Witryna Czasopism.pl

nr 5 (255)
z dnia 5 marca 2010
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

ILE FURII W „FURII”?

Obok mnie na biurku leżą dwa czasopisma-nie-ułomki, tak różne jak dzień i noc albo jak Flip i Flap. Leżą, choć przez ostatnie tygodnie nieustannie się z nimi wożę i noszę. Pierwsze z nich to 14. numer wydawanej od 12 lat wrocławskiej „Rity Baum”, nieregularnika mimo wszystko w miarę regularnie przypominającego o swoim istnieniu, zajmującego wciąż poczesne miejsce w świadomości wiernych miłośników. „Ricie” redaktorzy nakazali tym razem kręcić się wokół tematu Kobiet. Numer sporo waży i stron liczy sobie aż 324 (format A4), a jakby tego było mało, wzrok mami czwarta strona okładki obklejona krzykliwą materią. Do moich rąk trafił egzemplarz pisma z wściekle pomarańczową wersją sztucznego futra produkcji krajowej, podpisaną: „MaCzo, pussy pussy”. Obrazek zamieszczony na pierwszej stronie okładki dopełnia krajobrazu i go ujednoznacznia, a po mojej głowie kołacze się cytat z Jerzego Pilcha: „Kobieta – to człowiek miły w dotyku”. Ja wiem, futerko to tylko taki autoerotyczny żart, dobry żart tynfa wart i niepotrzebnie się na niego jeżę – a jednak odrobinę się jeżę, jakby mnie głaskano pod włos. Kosmata okładeczka zaskakuje i nęci, lecz tylko do chwili, gdy zaczynam nad nią deliberować, czy nie za bardzo jest seksistowska, banalna. Ja swój oranżowy płat materii nieorganicznej najzwyczajniej w świecie oderwałam od okładki, klej nie trzymał zbyt mocno. Ogołocony z futra papier jest biały i gładki jak pupcia niemowlęcia, wzbudza we mnie najczulsze skojarzenia, choć nie korci już, by go pomacać, obściskać i wytarmosić. Może zresztą czegoś z tym futerkiem nie rozumiem, może na żarcie się nie poznałam? Może stronnicza jestem, nie doceniając wypasionej formy „Rity” i źle, że odczytuję ją płciowo oraz politycznie? Przesadzam, że przed oczami widzę natychmiast Matki-Polki szyjące sztandary, dziewczęta dziergające całuny, skubiące płótno na szarpie dla rannych powstańców, że widzę też skontrastowaną codzienność: cerowanie skarpetek i przyszywanie guzików do koszul, żmudne niekończące się przeróbki, a nie szyk wybiegów haute couture. „To mężczyzna zmusił kobietę do pikowania! Kto dziś pamięta o bohaterskiej markietance Joannie Żubrowej? Czy Joanna Żubrowa na specjalne okazje wkładałaby mufkę z wulgarnego, pomarańczowego futerka?!” – wrzeszczy we mnie okruch urażonej feministki, obezwładnionej siłą kulturowych skojarzeń.


Cichnie, kiedy sięgam po „Furię” – pierwszy numer reaktywowanego pisma (wtajemniczone czytelniczki pamiętają jeszcze kultową „Furię Pierwszą”), opatrzony podtytułem „nieregularnik lesbijsko-feministyczny”. Z „Furią” się zbratałam, z „Ritą” do końca trzymałyśmy się na dystans. Choć w sumie – to dziwne. Lesbijką się nie czuję, ze środowiskiem LGBT nie flirtuję, feministką bywam, że tak powiem, niedzielną. Zaglądając do pisma poprowadzonego mocną ręką przez dziennikarkę Annę Laszuk, powinnam się może poczuć intruzem, czyli na przykład jak z lekka wyliniały mężczyzna po pięćdziesiątce, podbierający „Cosmopolitan” swojej młodszej o 20 lat żonie. A jednak – przeczytałam z przyjemnością i bez dyskomfortu wchodzenia w cudze buty. Czyżby bliżej mi było do „Furii” niż do „Rity”, czyżbym znalazła w warszawskim piśmie procentowo więcej kobiety w kobiecie, a we wrocławskim – więcej „kobiety” niż wypada?


Między czym a czym wybieram? Bo przecież jak nas widzą, tak nas piszą. Między odblaskami haptycznej „Rity” i szarością, czernią oraz czerwienią pobudzającej wyobraźnię „Furii”, między „Furią” zaangażowaną, wykoncypowaną, ideologiczną, polityczną i „Ritą” literacką, polonistyczną, chimeryczną, nad wyraz pojemną. Między „Furią” abstrakcyjną, mimo że rozerotyzowaną i „Ritą” zachęcającą do posłania jej serii głasków, „Furią” trzymającą linię, jednorodną i spójną, „Ritą” wielogłosową, niekonsekwentną, chaotyczną. To dwie całkiem różne kobiety, odmienne temperamenty, inne cele życiowe, usposobienie, wnętrze i zewnętrze… Parujące ciało i chirurgiczna precyzja, asceza czarnej kreski (rysunki Magdy Szymańskiej) i rozbuchanie płożącego się sitowia. Tatuaż i dezynsekcja. Gadulstwo, plotkarstwo, niedomiar redakcji („Rita”!) i bezpośredniość stanowczej feministycznej debaty („Furia”!). Trzeba się na coś zdecydować, bo równoczesne czytanie dwóch czasopism sprzyja schizofrenii. Tym razem wybiorę „Furię”. A już na marginesie, to niezwykle interesujące, że na kartach „Rity”, w tabloidowej, prześmiewczej wkładce „Stefan” znalazło się miejsce na fotki utrzymane w estetyce komiksowej (nie zabrakło dymków z tekstem), uwieczniające wyłącznie panów. Panowie błaznują, panie mądrze się rozpisują (zwłaszcza w działach „ONE” oraz „POETKI / PÓŁNOC – POŁUDNIE”). Czy znaczy to, że nie ma w redakcji „Rity” pań, które chciałyby i umiały z samych siebie pożartować? Czy tylko panowie są dysponentami kawalarstwa?


Wróćmy jednak do meritum, czyli do jaskrawego zaprzeczenia tandety. „Furia”, choć gniewna, nie bluźni i nie sieje zgorszenia. Nie natknęłam się w niej na nic, co mogłoby śmieszyć, zacietrzewiać, co przekraczałoby granice nie tyle dobrego smaku, ile tak zwanej społecznej normy. Wreszcie – nic, co bulwersowałoby dzisiaj równie mocno, jak niegdyś dekolt Kaliny Jędrusik. „Furia” pokazuje pazury, neutralizując upiora, jakim dla części naszego społeczeństwa jest ruch feministyczny oraz LGBT. Feminizm, jaki w piśmie znajdziemy, daleko odrzuca od siebie pikowane kołdry i zatknięte na iglicy różowe sztandary. Sztandary „Furii” są tęczowe i kryją w sobie bombę z opóźnionym zapłonem – słyszę, jak ta bomba tyka i za czas jakiś zacznie rozsadzać heteromatrix. Jest „Furia” jakimś rodzajem écriture féminine, choć pismo ze swej istoty podobno jest biseksualne. Nie ma tu „kobiecości”, czyli uczuciowości, sentymentalizmu, afektacji, empatii. „(…) nie ma w niej ogłoszeń towarzyskich, teksty za ambitne, pismo nie przypomina kolorowych magazynów” – wszystkie zarzuty sformułowane kiedyś wobec „Furii Pierwszej” pozostają w mocy. Jest „nadal feministyczna, ale nieprzypominająca już skromnego zinu z dawnych czasów. Bardziej radykalna, obszerna, nowoczesna. Inny jest wydawca [Fundacja Feminoteka – J.W.], zespół i wizja, ale moc słowa »furia« z nami zostaje” – deklaruje Laszuk we wstępniaku.


Przerzucam kolejne artykuły pomieszczone w działach: „Społeczeństwo, prawo, polityka”, „Płeć? Wotever”, „Literatura” i „Życie”. Dowiaduję się, że kulturowa tożsamość lesbijki nie istnieje, że lesbijska tożsamość polityczna bierze się z doświadczenia dyskryminacji. Sporo tekstów poświęcono głośnej ostatnio sprawie – prawu osób homoseksualnych do zawierania związków partnerskich rejestrowanych prawnie. Ktoś w swoim artykule zadaje pytanie o sens uczestniczenia lesbijki w wyborach, skoro „żadna z sił obecnych na polskiej scenie politycznej nie ma w swoim programie takiej Polski, w której lesbijka mogłaby się poczuć pełnoprawną obywatelką”. Czytam o problemie, którego nie znam, ale który frapuje, bo oczywiście zdawałam sobie sprawę, że środowisko LGBT jest zróżnicowane i niekoniecznie wewnętrznie solidarne: „Lesbijki mają różne poglądy i potrzeby, stać je jednak chyba na to, by miały wspólną wizję rzeczywistości społecznej, a nie »tożsamość« rozumianą jako podobieństwo między jednostkami (…). Żeby nie było ważne, czym się różnimy, tylko żeby było widać, że się różnimy i że nam to nie przeszkadza”. Tak więc różnorodność bywa problematyczna nie tylko w czarno-białym, dwubiegunowym świecie heteryków, lecz i wśród homoseksualistów. W tekście Aleksandry Sowy trafiam na słowo „heteronormatywność”, definiowane przeze mnie intuicyjnie jako opresyjność wobec wszelkich objawów inności. Wklikuję się w Wikipedię, którą uwielbiam: „heteronormatywność – jeden z kluczowych terminów teorii queer, określający konfigurację kultury sprowadzającą seksualność do heteroseksualności. Wszechobecne w normach społecznych, prawnych i w kontaktach społecznych założenie, że wszyscy ludzie są heteroseksualni oraz że podejmują tradycyjne role płciowe. Kultura heteronormatywna wyklucza tożsamości nieheteroseksualne, definiując je w kategoriach marginesu, degeneracji czy dewiacji” (źródła definicji znajdziecie Państwo w Wikipedii, rzecz jasna). Notabene, Sowa pisze o niekomfortowej sytuacji osób biseksualnych w Polsce, tłumaczy, czym owa biseksualność jest, analizuje też stosunek środowiska gejów i lesbijek oraz mężczyzn i kobiet heteroseksualnych do biseksualistów.


Im dalej wchodzę w las, tym mniej się chce zawrócić. Anna Laszuk zagłębia się w kategorię queer, nawołując przy okazji do wychodzenia z szafy i przypominając akcję sprzed kilku lat „Niech nas zobaczą”. Po cichu komentuję – przecież po to reaktywowano „Furię”, by znów was zobaczono i usłyszano. Teksty Marty Konarzewskiej, a zawłaszcza Czytanie bywa seksowne. O wybranych lestekstach ostatniej dekady, działają na mnie tu i ówdzie bardziej pobudzająco niż Fragmenty dyskursu miłosnego Rolanda Barthesa (zilustrowano je czarno-białymi zdjęciami – są tu i akty – wykonanymi przez Magdę Mosiewicz). Po lekturze obszernego tekstu Katarzyny Szustow o londyńskim Club Wotever czuję do jego bohaterów autentyczną sympatię, skontrapunktowaną zazdrością – że mnie tam nie było, że zaspokajam swoją niespodziewanie rozbudzoną ciekawość jedynie dzięki cudzej opowieści. Może z najmniejszym apetytem zabieram się do opowiadania Agnieszki Kłos oraz do komentarza do jej twórczości wysmażonego przez Annę Laszuk. Być może dlatego, że niczego nowego się tu nie spodziewałam, żadnych odkryć, gorączkowego entuzjazmu – w mikroopowiadaniach Kłos panuje dla mnie nieco zbyt niska temperatura. Lecz to tylko kilka stron spośród 150.


Z wywiadu z Laszuk przeprowadzonego w radiu TOK FM przez Romana Kurkiewicza wiem, że na wiosnę ukaże się drugi numer „Furii”. Tymczasem 12 marca w warszawskim Nowym Wspaniałym Świecie odbędzie się spotkanie promocyjne zatytułowane: Z „Furią” do mainstreamu?. W opisie wydarzenia czytam: „O tym, jak pisma niszowe mogą zmienić świat i dlaczego tak mało jest problematyki LGBT w prasie wysokonakładowej”. Ma więc „Furia” zamiar być częścią społecznej rewolty, kto wie, być może uda jej się zbudować wokół siebie społeczność czytelników, którzy na długo staną za nią murem i będą jej wierni tak jak coraz liczniejsi fani Club Wotever. Co do jednego mam pewność: „Furia” nie mówi językiem offu, choć z offu ten głos jeszcze się wydobywa.

Joanna Wojdowicz

Omawiane czasopisma: „Rita Baum” i „Furia”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
LIBERACKI SPOSÓB NA ŻYCIE
KASZTA I MELONIK
APIAT’ KRYTYKA

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt