Witryna Czasopism.pl

nr 18 (196)
z dnia 20 września 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

STUDIUM RIZOMATYCZNE

Wraz z końcem sierpnia przerwałem błogi, prowincjonalny i ogórkowy spokój wakacyjny, wybierając się do Łodzi po nową dawkę prasy oraz świeży zastrzyk przyjacielskich i kulturalnych doznań. Nic nie wskazywało jeszcze wtedy, że zadzierzgnięte w sierpniu metafizyczne zapętlenie (stąd brzydki – ale innego nie mam pod ręką – deleuzjański termin ‘rizomatyczne’) znajdzie swe głębsze i bardziej melancholijne przedłużenie. Przedłużenie, w którym wszystko pomieszało się ze wszystkim, przeplatając – w myśl ewangelicznych pouczeń – stare z nowym i nowe ze starym.

„Studium” nr 2/2007 lokuje się niejako w centrum owego zagęszczenia. Na metafizyczne kłębowisko podrygujące w moim wnętrzu nałożyło własne kłącze, pulsujące odmiennością poetyckich języków, innością światów, różnorodnością barwnych palet. Zastanawiając się dziś na tym fenomenem, czuję ogarniającą mnie konfuzję. Albowiem zupełnie nie wiem, jak rozwiązać ów poplątany węzeł. Jak podzielić się wyniesionymi z lektury przeżyciami. Jak nie pomieszać tłoczących się we mnie światów. Choć, z drugiej strony, może właśnie nie należy ich rozdzielać?


***


Patrzę na zdjęcie. „Takich fotografii jest multum: ona i ona, on i on, on i ona, on, ona i ono, ono i ona i tak dalej, und so weiter (…). Są do siebie podobne, pewnie babka z wnuczką. Ciemne tęczówki pod ciężkimi powiekami i kult warkocza” [J. Dehnel, Pompony]. Siedzą przy stoliku przystrojonym serwetą z nieco mieszczańskimi (?), choć może i rustykalnymi (?), pomponami. „Dalej fotel obity kwiecistą materią, rzeźbiony gerydonik po lewej, po prawej posępna donica z palmą (…), gipsowa figurka na cokole”. Moje oczy błądzą po lekko spłowiałej, jakby w sepii, fotografii. Powoli przechodzą na sąsiednią stronę, na której napotykają miłą twarz młodzieńca w cylindrze, z szalem zawiniętym pod złamanymi rogami koszulowego kołnierza. Mógłbym spotykać go co dzień, mówię do siebie. Zawieszać na nim wzrok. Kontemplować i smakować, mijając wśród ciżby ukrytych w zaułkach Pragi duchów. Szukać jego wzroku na zalanym słońcem tarasach Kolovratskiej Zahrady. Wreszcie, chłonąć zapach wody kolońskiej tak, jak chłonie się wiatr i zapach róż w strachowskim rosarium na szczycie Petřinu. Opuszczam wzrok, wracam powoli do przerwanej lektury. Babka z wnuczką stają się znów bardziej wyraźne. „Schyłkowa”, francuska dykcja Jacka Dehnela odziewa je w skórę, buduje kościec, tajemniczo odsyła do ksiąg. Jak mgnienie pokusy? Wzrok spotyka się z bielą „światła”, pod którą nie ma już fotografii ni babki z wnuczką, ni samego Dehnela w cylindrze. Oko spotyka kolejny tekst [Forkes & Forkes…]. Przerysowany. Jakby pusty. Opowiadający niepotrzebną opowieść o niepotrzebnym wizerunku, reprodukowanym stronę dalej. Myślę… Nagłe porozumienie, a wcale nieczęste, zbudowane między mną a autorem, jakby znika, rzednieje. Pozostaje tylko enfant terrible. Okropne dziecko-dandys, wskrzeszające (po Baudelairze, po Rimbaudzie) figurę dekadenta. Tak już pustą, wyświechtaną, nieprzystającą. Niepotrzebną?


***


Artur Rojek zawodzi Historię jednej znajomości…. Któraś z mych Muz przechadza się właśnie po nie złotym już piasku plaży. Któraś pieści dłonią aksamit na kolejną suknię. Przerzucam powoli kartki „Studium”. Trafiam na podkreślony wcześniej fragment wiersza. Piotr Matywiecki pisze w nim: „Chciałbym jak wtedy/ nazywać rzeczy i zdarzenia/ po prostu pięknymi.” Wbrew temu, że „dzisiejsze/ wiersze i powieści/ są bezludne/ i celne” (P. Matywiecki, ***). Ogarniam cały tekst, dosłuchując się niekiedy dalekich ech Paula Celana. Wiersz jak skalpel kaleczy moje ciało, rani emocje. Precyzyjnie wprawia w zadumę. Znów przerzucam kartki, tym razem nieco spieszniej. Wracam do wywiadu, jakiego „Studium” udzielił przywołany przed chwilą poeta [Obowiązek radykalnej odwagi]. Wywiadu potężnego w wymowie. Husserl krzyżuje tam szpady z Lévinasem, a żyd z chrześcijaninem. Przemyka w nim cień Wittgensteina, zjawia się Julia Hartwig. Ateizm przygotowuje do wiary cichej, głębokiej, osobistej. Czuję się poruszony. Jak dobrze, że można jeszcze tak mówić. Jak dobrze, że można jeszcze tak myśleć. Wsłuchuję się w echa pytań i reperkusje odpowiedzi. W gadamerowską rozmowę otwierającą na to, co prawdziwe. Odsłaniającą twarz-bez-twarzy (bo poeta ciągle się tworzy w piśmie i w piśmie się dekomponuje). Tożsamość bez tożsamości. By to zrozumieć, można zawędrować w deszczowy dzień na trójmiejską plażę. Dać ponieść się szumiącym falom i kroplom deszczu na twarzy. Można też, po „heglowsku”, skonfrontować się z antytezą. Choćby z zapisaną w „Krytyce Politycznej” rozmową Sierakowskiego z Sikorskim, gdzie nie ma nic prócz pozy i zarozumiałości.


***


Anderszewski gra Szymanowskiego. Biorąc rzecz ściśle – gra Szeherezadę, pierwszą spośród Masek op. 34. Napotykam w „Studium” na wiersze Przemysława Owczarka [Mnemosyne i Głębiny]. Ich chtoniczny, materialistyczny i ornitologiczny oręż nakłada się na chrzęszczące frazy (à la Debussy) fortepianu. Poezja (wyłączając mniej udaną Elektrownię) wrażliwa na przyrodę, nieco romantyczna. Ciekawe, co myśli o (nomen omen) Owczarku krowa w zielone łaty z kwiatkiem za uchem, przyglądająca się nam z okładki pisma.


***


Po raz kolejny nie umiem zrozumieć fenomenu Darka Foksa [por. jego wiersze]. Nie pojmuję też kazusu mojego krajana, Tadeusza Zawadowskiego. Mile przystaje mi się za to przy Ewie Sonnenberg (i tu: jak zwykle) czy przy eleganckim studium Pauliny Małochleb [Czechy pod specjalnym nadzorem], w którym omawia Gottland Mariusza Szczygła. Zaiste, piękna to książka. Napisana spokojną, nieco ażurową frazą. Subtelnie prezentująca historie, które mają i posmak groteski, i ciemne barwy najprawdziwszej z prawdziwych tragedii. Omówienie zaś stonowane. Lekkie w dykcji (jak stopy nietzscheańskiego Zarathusztry) i nieprzegadane. Małochleb udatnie wydobywa najważniejsze punkty książki, nie wyręcza też czytelnika w lekturze.


***


Kłącze ma to do siebie, że nie ma centrum. I rozrasta się w gęstniejący świat polifonicznych idiolektów, światopoglądów, światoobrazów. Tworzy węzeł, którego nie umiem jednak rozwiązać. Nie umiem, ale i nie chcę. Wielogłosowość pulsów, dających wysłuchać się w „Studium”, stanowi rękojmię, że nie raz jeszcze będę do niego wracał. Stanowi rękojmię, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie.

Marcin M. Bogusławski

Omawiane pisma: „Studium”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
OSOBY, MASKI I JEDNO WAŻNE WIDMO
Wolałbym sprzedać ten tekst za milion papieru
FOTOGRAFIE BUSZY

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt