Witryna Czasopism.pl

nr 7 (160)
z dnia 20 marca 2006
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

E-PAPIER

Sieciowe pisma kulturalne cierpią na chorobę efemeryczności; zazwyczaj ich redaktorom starcza zapału czy pieniędzy na kilka miesięcy działania, a potem pismo albo zawiesza działalność, albo aktualizowane jest od wielkiego dzwonu. Niewiele pism sieciowych ukazuje się regularnie, a już te, które się rozwijają, można właściwie policzyć na palcach jednej ręki. Jednym z nich jest „artPAPIER”, który powstał w roku 2003 jako miesięcznik, ale już od końca następnego roku pojawia się jako dwutygodnik. Niedawno pismo poddano lekkiemu liftingowi graficznemu (nowa wersja strony pojawiła się w numerze 2 z tego roku), dzięki czemu „artPAPIEROWa” strona stała się przejrzystsza; dodano również wyszukiwarkę, co zdecydowanie ułatwia korzystanie z pokaźnego już archiwum pisma.

„artPAPIER” nastawiony jest przede wszystkim na prezentowanie i komentowanie bieżących wydarzeń kulturalnych (tym, którzy nie trafili jeszcze w sieci na tę stronę, przypomnę, że pismo podzielone jest na następujące działy: literatura, sztuka, film, teatr, muzyka), jego redaktorzy – jak mi się zdaje – nie mają ambicji kreowania nowych zjawisk. Co tym razem, w najnowszej odsłonie (6/2006), postanowili przedstawić czytelnikom? Skupię się na najbliższej mi działce, czyli literaturze.

W każdym numerze „artPAPIERu” można znaleźć sporo wywiadów z twórcami, tym razem w dziale poświęconym literaturze są aż dwie rozmowy – z Michałami: Olszewskim i Witkowskim, którym towarzyszą recenzje ich najnowszych książek. Nie wiem, czy redaktorzy pisma zestawili tych pisarzy w jednym numerze przez przypadek, czy celowo – fakt faktem, że zajęli się autorami, których łączy – przynajmniej w tej chwili – to, że obaj wydali książki mogące okazać się kłopotliwe dla czytelników, którzy zdążyli już polubić ich prozę.

Zacznę od Olszewskiego. W rozmowie z autorem Do Amsterdamu przeprowadzonej przez Igę Noszczyk (Uważność, czyli ewolucja Amsterdamu) sporo jest ciekawych uwag na temat kluczowych w książce Chwalcie łąki umajone problemów, czyli peryferyjności, rozszczepionej tożsamości czy pamięci. Olszewski mówi nawet o czymś, co można by nazwać klęską pamięci: „Ta książka jest przede wszystkim sprawozdaniem z, jeśli można tak górnolotnie powiedzieć, pewnej klęski. Klęska ta polega na nieumiejętności znalezienia równowagi między czasem przeszłym a teraźniejszością. Oczywiście, nie ma nic złego w przeszłości, nic złego w babraniu się we wspomnieniach, pytanie tylko: co się dzieje w momencie, gdy one zaczynają nas przytłaczać? Kiedy zaczynają w pewien sposób naciskać na czas teraźniejszy, kiedy zaczynają zajmować zbyt dużo przestrzeni w głowie. Taka sytuacja jest bardzo niedobra”. Ale prawdę powiedziawszy, inna klęska Olszewskiego jest zdecydowanie dotkliwsza – to ona sprawiła, że wielu krytyków (również Agnieszka Nęcka w recenzji W drodze donikąd z „artPAPIERU”) przyjęło Chwalcie łąki umajone dosyć chłodno. W nowej książce Olszewski zaprezentował się nieomal jako klon Stasiuka, choć sprawa w gruncie rzeczy wcale nie jest tak oczywista, jak się wydaje. Wypowiedzi Olszewskiego przekonują mnie, że jego proza wcale nie jest efektem koniunkturalnej „zrzynki” z uznanego pisarza, ale konsekwentnie rozwijanego od pierwszej książki, własnego pomysłu na pisanie, że stoją za nią autentyczne i mocne przeżycia, a także wyrazista wizja rzeczywistości i literatury. Problem jednak w tym, że ten pomysł jest niestety bardzo zbliżony do pomysłu Stasiukowego, co sprawia, że pisząc tak, a nie inaczej, Olszewski będzie jednak traktowany jako „uczeń” ze „szkoły” autora Jadąc do Babadag.

Trochę inaczej rzecz się ma z Fototapetą Witkowskiego, przede wszystkim dlatego że to jednak zdecydowanie lepsza książka (wychwala ją również „artPAPIERowa” recenzentka Agata Suwała w tekście Współczesna donkiszoteria) niż Chwalcie łąki umajone, co nie zmienia faktu, że ci, którzy czekali na Lubiewo II, byli pewnie zawiedzeni, bo nowy zbiór opowiadań wrocławskiego prozaika to raczej gratka dla fanów jego debiutanckiego Copyrightu. Promocyjny show z Witkowskim w roli głównej trwał prawie rok, trudno więc było się spodziewać, że w rozmowie z Januszem Paliwodą (Mój program literacki na długie lata) autor Lubiewa „sprzeda” czytelnikom jakieś zupełnie nieznane rewelacje. Najciekawszy jest ów „program literacki” z tytułu wywiadu. Witkowski mówi wprost: „Margines. Śmierć. Brud. Zboczenie. Choroba. Szaleństwo. Rozpad. To mój program literacki na długie lata”. Nieźle, prawda? Trzeba mieć mnóstwo wiary w siebie, aby wykombinować sobie taki „skromny” program. Życzę jednak Witkowskiemu jak najlepiej – w końcu pokazał już, że dobrze wie, czego chce od literatury, a do tego naprawdę umie nieźle zakręcić frazą, więc nawet jeśli zrealizuje jedynie część tego programu, to na pewno sprawi nam sporo lekturowej frajdy.

Na koniec zajrzę jeszcze do jednego wywiadu w nowym numerze „artPAPIERu” (wiadomo: Boh trojcu lubit) – z Janem Klatą (Potwory od Hugo Bossa, z Klatą rozmawiają Renata Borodyn i Barbara Wesołowska); od jakiegoś czasu trwa nieustanny „Klata fest” w mediach, reżyser nieomal z dnia na dzień stał się „głosem młodych”, ciekaw więc byłem, co tym razem „głos” ma do powiedzenia. W rozmowie Klata skoncentrował się głównie na problemach swojego warsztatu reżyserskiego, ale znalazłem w niej również coś dla siebie. Co łączy pasiaki i garnitury pewnej znanej marki? Przytoczę wypowiedź w całości, bo jest smakowita: „R.B.: Zwraca Pan także dużą uwagę na detale, ale czy nie jest przesadą ubieranie bohaterów w oświęcimskie pasiaki? J.K.: Ja się czuję cały czas w pasiaku, na przykład gdy jestem w Niemczech. Tam pod spodem mam na sobie pasiak. U Witkacego te potwory wyglądają inaczej. On pisał przed dojściem Hitlera do władzy. Genialnie opowiada o zetknięciu dwóch kultur, dwóch narodów, które są podzielone przez potwory. Jest między nimi jakiś rodzaj niesamowitej tajemnicy. Tajemnicy do tego stopnia intensywnej, że żona kniazia Fizdy umiera po seansie z potworami. Teraz pojawia się pytanie – kim są potwory dla nas? To one nadają dzisiaj kontekst naszym stosunkom dobrosąsiedzkim. Każdy pamięta, co robił jego dziadek i jak był ubrany. A najzabawniejsze jest to, że ubierała go wciąż ta sama firma – Hugo Boss. Hugo Boss szył zarówno pasiaki, jak i mundury. A dziś Hugo Boss szyje garnitury – mamy więc ciągłość, tradycję...”

Robert Ostaszewski

Omawiane pisma: „artPAPIER”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
CZASOPISMO TEATRALNE JAKO ŹRÓDŁO CIERPIEŃ. DYGRESJA
PRZYPISY NIE GRYZĄ
Rzeczy, światło

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt