Witryna Czasopism.pl

Nr 5 (122)
z dnia 12 lutego 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

POZNAJCIE VERĘ DRAKE

„Nie można przeprowadzać referendum w sprawie aborcji, bo skład społeczeństwa może być przypadkowy” – te słowa jednej z prawicowych posłanek to moja ulubiona polityczna fraza ostatniego piętnastolecia. Dziś nikt nie ma już złudzeń, że skład parlamentu jest bardziej niż przypadkowy, szkoda tylko, że tak dużo od niego zależy, m.in. właśnie zmiana ustawy antyaborcyjnej, która była jednym z pęt kiełbasy wyborczej lewicy. Wędlina przez ponad trzy lata zdążyła zzielenieć i zapewne w tej kadencji już nikt po nią nie sięgnie, można sobie jednak wyobrazić, jak wyglądałaby debata na temat aborcji, w której po jednej stronie byliby obrońcy życia poczętego, a po drugiej mordercy. Niewątpliwie rację miała Agnieszka Graff, która w książce Świat bez kobiet stwierdziła, że zwolennicy bardziej liberalnej ustawy antyaborcyjnej przegrali walkę o język – aborcja to nie zabieg, tylko zabijanie nienarodzonych, rzeź porównywalna z Holokaustem. Efekt jest taki, że od dawna oficjalnie akceptowana jest fikcja: liczba legalnych aborcji jest bardzo niska, antykoncepcja droga, a przyrost naturalny ujemny. Trudno mi sobie wyobrazić, że kilka milionów Polaków stosuje się do zasady mojej nauczycielki z liceum, która brzmiała „Najlepsza antykoncepcja – nie współżyć” (nikt nie zdobył się na odwagę, by spytać, jak to działa w małżeństwie), ale przecież – jak słychać z prawej strony sceny politycznej – podziemie aborcyjne nie istnieje, co więcej, zdecydowana większość polskich kobiet nie chce zmiany ustawy. Jak żyję nikt nigdy nie pytał mnie, co o tym sądzę, nie znam nikogo, kto byłby w osławionej reprezentatywnej grupie sondażowej, ale nieustannie dziwię się założeniu, że liberalizacja sprawiłaby, że tysiące kobiet zaczęłyby na potęgę usuwać ciążę, bo to przecież nie wyrwanie zęba, tylko zabieg, którego wybór, niezależnie czy podejmowany przez osobę wierzącą czy nie – jest dramatyczną decyzją. Irytuje mnie ten męski punkt widzenia ustawodawcy, bo najważniejsza jest kwestia wyboru – chodzi przecież o to, żeby nie tylko usunąć z ważnych powodów, ale i zachować, np. wtedy, gdy ciąża wiąże się z zagrożeniem zdrowia matki, jeśli ona chce urodzić mimo wszystko. To jest tak oczywiste, że złość bierze, iż decydenci nie chcą tego zrozumieć, za to wolą sankcjonować fikcję i oficjalne statystyki.

Tym bardziej chciałabym, żeby spełniło się jedno z życzeń Bartosza Żurawieckiego, do których przyznaje się w felietonie Marzenia do spełnienia zamieszczonym w lutowym „Filmie”. Chodzi o realizację filmu, którego bohaterem byłby właśnie parlamentarny obrońca życia, przykładny ojciec licznej rodziny zmuszający kochankę do usunięcia ciąży, a koszta zabiegu w prywatnym gabinecie (brawa za koncept) odlicza sobie od podatku. Kobieta próbuje sprawę ujawnić, ale cóż, jej słowo przeciwko jego i finał łatwy jest do przewidzenia. Tylko kto mógłby to nakręcić?

Zanim jakiś polski reżyser odważy się zrealizować to marzenie, będziemy mogli przyjrzeć się temu, co na temat aborcji mówi jeden z wielkich angielskiego kina, Mike Leigh, bo jego obsypana nagrodami Vera Drake właśnie wchodzi na nasze ekrany. I nie wierzcie tym, którzy mówią, że to zmarnowana szansa na otwartą rozmowę o problemie, wręcz przeciwnie – to jeden z najważniejszych filmów o aborcji, wolny od grzechu ogólnikowej publicystyki. Tak też ocenia go Jan Walczak, który w swoim tekście Moralność niemoralna przypomina inne filmy tego nurtu, stosunkowo nieliczne, bo kino dosyć rzadko podejmowało kontrowersyjną problematykę. Wśród nich jest m.in. Kobieca sprawa Chabrola z Isabelle Huppert w roli Marie Latour, skazanej w 1943 roku na karę śmierci za przeprowadzanie nielegalnych zabiegów. Reżyser, mimo bezstronności, pokazuje hipokryzję kolaboranckich władz, które potępiają aborcję, a jednocześnie zgadzają się na wywózki tysięcy Żydów do obozów. Jest i mowa o słynnym antyaborcyjnym Niemym krzyku doktora Nathansona, pełnym manipulacji dokumencie pokazywanym i w naszej telewizji. Polskie kino też raczej unika tematu, jedną z prób było Nic Doroty Kędzierzawskiej, któremu, jak sądzę, zaszkodziła zbytnia dbałość o formę wizualną.

Mike Leigh należy do reżyserów, którzy lubią swoich bohaterów i wierzą w widza, jego intelekt, umiejętność wyciągania własnych wniosków, dlatego nie zajmuje jednoznacznego stanowiska, tylko pokazuje wieloaspektowość problemu, który zapewne nigdy nie znajdzie idealnego rozwiązania. Kluczowa jest postać głównej bohaterki, sympatycznej gospodyni domowej z lat 50., która z równą życzliwością pomaga niedołężnym sąsiadom i mającym kłopoty dziewczętom. Owszem, Vera zajmuje się tzw. spędzaniem płodu, ale traktuje to właśnie w kategoriach pomocy, a nie źródła dochodu, nie mając pojęcia, że znajoma, która podaje jej adresy potrzebujących, nieźle na tym zarabia. Stąd też i wielki dramat kobiety, dramat podwójny, bo jej pomoc zostaje potraktowana jako przestępstwo, a sprawa wychodzi na jaw, kiedy jedna z pacjentek omal nie umarła w wyniku powikłań po zabiegu. Zastanawiające, że w końcowej części film jakby tracił tempo, kilka razy powtarzane są zarzuty stawiane bohaterce, tak by widz mógł współodczuwać jej udrękę. Leigh również podkreśla hipokryzję społeczeństwa: Vera pomaga biednym kobietom, te bogatsze nie muszą uciekać się do zakazanych metod, wystarczy opinia ginekologa i psychiatry, by – ze względu na niebezpieczeństwo pogorszenia stanu zdrowia – przeprowadzić legalną aborcję. Podwójną moralność okazuje też syn Very, który, poznawszy tajemnicę matki, nie chce jej znać, a tymczasem na zabawach tanecznych podrywa dziewczyny („Dajesz nylony i jest już twoja”), nie myśląc o konsekwencjach. Pojawia się też problem porzuconych dzieci i sierot (do nich należą mąż Very i jego brat), a także kwestia traumy kobiet, które w wyniku gwałtu zaszły w ciążę.

Bartosz Żurawiecki w recenzji Very Drake przytacza komentarz swojego przyjaciela: „Nie ma lepszego filmu á propos naszego zaścianka”. Żebyśmy tylko umieli to dostrzec i wykorzystali znajomość z Verą Drake, by spróbować nieco z niego wyjrzeć, a może nawet wyjść.

Katarzyna Wajda

Omawiane pisma: „Film”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
KANON, HIPOTEZA KONIECZNA*
ODKRYWANIE TECZEK
Z GAŁCZYŃSKIM JAK BEZ GAŁCZYŃSKIEGO

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt