Witryna Czasopism.pl

nr 13 (215)
z dnia 5 lipca 2008
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | wybrane artykuły | autorzy | archiwum

BIEDASZYBY

Praca w biedaszybach to nie tylko „kopanie i chlanie”, jak podsumował ją jeden z młodych kopaczy. To organizacja życia. To ciągłe balansowanie między śmiercią a życiem, zagrożeniem a żartem. To cielesne doświadczenie rzeczywistości.


Robotnik jako bohater kulturowy na dobre pojawił się w Polsce po II wojnie światowej. Podręcznik do historii z 1951 r. stawiał sprawę dość jasno: oto po czasach ucisku i narastającego konfliktu, po czasach, którym brakowało linearnego porządku, z chaosu wyłoniła się ta, wraz z którą przyszły daty i racjonalizacja w postaci gospodarki planowej: robotnicza partia. Po II wojnie światowej, jak piszą Gryzelda Missalowa i Janina Schoënbrenner, „w miastach i okręgach przemysłowych z chwilą wyzwolenia ich od hitlerowskiego najeźdźcy robotnicy natychmiast obejmowali i uruchamiali warsztaty pracy. Rozumieli doskonale, że to oni, robotnicy, są tu nareszcie gospodarzami”. W tej wizji historii, w zmianie na lepsze podkreślano nie tylko rolę ikonicznych bohaterów – „mózgu” rewolucji, ale też tych, którzy dzięki pracy „mięśni” mieli być gwarantami dalszej pomyślności, zarówno w podtrzymywaniu ładu, jak i na drodze wiodącej do postępu. Nic zatem dziwnego, że zaledwie kilka stron podręcznika z 1951 r. dzieli od siebie reprodukcje dwóch różnych portretów: pierwszy z nich przedstawia Bolesława Bieruta, drugi – Wincentego Pstrowskiego.


„A, to stachanowiec”


Nie pomyślałabym o Pstrowskim, gdyby nie to, że widziałam jego podobiznę w Wałbrzychu podczas zwiedzania Muzeum Przemysłu i Techniki, które jeszcze kilka lat temu było zwyczajnie funkcjonującą kopalnią. W jednym z pomieszczeń zauważyłam coś, co szczelnie okryte folią stało na wysokim podium. Kiedy zapytałam kustosza muzeum, co to jest, odpowiedział: „A, to stachanowiec”.

O micie wyłaniającym się z kart propagandowej literatury socrealistycznej sporo napisał Wojciech Tomasik. Do najważniejszych składników tego mitu należała „serdeczna męska przyjaźń” – wspólnota myśli i celów życiowych, której intensywność ocierała się o homoerotyzm. „Męska przyjaźń należy do najważniejszych składników doktryny. Jest niezbywalnym komponentem mitu fundatorskiego, składającego relację o okolicznościach, w jakich przyszła na świat idea komunizmu. W akcie jej narodzin szczególnie podkreślane bywało podwójne sprawstwo: doktryna stanowić miała owoc związku dwojga osób, a konkretnie dwóch bliskich sobie mężczyzn – Marksa i Engelsa”. Socrealistyczni herosi, często skonstruowani na zasadzie androgyne, a nawet opatrzeni pewnymi cechami dziecięcymi, poza tym, że pracowali, śnili też wspólnie „najpiękniejsze sny”. „»Najpiękniejsze« to znaczy: męskie. Sny śnione w męskiej gromadzie”.

Wincenty Pstrowski był rębaczem, któremu w szczególnych okolicznościach historycznych wystawiono pomnik ku czci, przenosząc jego ciało (ciało w pracy, czego dowodem: młot i górniczy kask) w sferę wyobrażeń. Wałbrzyska kopalnia, w której stoi ów pomnik, sama stała się muzeum z przeciwnych powodów – dlatego że doczekała się procesu likwidacji przemysłu wydobywczego na Dolnym Śląsku. Okrycie Pstrowskiego folią jest więc wyrazem pewnej oczywistości. Dziwi już raczej jego życiorys, zamieszczony na jednej z prywatnych stron internetowych o Zabrzu. Pojawia się tam informacja, że spotkała go „górnicza tragedia, jaką przeżył w marcu 1933 r. Wtedy to kapitaliści postanowili zamknąć jego kopalnię i pozbawić górników środków do życia”. I co zrobił Pstrowski? „Jedynym źródłem utrzymania rodziny i siebie było teraz kopanie węgla na biedaszybach”.


„Ale słuchajcie, jednak jak kopalnia była, to lepiej, weselej i całkiem inaczej”


Kiedy dziś rozmawia się z mężczyznami w Wałbrzychu, którzy przeżyli współczesną wersję górniczej tragedii, albo z tymi, którzy przeszli wówczas na emerytury, zarówno emerytowani górnicy, jak i kopacze z biedaszybów silnie podkreślają, że pracowali w kopalni. Praca ta nie jest konceptualizowana jako forma niedawnego, legalnego zarobkowania. Z opowieści górników wyłania się jej obraz jako czegoś o wiele ważniejszego: jako sposobu organizacji życia: „Jak się pracowało na kopalni po tyle godzin i prawie codziennie na okrągło. Nie było odpoczynku. Nikt właściwie dnia nie widział. Rano jechał na dół – było ciemno, wyjeżdżał – było ciemno. Bez przerwy pompy pracowały. Więc w kopalni praca była ciągła. Pracowało się non stop. I pracowało się w nocy i po południu, i rano, trzeba było się przyzwyczaić do tych warunków”. Kopalnia kojarzona jest z ciałem w ruchu, w ruchu celowym i ukierunkowanym: „Robiło się na okrągło. Jak ja miałem jeden dzień wolny, to było święto w miesiącu”. Ruch „na okrągło” sprawia wrażenie, jakby miał się nigdy nie skończyć.

Praca w kopalni jest rodzajem męskiej współpracy. „Jeszcze jest takie coś, że jeżeli jest pani przyjęta, powiedzmy, od dzisiaj, na kopalnię, dostanie pani opiekuna, na ogół rębacza takiego, i przez miesiąc czasu pani z nim chodzi jak dziecko, prawda, z ojcem za rękę”. Opiekun odpowiadał za młodego, który miał się od niego uczyć: „Jeżeli przychodzisz jako młody pracownik, to starasz się podporządkować, żeby czegokolwiek się nauczyć, bo to trzeba wiedzieć, gdzie stanąć, gdzie przejść”. Taka koncepcja adaptacji do wykonywanego zawodu – uczenie się od starszego (zwłaszcza od ojca) – wciąż bliska jest biedaszybnikom: „Bo to przychodzą młodzi, ale nie wiedzą, jak to dokładnie trzeba to zrobić. Człowiek wszystkiego się uczy”. „Na biedaszybach” Wałbrzycha podobnie pojawia się kategoria młodego niedoświadczonego, którą rzutuje się na obecną pracę „na dziurach”: „Gdzie, on w kopalni…”, „Tylko na widokówce widział…”, „Ojciec mu opowiadał…”. Jak powiedziała nam córka jednego z kopaczy: „Młodsi pomagają […]. Oni niedoświadczeni, nie? Starszy wie, kiedy uciekać. […] Tak, to jest, wiesz, praca taka poważna, jak to się mówi, trzeba być poważnym, trzeba być rozsądnym, a nie jakimś wariatem…”.


„Każdy ma jakieś horrory, pozostają mu z dołu lub z góry”


Uderzające jest to, że często w rozmowach z byłymi górnikami i kopaczami pojawiają się żarty dotyczące pracy, żarty, które mają w podtekście zagrożenie – tak jakby śmiech organizowany był przez obecną gdzieś blisko śmierć: „– A jak często się sprawdza te pale? Czy nie nadgnite? – A, nie… no jak ma strzelić, to… dlatego my nie budujemy ze świerka… jak ściśnie, to świerk pęka… to jest wtedy wiadoma rzecz… how do you do… i bywamy”.

Wydaje się więc, że organizatorem górniczej wspólnoty jest z jednej strony żart, a z drugiej zagrożenie. Żart i zagrożenie jednocześnie – jak rewers i awers. „Każdy ma jakieś horrory, pozostają mu z dołu lub z góry. Każdy ma, niestety… nie była to łatwa praca”, „No nigdy nie wiedziałeś do końca, czy wyjedziesz”. Żart – jako forma radzenia sobie z zagrożeniem: „Na dole to człowiek był kłębek nerwów”; zagrożenie – jako nieodłączny, organizujący element żartu.

W żarcie górniczym bardzo wyraźnie obecne jest ciało, nie tylko przez proste, komiczne odwrócenie sytuacji „poważnej pracy” – ukierunkowanego, celowego ruchu i wzmożonej koncentracji („oni słyszą jak coś czaska, czeszczy”) – czy przywołanie dołu materialno-cielesnego („na dole nie było toalet, a rozmawiało się o babach”). Obecność ciała wywołuje też rzeczywista, przestrzenna bliskość górników w kopalni: „Na dole nie można było palić, prawda, tak że po wyjeździe siadaliśmy, rozbieraliśmy się w tej łaźni, prawda, i tam papierocha, i tam… hmm… no tam tak”. Górnicy do miejsca pracy dojeżdżali kolejką, w której miejsca było tak mało, że siedzieli naprzeciwko siebie „udo między udem”. Po pracy myli sobie nawzajem plecy (ich ciała przemieszczały się w obrębie opozycji: brudno – czysto, w kopalni – poza nią). W opowieściach dla żartu sikali sobie do lamp („olej ci się wylewa”), załatwiali się na cudze narzędzia.

Żart miał też wydźwięk inicjacyjny. Inicjacja jako zmiana statusu wiąże się ze śmiercią, inicjowany musi się narodzić na nowo: „Mediacja – pisali Joanna Tokarska, Jerzy S. Wasilewski i Magdalena Zmysłowska – w ramach opozycji życie – śmierć leży u podstaw wszelkiego rozwoju i zmian”. Rębacz-opiekun wysyłał młodego: „Idź do kierownika, powiedz, żeby ci dał klucz od ściany”. Młody dopiero po wyruszeniu w drogę uświadamiał sobie, że wysłano go po „klucz” od ściany węgla. Takim „kluczem” w przyszłości miały być służące do wydobycia narzędzia, ale nie tylko one: „To nie trzeba samą siłą, bo ci język wyjdzie i co? To trzeba pomyśleć!”. „Chcąc wyjść z labiryntu, inicjowany musi przyswoić reguły, które nim rządzą. Uczy się więc tajnej, »opacznej« mowy, musi też poznać hasło, otwierające granicę zaświatów. Dopiero wówczas osiągnie cel inicjacji, zdobędzie bajkowy środek magiczny. W inicjacjach zawodowych jest nim wiedza zawodowa”. „Węgiel, brał węgiel taki zrobiony i: weź powąchaj, czy gaz czuć?”. Gdzieś blisko wąchania węgla sytuuje się śmierć, bo przecież wszyscy – poza młodym – wiedzą, że metan jest tak niebezpieczny właśnie dlatego, że nie ma zapachu. „Opiekunowie inicjacji robią wszystko, by adeptowi drogę utrudnić i zmylić. Prześcigają się w żartach i kpinach”.


„Mam symbol, mam pewną utratę zdrowia…”


Żart biedaszybników, górników, którzy w większości doświadczyli górniczej tragedii, zawiera w sobie coś niepokojącego, poczucie zagrożenia zdaje się rozciągać nie tylko na sytuację pracy „na dziurze”, lecz także na odbiór potransformacyjnego świata w ogóle: „Jasne. Teraz to tym byłym górnikom to się zostało zawinąć w koc i podczołgać pod cmentarz, i to tam ich też nie pochowają, bo to trzeba zapłacić”. Poczucie zagrożenia wywołują siły, które odmieniły świat, które zabrały wszystko, pozostawiając tylko możliwość śmierci. Siły te są w jakiejś mierze siłami rynku – „nie pochowają, bo to trzeba zapłacić”. Takiego rozpoznania dokonuje autor żartu: młody, dwudziestoletni syn byłego górnika. Gdzieś w tle przebijają wstyd i współczucie. Uniemożliwienie pochówku na cmentarzu, dodatkowo widziane w świetle opowieści o tym, że kiedyś na pogrzeb górnika wysyłano z kopalni delegację, jest przejawem szczególnego wykluczenia.

Tu także obecne jest ciało. Ciało, o którym opowiadają kopacze z biedaszybów, to ciało po doświadczeniu pracy w kopalni, w której „no warunki bardzo trudne… bo jeżeli taka ściana niska jak, jak biurko, to wszystko trzeba robić na, na tyłku, na kolanach, żeby to wszystko tam zrobić”. To ciało cierpiące: „Krzemica to jest najgorsza”, „Mam symbol, mam pewną utratę zdrowia…”, „Krzyż boli – kopalnia wychodzi”, „Dyski, kręgosłupy – prawie wszyscy”, „Kiedyś się na kolanach, na tych kamieniach klęczało, kolana się miało zimne, do dziś mam kolana zimne”, „Płuca są tak jak zacementowane, jakby cementem zalał”. To ciało, na którym pojawia się zapis – naznaczają je doznane urazy i przeżyte, czasem już „na biedaszybach”, wypadki: „uciekł – ledwo wyciągnął nogę – a zasypało”. Ciało kopaczy, którzy wraz z likwidacją kopalni utracili renty, jest też nośnikiem skargi: „No po trzech latach poszedłem, tam taka pani mnie badała, nogi mi badała, a ja mam płuca chore i powiedzieli, że jestem zdrowy…”. Co uderzające, w praktykach komunikacyjnych bezrobotnych górników przeciwko ciału bardzo często wymierzone są autoagresywne żarty. Gdy jeden z kopaczy przerywa pracę, by zapalić papierosa, mówi do kolegi: „Odpal, bo ja oko wypalę, dopiero z kilofa zeszłem”. Jak napisała Annegret Eckhardt, zachowania autoagresywne „łączą się […] z samookaleczeniem lub przyzwoleniem na uszkodzenie własnego ciała przez inne osoby”. Rany autoagresywne to rany symboliczne: „Jakby było lato, byś pokazał wypadek na ręce, co? Do tej pory ma śruby i problemy z kręgosłupem”. Tomasz Rakowski pisze, że u bezrobotnych górników wałbrzyskich „jest to jakby element jednej i tej samej retoryki, jednej i tej samej skargi. Zawiera się w nich wyraźna gotowość do poniesienia urazu (śmierci). […] jednocześnie są to też wyraźne akty agresji, które swobodnie przemieszczają się z rzeczywistości zewnętrznej – władz miejskich, likwidowanych szybów, rozbieranych kamienic, w stronę własnego ciała, własnego życia”.

Podobnie nacechowane opowieści snują też młodzi, młodzi niedoświadczeni, którzy nigdy nie pracowali w kopalni.


„Ja będę robił! Oni mi mogą wszystko zrobić, ręce połamać, nogi połamać, a ja dalej będę robił!”


Młodzi kopacze o pracy „na biedaszybach” żartują inaczej, mówią, że ta praca to „kopanie i chlanie”. Jest to o tyle zaskakujące, że ich praca „na dziurach” jest prawie zawsze dozorowana przez ojców, z którymi podzielają szacunek do tego zajęcia. „Idziemy na balety, nie że Barbórka, tylko co tydzień walimy, nie?”, „W niedziele odsypiamy… Cały tydzień i balety”. Jeden z kopaczy opowiada, że jego ulubionym sportem jest downhill – szybki zjazd rowerem ze stoku góry, wykonywany bez żadnych zabezpieczeń – a denaturat pił trzy lata, aż mu się „bebechy skręcały”. Jego koledzy podczas podobnych zjazdów „łamią sobie palce”. „– Ja miałem już ręce kurwa połamane! – I ty dasz radę pracować? – A co nie dam rady?! Ja będę robił! Oni mi mogą wszystko zrobić, ręce połamać, nogi połamać, a ja dalej będę robił! Tu mam blizny, tu dziary”. „Na biedaszybach” młodzi pracują z ojcami i kolegami z osiedla („całe Krakowskie kopie”). Jak powiedział nam jeden z byłych kopaczy, częściowo dlatego, że jest to „męskie, mocne, silne”. „Kopanie i chlanie” – to najbardziej zwięzła charakterystyka pracy młodych „na biedaszybach”, którą usłyszałam od kogoś, kto skazany za drobne kradzieże, po dwuletnim pobycie w więzieniu zaczął pracować legalnie w Czechach, w fabryce Škody.

U młodych metaforyzacja autoagresywna wyraźnie wykracza zatem poza sytuację kopania, odrywa się od niej, by dotrzeć do innych dziedzin życia, takich jak rozrywka czy sport (downhill). Autoagresja nie dotyczy już bezpośredniego doświadczenia górniczej tragedii, wciąż ma jednak związek z poczuciem zagrożenia. Kopanie „na dziurach” młodzi demitologizują („kopanie i chlanie”), ale czasem pojawia się, z pozoru podobny do wtórnej traumy, wątek pracy mimo wszystko: „Oni mi mogą wszystko zrobić, ręce połamać, nogi połamać, a ja dalej będę robił!”. Jednak ta skarga wyraźnie odrywa się od sytuacji kopania, ból w niej zawarty daje się odczuć niemal fizycznie, jej intensywność jest porażająca. Nie jest to ból spracowanego ciała – to ból ciała młodego, które chce przetrwać.


„Z ziemią zrównać, polem truskawek zasiać!”


Ciało młodych, podobnie jak ciało starszych kopaczy, jest ciałem cierpiącym, w ich opowieściach niemal bez przerwy narażonym na niebezpieczeństwo, na zniszczenie. Ta podatność na zranienie ciała symbolizuje jeszcze coś innego. Metaforycznym ranom młodych często towarzyszą obrazy destrukcji otoczenia, destrukcji miasta. „Tu was przywiało? Tu wam się podobało? […] Toż tutaj to ja nie wiem, co tu można szukać. […] Tu nic nie ma.” Zapytani o Szczawno Zdrój mówią: „To nie Wałbrzych, to tak jakby miasto w mieście, nie?”, „ruina w ruinie” (śmiech). O Boguszów-Gorce: „Boguszów ładny, nie? Z ziemią zrównać, polem truskawek zasiać!”. Świat doświadczany w ten sposób jest światem zranionym, ruiną, światem, któremu chciałoby się zadać jakiś unicestwiający cios, cios absurdalny.

Autoagresja młodych kopaczy jest więc w pewnym sensie rzutowaniem doświadczenia własnego ciała na doświadczenie całego świata. Jak napisał Tomasz Rakowski: „Ciało jako miara wszechrzeczy to dobrze znana formuła, w ciele zawarta jest miara sukna (łokieć), uciążliwa podróż (stajanie), w ciele zawarty jest alchemiczny gwiazdozbiór organów (mikrokosmos)”. W mówieniu kopaczy da się wyczuć silny związek pomiędzy ciałem a kosmosem makro.

Młodym towarzyszy piętno destrukcji – wszystkie, o których słyszeliśmy, śmiertelne wypadki „na biedaszybach” miały być w jakimś stopniu spowodowane przez nich. Wspomnienie o wypadku, w którym zginął siedemnastolatek, pojawiło się w Wałbrzychu na spotkaniu, które odbyło się w miejskim teatrze po wystawieniu tam Kopalni Michała Walczaka. Siostra jednego z młodych kopaczy skwitowała to słowami: „Pracował i zginął, a żyłby jeszcze! Zginął przez takich jak wy! Przez bogaczy!”. Młodzież, jak napisał Roch Sulima, „siebie uważa za najczulszy instrument poznania przyszłego świata, a nawet, chciałoby się powiedzieć, na własnej skórze i nie bez dramatów czy ofiar, wypróbowuje – wymyślone według naszych najlepszych intencji – systemy edukacyjne, normy rodzinne, czy organizacyjne”.


„Kopalnia dała piłki, dała trampki i było zajęcie”


Emerytowani górnicy, którzy z młodymi nie pracują, i kobiety pracę młodych „na biedaszybach” często uznają za wyznacznik ich niedorosłości: „Po prostu on nie chce dorosnąć, niektórzy nie chcą dorosnąć, niektórzy mężczyźni nie dorastają w ogóle! Nie mają żadnych obowiązków, żadnej odpowiedzialności, nic! Żyją, bo żyją. Ja mówię: żyjesz, bo jesteś ze mną, dopóki ja jestem. A jak mnie nie będzie, to będziesz wył”. Niedorosłość wiąże się z pewnym zawieszeniem, z brakiem miejsca, z niechęcią do wpasowania się w strukturę, która nadal organizuje życie starszych – w strukturę rodzinną („Może będzie chciał być sam” – może nie założy własnej rodziny). Zawieszenie wiąże się jednocześnie z silną zależnością: „Żyjesz, bo jesteś ze mną, dopóki ja jestem”. Czasem podkreśla się, że młodzi mogliby robić coś innego: „No, a przecież pracował w tym, w Jelczu-Laskowice, porządnie zarabiał… Mógłby ten… iść tam do pracy” – wtedy nie dostawałby jednak codziennej wypłaty „na rękę”. W mówieniu o młodych pojawia się też często kategoria zabawy, jakby związek między młodością a zabawą był oczywisty: „Oni nie mają zajęcia. Kiedyś na stadionie tu sportowym, jak się poszło do młodzików, 1200 chłopców kopało w piłkę. Kopalnia dała piłki, dała trampki i było zajęcie, był trener. A w tej chwili nie ma tego. No co te 1200 dzieci robi? Nie wiem, co robią. Był w domach kultury zespół akordeonistów, gitarzystów, i tam chodziło 700 dzieci na różne zajęcia tańca. Teraz tego nie ma. Co ci ludzie robią? Dyskoteki, po bramach, blokersi i tak dalej”. Jakoś wymyka się informacja o tym, że młodzi kopią – i to bynajmniej nie piłki dane przez kopalnię.

Młodzi stają się w wypowiedziach starszych nośnikiem bezładu i paradoksu, który pojawia się też w opisie świata po transformacji: nie mają zajęcia, ale coś – nie wiadomo, co – robią; opowiadają się przeciwko strukturze, popadają w konflikt z prawem, a jednocześnie są „na utrzymaniu”, są od struktury zależni. Jak napisał Roch Sulima, „kultura młodzieżowa, jako przestrzeń liminalności ideologicznej, to zarazem przyczółek Nowego, miejsce permanentnej zmiany. Stara to prawda, negacja jest potencją nowego, jest kreatywna”. Młodzi opowiadają o zamkniętym budynku kierownictwa kopalni bez sentymentu, ale z zaciekawieniem. Jeśli potraktować ich stosunek do „Belwederu” jako metaforę stosunku do tradycji górniczej, to da się zauważyć charakterystyczną liminalność. Młodzi trwają w zawieszeniu: pomiędzy szacunkiem do górnictwa i do swoich ojców („Jak kopalni by nie zamykali, ja też bym był górnikiem”) a chęcią odcięcia się od przeszłości (z rozmowy przeprowadzonej podczas barbórki: „– A gdzie jest Twój mundur górnika? – To jest mój mundur – skejtowski mundur!”). Przeszłość pozostawiła im w spadku zraniony świat, z którym współodczuwają („Trzeba sobie przyjść w nocy na Sobięcin, żeby zobaczyć, co górnicy robią. W kubłach grzebią i puszki zbierają”). Świat, który chcieliby „z ziemią zrównać, polem truskawek zasiać”. Świat, który teraz ma należeć do nich.


Tekst jest efektem mojego udziału w badaniach etnograficznych prowadzonych w Wałbrzychu i w Boguszowie-Gorcach w 2004 i w 2005 r. pod kierunkiem Tomasza Rakowskiego. Badania odbywały się w ramach warsztatów etnograficznych Instytutu Kultury Polskiej UW. W pracy cytuję materiały swoje i Krystyny Mogilnickiej (notatki terenowe, wywiady) oraz materiały Emila Zubelewicza, Zofii Mioduszewskiej, Doroty Murzynowskiej, Anny Szanciło, Ewy Wojsławowicz i Pauliny Wrocławskiej.

Weronika Plińska


Opcity:
Annegret Eckhardt, Autoagresja; Gryzelda Missalowa, Janina Schoënbrenner, Historia Polski; Tomasz Rakowski, Między zbieractwem a archeologią. Doświadczenia historii i teraźniejszości bezrobotnych górników wałbrzyskich („Kultura i Społeczeństwo”, 4/2007); Znieruchomiałe sady (studium jednego niepowodzenia) (w: Życie codzienne Polaków: na przełomie XX i XXI w., red. R. Sulima); Roch Sulima, Antropologia codzienności; O rytualnych formach komunikacji (Jak Polacy komunikują się poza polszczyzną?); Joanna Tokarska, Jerzy Wasilewski, Magdalena Zmysłowska, Śmierć jako organizator kultury („Etnografia Polska”, XXVI, 1982); Wojciech Tomasik, Inżynieria dusz. Literatura realizmu socjalistycznego w planie „propagandy monumentalnej”; http://zabrze.aplus.pl/zabrze%20pstrowski1n.html.

Artykuł pochodzi z czasopisma „(op.cit.,)” nr 1 (38) 2008

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
CO ZWIE SIĘ UNIWERSYTETEM?
CUD NIEPAMIĘCI
TRZECIE OKO

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt