim stopniu to odświeżenie konwencji oraz uczłowieczanie Jamesa Bonda się udało, czy też – czego jako osoba bezstronna nie życzę – i zejście nadczłowieka na ziemię skończy się bolesnym upadkiem.

Katarzyna Wajda

Omawiane pisma: „Film”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
MUZYKA I OKLASKI, CZYLI JAK TO SIĘ ROBI W FILHAROMONII
Pod Marcowym Zającem
CO NAGLE, TO PO DIABLE?

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt