Witryna Czasopism.pl

nr 1-2 (154-155)
z dnia 12 stycznia 2006
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

NIE TYLKO DLA CHRZEŚCIJAN

Z bajek się wyrasta po to, by do nich dorosnąć – stwierdzenie niby banalne, ale potwierdza się z każdym powrotem do dziecięcych lektur. Chcąc przygotować się na zmasowany atak krytyków, którzy w związku z premierą filmowej adaptacji Lwa, czarownicy i starej szafy z jednej strony będą pisać o zachowaniu wierności literackiemu oryginałowi nie tylko pod względem treści, ale i tzw. ducha, a z drugiej – zarzucać znaczące odejście czy spłycenie przesłania, po dobrych kilkunastu latach wróciłam do Narnii. Powrót na szczęście nie okazał się bolesny, czasowy dystans i perspektywa dorosłego pozwoliły za to w pierwszej części sagi C.S. Lewisa dostrzec rzeczy mniej istotne dla dziecięcego czytelnika. I kazały mi z ciekawością oczekiwać na film – a pierwsze głosy na jego temat zaostrzyły mi apetyt.

Lew, czarownica i stara szafa to jedna z najbardziej oczekiwanych premier tego roku, nic więc dziwnego, że prasa branżowa – i nie tylko – poświęca jej sporo miejsca, czego przykładem jest styczniowy „Film” (1/2006) i tekst Marcina Prokopa Opowieści z szafy. Czy rzeczywiście rację mają złośliwcy, nazywając pierwszą część Opowieści z Narnii czwartą częścią Władcy Pierścieni? Oczywiście, co zresztą podkreśla autor, podobieństw jest wiele: mamy bowiem dwie adaptacje powieści fantasy, na dodatek autorami pierwowzorów literackich są zaprzyjaźnieni ze sobą uniwersyteccy profesorowie, a za kamerami stanęli Nowozelandczycy: Peter Jackson i Andrew Adamson (skądinąd twórca Shreka). W przypadku obu utworów mamy do czynienia z walką dobra ze złem, a obsada opiera się na mniej znanych aktorach. I, rzecz jasna, mamy do czynienia z kosztownymi, pełnymi efektów specjalnych superprodukcjami. Ten aspekt techniczny to jednak zaleta, a nie wada, bo dzięki blue boksom i innym komputerowym trikom udało się na ekranie stworzyć – czy raczej unaocznić – świat zrodzony w wyobraźni nobliwych naukowców, co niemożliwe było za ich życia. Przy okazji premiery Lwa, czarownicy i starej szafy upubliczniono list Lewisa do BBC, w którym obok pochwał dla radiowej adaptacji wyrażał niezgodę na telewizyjną. Jakkolwiek niektórzy traktują jego słowa jako sprzeciw wobec ekranizacji Opowieści z Narnii w ogóle, rację raczej mają ci, którzy twierdzą, że pisarzowi nie odpowiadały ówczesne konwencje, zgodnie z którymi Aslana grałby człowiek w jakimś futropodobnym kostiumie, co zapewne w efekcie przypominałoby „człowiekopodobnego” Lwa z Czarnoksiężnika z krainy Oz, tyle że tam owo podobieństwo było usprawiedliwione, a tutaj stałoby się niezamierzoną karykaturą szlachetnego bohatera literackiego. Wydaje się, że gdyby C.S. Lewis znał techniczne możliwości współczesnego kina, zgodziłby się na ekranizację sagi, bo dzięki temu jego opowieści znajdą większą publiczność. A na tym chyba też mu zależało, zwłaszcza ze względu na ich drugie dno.

C.S. Lewis to jeden z największych pisarzy chrześcijańskich, choć jego duchowa droga nie była prosta: urodzony w Belfaście, w rodzinie protestanckich unionistów, jeszcze jako nastolatek stracił wiarę. Odzyskał ją już jako dojrzały mężczyzna, dzięki rozmowie z członkami oksfordzkiego klubu The Inklings – Hugonem Dysonem, a przede wszystkim J.R.R. Tolkienem. Panowie rozmawiali o mitach, które według Lewisa, choć potężne, nie mówią prawdy, z czym nie zgadzał się katolik Tolkien, tłumacząc, że są one odbiciem tego prawdziwego, opowieści o Bogu, który stał się człowiekiem. I to Bóg dał człowiekowi wyobraźnię i talent, dzięki czemu można opowiadać własne historie będące odbiciem prawdziwego mitu. Ta rozmowa pozwoliła Lewisowi pogodzić wiarę – z założenia raczej intuicyjną – z racjonalizmem naukowca i stać się autorem książek religijnych.

Ów religijny podtekst w napisanym w roku 1950 Lwie, czarownicy i starej szafie (ostatni tom cyklu, nomen omen Ostatnia bitwa, ukazał się sześć lat później) zdecydowanie bardziej czytelny jest dla dorosłych: kilkanaście lat temu z pewnością nie widziałabym w Aslanie, jego ofierze i zmartwychwstaniu tak wyraźnego podobieństwa do Chrystusa. I mówi się o nim także w przypadku adaptacji – z wielu powodów. Realizacja kosztownej produkcji możliwa była nie tylko dzięki sukcesowi trylogii Jacksona czy cyklu o Harrym Potterze, ale i Pasji Mela Gibsona. A także powstaniu firmy Walden Media, założonej przez konserwatywnych biznesmenów w celu popierania projektów filmowych zgodnych z etyką chrześcijańską. Pomysłem jej prezesa, jak pisze Marcin Prokop, było równoczesne opublikowanie dwóch soundtracków: jeden zawiera piosenki prochrześcijańskie, drugi popowe. Sam reżyser nie mówi wprost o chrześcijańskim przesłaniu filmu, pozostawiając interpretację widzowi. A tu głosy są różne, np. w tym samym numerze Wojtek Kałużyński w swojej recenzji pisze, że owego drugiego dna brak, a w pierwszej tegorocznej „Polityce” Adam Szostkiewicz w bardzo interesującym eseju (Witajcie w Narnii) przekonuje, iż film Adamsona wyraźnie idzie tym tropem.

Szostkiewicz jednocześnie zastrzega, że film nie jest narzędziem jakiejś krucjaty ewangelizacyjnej i jakkolwiek chrześcijanin może w nim zobaczyć historię o Jezusie, to i niechrześcijaninowi może się spodobać. Walka dobra i zła, problem winy i kary, zdrada i wybaczenie – to wątki uniwersalne, funkcjonujące w każdej kulturze. I każdej baśni – Lew, czarownica i stara szafa to przecież przede wszystkim filmowa baśń, zrealizowana z szacunkiem dla literackiego oryginału (choć pewne elementy dodano, m.in. wstępną sekwencję bombardowania Londynu – to właśnie naloty stały się przyczyną wysłania rodzeństwa Pevensie na wieś, do domu ekscentrycznego profesora Kirke’a, o kontekście wojennym przypomina też koncepcja Białej Czarownicy: zgodnie z sugestią grającej ją Tildy Swinton przypomina germańską boginię, zimną nordycką piękność) i jako taką można ją oglądać, w miarę możliwości puszczając mimo uszu marketingowe etykiety w rodzaju „połączenie Władcy Pierścieni, Harry’ego Pottera i Biblii”. W końcu taka szafa jest tylko jedna i choć pewnie po powrocie z kina w naszej nie odnajdziemy przejścia do Narnii, to przynajmniej przez trzy godziny pobędziemy w innej rzeczywistości. I będziemy mogli bezwstydnie stać się znowu dziećmi albo chociaż spróbować nimi pobyć, zanim głos naszego odpowiednika pani MacReady nie sprowadzi nas z powrotem do krainy dorosłych, która niestety, czasami mentalnie przypomina Narnię pod rządami Białej Czarownicy. I czekać na Aslana.

Katarzyna Wajda

Omawiane pisma: „Film”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
MUZYKA I OKLASKI, CZYLI JAK TO SIĘ ROBI W FILHAROMONII
INNE ARTYKUŁY O FILMIE DOKUMENTALNYM -->
EXIT, ENTER

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt