Witryna Czasopism.pl

Nr 23-24 (140-141)
z dnia 20 sierpnia 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

PIGUŁKI POZORÓW

Wesoła, wakacyjna okładka rzuca się w oczy, bo, po pierwsze – jest soczysto-zielona, po drugie – w kwiatki, a po trzecie – wkomponowane są w to dwie różnopłciowe postaci. W wakacyjnym magazynie psychologicznym dla każdego „Charaktery” nr 8/2005 nie jest jednak sielsko i wesoło, bo, po czwarte – tematy są i liczne, i nośne, ale o gęsią skórkę (strachu) przyprawiające. Przynajmniej trzy: Nawet mamusi się nie podobam, Pigułki z krainy czarów i Trujące matki. Właściwie nie ma między nimi bezpośredniego związku, ale w końcu wszystko łączy się ze wszystkim, ostatecznie zaś w proch się przemieni, więc połączę ewolucję z pigułkami (ech, mało słońca było tego lata).


Ładne nie to, co się podoba

Krzysztof Szymborski napisał o książkach psychologów ewolucyjnych tekst zatytułowany przejmująco: Nawet mamuni się nie podobam. Tytuł to pointa jednocześnie. Artykuł przynosi kilka przemyśleń o dostosowywaniu się do świata, zakończonych relacją z badań prowadzonych na mamusiach w supermarkecie. Okazało się, że gorzej traktują one swoje dzieci, jeśli są mniej atrakcyjne, a lepiej, jeśli atrakcyjnością się wykazują. Przy okazji autor przypomina o licznych naukowych próbach ostatecznego określenia, co jest piękne, a co nie. Temat urody kobiet przebadano szczególnie dokładnie. Ewolucjoniści zmierzyli piękno wzdłuż i wszerz, i wiadomo teraz, że na przykład „właściwa proporcja obwodu talii i bioder (…) wynosi jakoby 0,7” pisze Szymborski. Atrakcyjność budowana przez ewolucję ułatwiała przeżycie, określała rozrodczość i eliminowała jednostki słabsze. Ale żeby tak zaraz mamusi się nie podobać? Niepodobna!

Szymborski w swoim cyklu „z drugiej strony” śledzi kolejne badania psychologów ewolucyjnych. Tymczasem niedawno PAP donosiła, że naukowcy odkryli tabletki mogące korygować pamięć (serio!). Czy można jednak zapomnieć o urodzie, czy „mamunia” zapomni? Oczywiście nad tabletkami badania trwają, oczywiście są moralnie podejrzane i zaskakujące zastosowanie nie było ich celem. I nie wiadomo jeszcze, jak tabletki owe zadziałać mogą na każdy organizm. Może to dobrze, może źle. No bo kiedy nawet mamunia nie pomoże, dorośli sięgają po tabletki. Doktor Sławomir Murawiec przypomina, że zawsze istnieje ryzyko, że zaszkodzą albo pomogą, co udowadnia przywołując wypowiedzi swoich pacjentów.


Matrix niech się schowa

Wybór między niebieską a czerwoną tabletką, świadomym a nieświadomym życiem, to jeszcze nic w obliczu dzisiejszych wyborów aptecznych. Choć chodzi przecież o to samo: pigułka, jak ciasteczko z Alicji w krainie czarów – ma zmienić rzeczywistość i już! A każda tabletka może zmienić rzeczywistość, choćby dlatego, zauważa autor, że może wyleczyć. Czasem nawet placebo wystarczy, by zmiana stała się faktem. I w tym sęk.

Wierzymy w tabletki mocno oraz na wiele sposobów. Wstyd? Niekoniecznie, skoro to działa… Wstydzić się też już nie powinniśmy wiary w to, co nienaukowe. Moc uzdrawiania, szamanizm, wkracza do gabinetów lekarskich. Przy okazji: lekarz-szaman jest też częścią lekarstwa, oto wniosek ważny, między innymi dlatego, że w innym świetle stawia naszych zapracowanych, smętnych, zestresowanych lekarzy. „Leki (…) dają choremu poczucie bezpieczeństwa, a przede wszystkim pewność, że go nie opuszczą” – przypomina Murawiec i przy okazji stara się wytłumaczyć mechanizm nakręcający pacjentki uparcie wędrujące od lekarza do lekarza. Kobiety owe (najczęściej kobiety!) rekompensują sobie przez takie wycieczki brak ciepła i serdeczności. Tabletki bywają bliższe niż rodzina… Na to w każdym razie wychodzi.

Czy pigułka zastąpić może rozmowę, uwagę, wspólny spacer. Cóż… taka możliwość jest (niestety) coraz bliżej. Albo i wręcz przeciwnie – pacjent chce poradzić sobie sam, bez lekarstw, wrogów jego naturalnych. Autor jako lekarz dziwi się, że niektórzy pacjenci i terapeuci odrzucają leki przeciwdepresyjne, ja jako nielekarz obawiam się obcej chemii w mózgu. Może pochodzę z Ciemnogrodu? W każdym razie zdrowy rozsądek bliżej bywa manny lecącej z nieba niż pigułeczki produkującej szczęście. A na przykład miłość jak Tristana i Izoldy, wywołana napojem magicznym, jawi się jako raczej przerażająca (ten finał!). „Leki towarzyszą nam od dzieciństwa aż do starości” – pisze Murawiec, ich psychologiczne znaczenie jest zatem przeogromne. Mamy dla leków najprawdziwsze uczucia, emocje; towarzyszą im odruchy, które można badać np. na sobie, aby poznać się lepiej. Przez pigułkę – do serca. W tekście wspomina się także o lekach kultowych, pojawiających się w odpowiedzi na trendy kulturowe. To bardzo ciekawy wątek. Istnieją podobno ludzie, którzy zażywają lekarstwa, by należeć do stylowego świata, w którym się „tak robi”. I odlatuje na zimę do ciepłych krajów (co może być wyznacznikiem pozycji, ale nie musi). Przede wszystkim Prozac – wręcz jako styl życia i Viagra – jako miraż nieustannej sprawności seksualnej. No i leki na otyłość, plaga naszych wyobrażeń – marzenie o lepszym życiu, które przyjdzie po zażyciu. Paradoksalne? Szalenie. Wiem o tym dobrze, bo sama się od czasu do czasu nabieram. Pigułki nie zmieniają rzeczywistości.


Odreagowanie traumy

Choroba jako zmiana rzeczywistości jest tematem tekstu Trujące matki Beaty Banasik-Parzych. Wstrząsający opis matek, które, to nie taka rzadkość, doprowadzają własne dzieci do przewlekłej, poważnej choroby, fachowo podtruwając pociechy. Są oddane sprawie i ogarnięte najprawdziwszym strachem przed najgorszym – czasem są to kobiety pragnące skoncentrować na sobie uwagę, czasem mają paranoidalne skłonności, czasem to pasjonatki wierzące w chorobę, a naprawdę są ofiarami swojego traumatycznego dzieciństwa. „Na pozór niezwykłe, troskliwe i oddane swoim chorym dzieciom matki, podtruwają je, kaleczą i duszą. Często same w dzieciństwie straciły rodziców, były zaniedbywane i molestowane”. Syndrom nazywa się MSBP i coraz więcej o nim wiadomo. Nie jest łatwo rozpoznać taki syndrom, proszę więc nie przyglądać się podejrzliwie matkom z chorymi dziećmi na rękach – ludzie są tak skomplikowani, że nawet „Charaktery” tego nie ogarniają. I proszę zauważyć, że najgorsi są domorośli psychologowie, którzy się mądrości naczytali i widzą wszystko, a w dodatku wszędzie.

Z czytaniem – jak z pigułką – trzeba uważać.

Miłka O. Malzahn

Omawiane pisma: „Charaktery”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
„LAMPA” ŚWIECI PEŁNYM BLASKIEM
BOOM NA ALBUM
I TO JEST TA MANIPULACJA

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt