Witryna Czasopism.pl

nr 36 (153)
z dnia 22 grudnia 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

NADCIĄGA WSPÓLNY FRONT?

Wśród pytań, jakie zwykle zadaję studentom na zaliczeniowym kolokwium, pojawia się prośba o potwierdzenie – lub obalenie – tezy, że polskie kino jest literaturocentryczne. Dwudziestokilkulatkowie zazwyczaj z dużą niechęcią piszą wówczas o adaptacyjnym boomie sprzed kilku lat, ekranizacjach lektur szkolnych typu Quo vadis? czy Przedwiośnie, a potem dają przykłady z przeszłości, np. przypominając o popularności prozy Tadeusza Dołęgi-Mostowicza wśród filmowców lat 30., ważnym wkładzie Anatola Sterna jako ówczesnego scenarzysty czy współpracy pisarzy z Zespołu Literackiego „Przedmieście” z młodymi twórcami wywodzącymi się z awangardowego START-u. Przywoływana jest oczywiście „szkoła polska”, gdzie obok nazwisk Andrzeja Wajdy, Kazimierza Kutza czy Wojciecha Hasa pojawiają się bracia Kazimierz i Marian Brandysowie, Stanisław Dygat, Jerzy Andrzejewski, Józef Hen czy Marek Hłasko, nie mówiąc o Tadeuszu Konwickim, zasługującym poniekąd na miano autoadaptatora. Generalnie ten okres – harmonijnej współpracy pisarzy i filmowców, czas twórczej zdrady – jest ciągle nie do przecenienia.

O tym ważnym rozdziale historii polskiego kina zapewne myślał też Piotr Śmiałowski, który w grudniowym „Kinie” (12/2005) już w tytule swojego tekstu – Współczesna literatura i film. Razem czy osobno? – zadaje pytanie o możliwość podobnego sojuszu dzisiaj. W tym kontekście po raz kolejny przywoływane są Pręgi – film wyreżyserowany przez Magdę Piekorz na motywach opowiadania Dioboł Wojciecha Kuczoka, gdzie sam pisarz dokonał adaptacji własnego utworu. Współpraca pary twórców miała być kontynuowana, ale na razie – po monodramie Doktor Haust – została zawieszona, niemniej jednak ich sukces zdawał się zachęcać innych filmowców do szukania inspiracji we współczesnej literaturze. Zdawał, ale jak trafnie zauważa Śmiałowski, Pręgi pozostały raczej jednostkowym przypadkiem niż zwiastunem ożywienia współpracy obu środowisk. Rzeczywiście, gdyby spojrzeć wstecz, cofnąć się o kilka czy kilkanaście lat, to okazałoby się, że filmów powstałych na podstawie współczesnej prozy jest niewiele: Spis cudzołożnic Jerzego Stuhra, Pestka Krystyny Jandy (choć powieść Anki Kowalskiej dosyć się zestarzała, co zresztą odbiło się na jej ekranowym kształcie) czy Weiser Wojciecha Marczewskiego. Symptomatyczny był tu, niestety, przykład Panny Nikt Wajdy jako nieudanej próby wykorzystania przez reżysera głośnego wówczas tekstu do nawiązania kontaktu z młodą widownią, choć skłonna byłabym usprawiedliwiać tę porażkę płytkością i pretensjonalnością oryginału literackiego – zastanawiające, że losami nastoletniej Marysi bardziej emocjonowali się panowie, którzy wszak nigdy nie byli dojrzewającymi dziewczynkami. Łatwo więc postawić tezę, że polskie kino korzysta z własnych pomysłów, tyle że nie zawsze były one najlepsze, skoro często pojawiały się głosy, że brakuje filmów trafnie opisujących Polskę po transformacji, odchodzącą już ponoć do przeszłości III RP. Śmiałowski przywołuje wypowiedzi kilku reżyserów sprzed czterech lat – m.in. Piotra Wereśniaka, Lecha Majewskiego czy Przemysława Wojcieszka, którzy zarzucali współczesnej prozie niefilmowość i niefabularność, ale jednocześnie nie tracili nadziei, że powstaną teksty inspirujące, atrakcyjne dla kina. Jerzy Sosnowski – którego Apokryf Agłai wydawał mi się niegdyś niezłym materiałem do adaptacji – przyczyn owego braku sojuszu upatruje w odmienności zainteresowań: o ile proza miałaby uciekać w rejony realizmu magicznego, o tyle filmowcom bliższe byłyby włoski neorealizm czy zaangażowane społecznie kino amerykańskie. Z drugiej strony jest fenomen „kina kolskiego”, całkowicie autorskiego, gdzie reżyser – jednocześnie pisarz i scenarzysta – wykreował własny świat w duchu realizmu magicznego. Jan Jakub Kolski rzeczywiście nie potrzebuje inspiracji z zewnątrz, ba, nawet jeśli adaptuje cudzy utwór – jak w przypadku Pornografii – to trudno tu mówić o zachowaniu wierności tzw. duchowi pierwowzoru. Reżyser Jańcia Wodnika przypomina mi pod tym względem Hasa, o którym mawiano, że jego wyobraźnia pochłania pisarzy (no może z wyjątkiem Brunona Schulza) – wszystkie jego filmy były adaptacjami, a przecież w każdym z nich bez trudu można odnaleźć elementy Hasowskiego uniwersum. Przykład twórcy Rękopisu znalezionego w Saragossie jest o tyle ważny, że rozwiewa chyba wątpliwości i obawy filmowców, że obraz inspirowany cudzym tekstem, wykorzystywanie cudzej historii, jest w mniejszym stopniu wypowiedzią autorską reżysera.

A pisarze, zwłaszcza ci młodzi, chociażby Sławomir Shuty – jak wynika z tekstu Śmiałowskiego – są chętni do współpracy, tyle że najczęściej zainteresowanie filmowców nową powieścią nie osiąga etapu scenariusza: na przeszkodzie stają lęk producenta przed ryzykiem czy prozaiczny brak pieniędzy. Poza tym oba środowiska za rzadko się kontaktują – to już nie te czasy, gdy np. do siedziby zespołu „Tor” wpadali Marek Nowakowski, Edward Stachura czy Jan Józef Szczepański. Dawniej też niezwykle ważną rolę w zespołach filmowych odgrywał kierownik literacki, który m.in. wyszukiwał dobre teksty i zdolnych autorów – tę funkcję pełnili np. Tadeusz Konwicki („Kadr”), Witold Zalewski („Tor”) czy Bolesław Michałek („X”). Dziś należy to do zadań kierownika produkcji, który i tak ma zazwyczaj mnóstwo pracy.

Oczywiście również i u nas działa mechanizm, który znawca tematyki adaptacji, Brian McFarlane, trafnie nazwał „powabem uprzednio sprzedanego tytułu”, czego doskonałym przykładem jest sukces frekwencyjny Nigdy w życiu!, gdzie powieść Katarzyny Grocholi, dosyć nieadekwatnie, ale chwytliwie okrzykniętą „polską Bridget Jones”, sprawnie wpisano w konwencję komedii romantycznej. I trudno dziwić się producentom, że wolą zainwestować – i to bez większego ryzyka – w taką historię, gdzie rzeczywistość jest uładzona i wszystko kończy się dobrze, niż w adaptacje Tartaku Daniela Odii czy Heroiny Tomasza Piątka. A może więcej zaufania do widza – skoro te teksty zaistniały w teatrze, to może i w kinie mają szansę? Wielbicielom produkcji „życio(nie)prawdopodobnych” i tak pozostaje bogata oferta serialowa, a ja nie tracę nadziei, że doczekam się filmowej adaptacji Hanemanna – czego chętnie bym sobie i innym życzyła, najlepiej już w 2006 roku.

Katarzyna Wajda

Omawiane pisma: „Kino”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
CO ZA TYGRYS? CZYLI RUBRYKA DWUDZIESTOLATKÓW
TROSKA O EUROPEJSKĄ DUSZĘ
KŁAMSTWO NIEBIESKIE

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt