Witryna Czasopism.pl

Nr 8 (125)
z dnia 12 marca 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | wybrane artykuły | autorzy | archiwum

INDYMEDIA. PARTYZANTKA INFORMACYJNA W INTERNECIE

Na naszych oczach rodzi się potężny ruch medialny, a raczej ruch oporu wobec tradycyjnych systemów i tradycyjnych praktyk medialnych. I jak to zwykle z ruchami oporu bywa, swoją siłę czerpie z oddolnych reakcji. To dziennikarstwo uczestniczące (ang. participatory journalism), dające biernym dotychczas odbiorcom możliwość współtworzenia komunikatów medialnych.

Dzięki dziennikarstwu uczestniczącemu – w szczególności zaś dzięki umożliwiającym je technologiom – słowo „interaktywność” nabiera zupełnie nowego znaczenia. To już nie tylko udzielanie odpowiedzi czytelnikom, publikowanie listów do redakcji czy też udział publiczności w sondach. Te dawne praktyki medialne można określić mianem reaktywnych – odbiorców nie dopuszczano bowiem do „jądra” komunikatu, nie mogli oni na równych z dziennikarzami i redaktorami prawach uczestniczyć w procesie komunikacyjnym. Dziennikarstwo uczestniczące jest zatem współczesną medialną rewolucją, która zamiast oligarchii (grupa uprzywilejowanych – dziennikarzy, redaktorów, wydawców – decyduje o zawartości przekazu) usiłuje wprowadzić zasady demokratyczne (każdy może zostać dziennikarzem i opublikować artykuł). Odwołanie do sfery działalności politycznej nie jest zresztą przypadkowe.

Dziennikarstwo uczestniczące według Shayne Bowman i Chrisa Willisa, autorów pionierskiej pracy systematyzującej zjawisko (We Media), to „aktywny udział obywatela lub grupy obywateli w procesie zbierania, konstruowania, analizowania i upowszechniania informacji. Celem tej partycypacji jest zapewnienie niezależnych, wiarygodnych, aktualnych, różnorodnych i istotnych informacji, które są warunkiem istnienia demokracji”. W języku angielskim funkcjonuje wiele terminów określających tę formę medialnej działalności – jak we media (co można przetłumaczyć jako „my-media”) czy grassroots reporting (termin najbliższy polskiemu „dziennikarstwu obywatelskiemu”, lecz kładący większy nacisk na aktywny udział społeczności w tworzeniu komunikatów medialnych). Wszystkie podkreślają jednak oddolny charakter tej działalności, co najlepiej widać na przykładzie anglojęzycznego terminu grassroots reporting (ang. grass – trawa, roots – korzenie).


E-partyzantka

Ten nowy typ medialnej obecności w internecie można nazwać partyzantką informacyjną – zarówno ze względu na formę, jak i na ideologię komunikatów. To „nowe” dziennikarstwo, oparte na zdecentralizowanych, niehierarchicznych strukturach, występuje przeciwko oficjalnym systemom medialnym (w szczególności zaś przeciwko koncernom medialnym), przekazuje informacje niedostępne (lub dostępne jedynie śladowo) w mediach głównego obiegu i oparte jest na wolontariacie. Podobieństwa internetowych serwisów dziennikarstwa uczestniczącego do działalności partyzantów są widoczne na wielu płaszczyznach.

Partyzantka definiowana jest jako „forma prowadzenia walki, stosowana w przypadku wyraźnej przewagi militarnej przeciwnika”. W przypadku dziennikarstwa uczestniczącego mamy do czynienia i z walką (walka o odbiorców i możliwość przekazywania im swojej „prawdy” jest kwintesencją każdej działalności medialnej), i z przewagą przeciwnika – w tym przypadku wielkich koncernów medialnych. Inna definicja partyzantki określa ją jako „formę walki polegającą na organizowaniu ochotniczych zbrojnych grup oporu wobec okupanta”. W przypadku mediów rolę okupanta (okupanta opinii publicznej) odgrywają wielkie koncerny medialne. Jednak kluczem do zrozumienia specyfiki dziennikarstwa uczestniczącego jako partyzantki informacyjnej jest słowo „ochotnicze”. Dziennikarstwo uczestniczące oparte jest w głównej mierze na wolontariuszach, którzy za darmo bądź za symboliczną opłatą współtworzą zawartość serwisów. Dla południowokoreańskiej strony internetowej OhMyNews (www.ohmynews.com) – urastającej do rangi symbolu dziennikarstwa uczestniczącego – pisze ponad 2600 dziennikarzy-ochotników.

Najbardziej radykalne ramię tego partyzanckiego ruchu to internetowe gazety typu open publishing – narzędzie wyjątkowo chętnie wykorzystywane przez środowiska alterglobalistów, czego przykładem mogą być Indymedia. To rodzaj internetowego serwisu informacyjnego, ogólnoświatowa sieć ośrodków IMC (Independent Media Center – Centrum Niezależnych Mediów), a zarazem cała organizacja walcząca o prawa człowieka i propagująca ochronę środowiska. Sami siebie twórcy Indymediów opisują jako „sieć zwykłych ludzi, aktywistów i organizacji zajmujących się tworzeniem niezależnych mediów”, których celem jest „dostarczanie informacji o ważnych zjawiskach społecznych i politycznych w sposób całkowicie oddolny i niekomercyjny” (cyt. za: http://pl.indymedia.org).


Indymedia. Historia i ideologia

Indymedia stworzyło kilkuset aktywistów, którzy zebrali się podczas protestów przeciwko WTO (Światowej Organizacji Handlu) w listopadzie 1999 roku w Seattle. Ich hasłem przewodnim stały się słowa „Don't hate the media, become the media” (‘porzuć nienawiść do mediów, stań się nimi’). Dlatego też serwis informacyjny Indymedia utożsamiany jest ze środowiskami alterglobalistów. Te ideologiczne powiązania widoczne są m.in. w postaci tematyki zamieszczanych artykułów – dotyczących głównie demonstracji alterglobalistów i ruchów ekologicznych.

Graham Meikle powstanie Indymediów przedstawia jako skrzyżowanie trzech wcześniej działających osobno ruchów: punkowego ruchu DIY (Do-It-Yourself Culture, propagującego wydawanie płyt samodzielnie, bez wsparcia wielkich wytwórni fonograficznych), społeczności alternatywnych mediów oraz (być może najbardziej zasłużonego dla Indymediów) technologicznego kolektywu z Sydney. To właśnie w Sydney narodziło się oprogramowanie Active (wykorzystywane częściowo również przez Indymedia), a także uruchomiony w styczniu 1999 roku serwis Active Sydney – istniejący do dziś protoplasta Indymediów.

Wszystkie te ruchy nawiązują w pewien sposób do idei open publishing. „Każdy kładzie nacisk na aktywną partycypację, każdy podkreśla znaczenie nowych narzędzi i nowych metod tworzenia informacji przez nowych ludzi, każdy wytycza nowe granice dopuszczania ludzi do głosu” – twierdzi Meikle.


Open publishing

Open publishing to inaczej „wolność publikowania”. Oznacza, że każdy może wysłać swój artykuł i każdy artykuł zostanie opublikowany. Najtrafniej istotę open publishing ujmuje motto z książki The IMC. A New Model, będącej rodzajem przewodnika po świecie Indymediów: „Everyone is a witness, everyone is a journalist” (‘każdy jest świadkiem, każdy jest dziennikarzem’). Stwarza to zagrożenie sporych nadużyć – właściwe zresztą całej przestrzeni internetowej. Dlatego też autorzy serwisu Indymedia stworzyli stronę ukrytych tekstów – dostępną dla wszystkich (a zatem zgodną z wolnościowymi aspiracjami redakcji), lecz ukrytą. Do tego działu przenoszone są wszystkie artykuły niezgodne z polityką redakcyjną Indymediów, czyli teksty reklamowe, rasistowskie, wtórne (publikowane wcześniej lub o identycznej jak inny tekst tematyce).

Wszystkie dyskusje kolektywu redakcyjnego – także te o ukrywaniu poszczególnych tekstów – odbywają się na otwartej liście dyskusyjnej. Każdy może się na nią zapisać, a archiwa są publicznie dostępne. Proces tworzenia wiadomości jest całkowicie przezroczysty, praca redakcji jest poddawana pod publiczną ocenę. Upubliczniony zostaje nie tylko jej końcowy efekt, ale również sam proces decyzyjny – część pracy redakcji, która w przypadku tradycyjnych mediów jest skrywana. Serwisy takie jak Indymedia (www.indymedia.org), Active (www.active.org.au) czy Kuro5hin (www.kuro5hin.org) umożliwiają osobom „z zewnątrz” zajrzenie nawet do kosza na śmieci (w przypadku Indymediów będzie to dział „Ukryte”), gdzie w każdej redakcji trafiają odpadki po procesie selekcyjnym – czasem bezwartościowe, czasem po prostu „niewygodne” z punktu widzenia danej redakcji. Strony typu open publishing zdecydowanie ograniczają możliwość nadużyć dzięki wprowadzeniu transparentnego procesu tworzenia komunikatów. Na widok publiczny wystawiona jest robocza strona pracy dziennikarskiej.

Open publishing, czyli otwarte, wolne publikowanie, działa na takich samych zasadach jak wolne oprogramowanie. Oba są (r)ewolucyjnymi odpowiedziami na prywatyzację informacji przez ponadnarodowych monopolistów. Dla oprogramowania takim monopolistą jest Microsoft, dla publikowania jest nim CNN. W obu przypadkach będzie to koncern AOL Time Warner”. To słowa Matthew Arnisona, współzałożyciela Indymediów i australijskiego Active, jednego z czołowych ideologów ruchu free software (wolne oprogramowanie). Posunął się on wręcz do stwierdzenia, że informacja sama chce być wolna – wolność jest głęboko zakorzeniona już w jej strukturze. Według Arnisona informacji, podobnie jak oprogramowania, nie można sobie przywłaszczyć, a wszystkie próby jej sprywatyzowania są skazane na nieuchronną porażkę.

Serwisy informacyjne typu open publishing można porównać do bazaru, na którym każdy handluje z każdym, a cena produktu nigdy nie jest z góry ustalona. To, co kupimy i sprzedamy, zależy od aktywności – naszej i naszych handlowych partnerów. Na tym tle media głównego obiegu przypominają wielkie centra handlowe pełne sieci sklepowych opartych na zasadach franchisingu. Każdy towar ma tu ściśle określoną cenę i formę, a podział na kupujących i ustalających warunki zakupu sprzedających jest wyrazisty.


Indymedia. Struktura partyzancka

Struktura serwisu Indymediów jest jednak otwarta tylko częściowo. Składa się on z trzech kolumn – po lewej stronie jest pasek nawigacyjny odsyłający do stron pozostałych Centrów Niezależnych Mediów (Independent Media Center), rozmieszczonych na całym świecie. Prawa kolumna zawiera tzw. Open Publishing Newswire, czyli otwarty serwis informacyjny. Jest to właściwie jedyny element strony Indymedia w pełni realizujący zasady open publishing. Z kolei najbardziej wyeksponowana, środkowa kolumna to miejsce na teksty zredagowane przez składającą się z wolontariuszy redakcję Indymedia. Dzięki zderzeniu tych dwóch form publikowania (kolumny redagowanej i kolumny otwartej) odbiorca może dokonywać wyboru, w jaki sposób będzie korzystać z zawartości serwisu, a także, które ze źródeł uzna za bardziej wiarygodne. To również okazja do porównania dwóch podejść do publikowania w internecie.

Żeby zapobiec chaosowi i ewentualnym nadużyciom (jak np. w przypadku próby zdominowania serwisu jednego z ośrodków Indymediów przez Narodowy Front Wyzwolenia Palestyny i wykorzystania go do celów propagandowych) wszystkie procesy decyzyjne – zarówno te dopuszczające artykuły do środkowej kolumny, jak i przenoszące je do elementów ukrytych – są ściśle określone w dokumencie zwanym Polityką Redakcyjną.

Wszystkie decyzje dotyczące opublikowania (bądź nie) danego tekstu w środkowej kolumnie podejmowane są konsensualnie przez kolektyw redakcyjny (w myśl zasad bezpośredniej demokracji). Nie ma tu głosów mniej lub bardziej ważnych – tak jak w Indymediach nie ma mniej lub bardziej wpływowych redaktorów. Prawo veta przysługuje każdemu członkowi kolektywu redakcyjnego. Sformułowanie „kolektyw” (wykorzystywane przez współtwórców Indymediów) nasuwa skojarzenia z działalnością partyzancką, a same struktury IMC przypominają struktury partyzanckich bojówek. Istnieją oczywiście przywódcy, jednak decyzje są podejmowane w sposób demokratyczny. Do grup partyzanckich Indymedia upodabnia również funkcjonowanie w ideologicznej niszy (alterglobalizm, ekologia, prawa człowieka). Nisza ta – właściwa dotychczas prasie drugiego i trzeciego obiegu – posiada jednak spore grono wyznawców, którzy wciąż zasilają szeregi Indymediów.

Sukces działalności stron n publishing w głównej mierze opiera się na gotowości publiczności do udziału w tworzeniu komunikatów. Również prowadzenie wojny partyzanckiej zależy w dużym stopniu od poparcia jej przez szerokie kręgi społeczne. Dlatego też serwisy open publishing najprężniej działają w krajach, w których ruch alterglobalistyczny dynamicznie się rozwija (w partyzantce informacyjnej przodują Stany Zjednoczone) oraz w tych, w których istnieje powszechny dostęp do internetu (dowodem tego jest m.in. spektakularny sukces strony OhMyNews, która została założona w Południowej Korei, ze względu na powszechny dostęp do internetu nazywanej „sieciokracją”).

W polskiej wersji Indymediów zdecydowanie większą popularnością cieszy się „newswire” (kolumna w pełni realizująca zasady open publishing). Podobnie jest też w przypadku innych edycji. Można to wytłumaczyć niechęcią użytkowników serwisów open publishing do jakichkolwiek form selekcji informacji (poza odrzucaniem tekstów obraźliwych czy propagandowych). Tymczasem środkowa (a zatem najbardziej wyeksponowana), redagowana kolumna Indymediów zbliża je do tradycyjnych praktyk medialnych i wprowadza z powrotem funkcję gatekeepera. Można powiedzieć, że to zjawisko charakterystyczne dla wszystkich form działalności partyzanckiej, które w pewnym momencie zaczynają wykorzystywać struktury, przeciwko którym się buntowały.

Partyzantka informacyjna nie byłaby możliwa bez nowych technologii, dzięki którym nadawanie komunikatów jest prawie tak samo łatwe jak ich odbieranie. To głównie internet przygotował grunt pod medialną (r)ewolucję i to on stał się schronieniem dla współczesnych partyzantów – partyzantów społeczeństwa informacyjnego.

Agnieszka Zwiefka-Chwałek

Artykuł pochodzi z magazynu „ Rita Baum”, nr 9 (2005).

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
NIE TAKIE POPULARNE?
POECI I EGZEGECI
CENTRUM JAKO PROCES

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt