Witryna Czasopism.pl

Nr 21 (138)
z dnia 22 lipca 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

CZCIONKA, PASZPORT I MONOPOL

Nowa „Res Publica Nowa” (2005, nr 3) przynosi, poza wszystkim innym, trzy teksty, nad którymi chciałbym się tutaj zatrzymać. Ale zanim co – wykonajmy montażowe cięcie i cofnijmy się do listopada roku 2000. Wtedy to na łamach tejże „Res Publiki” Michał Paweł Markowski zastanawiał się, co to znaczy czytać. O ile mnie pamięć nie myli, Markowski przypominał, że czytanie to nie tylko przebieganie wzrokiem po linijkach tekstu, ale też wszystko to, co w tym czasie dzieje się z czytającym; a więc, dla przykładu: burczenie w brzuchu i sytość, odczuwanie miłego zapachu dochodzącego z kuchni i niemiłego dochodzącego z toalety, senność i chwile pobudzenia, dekoncentracja i wypieki na twarzy jako efekt koncentracji zupełnej. Dziś, prawie pięć lat po publikacji artykułu Co to znaczy czytać? tezy w nim zawarte nie tracą na świeżości. Nie idzie tylko o to, że i obecnie, czytając, czujemy, jak placek dojrzewa w piekarniku bądź jak się z wolna przypala. Istotniejsze jest stwierdzenie faktu, że czytanie stale odbywa się w jakichś okolicznościach (mądry człowiek Stanley Fish mówi, że ten, kto czyta, nieustannie jest w jakiejś sytuacji i zawsze czyta w jakimś celu).

Jednym z uwarunkowań lektury – bardziej zewnętrznym wobec samego czytelnika niż np. stan jego żołądka lub nosa – jest wygląd tekstu (pojętego w tym miejscu materialnie). Nie jest przecież tak, że nasz umysł tajemniczo wchłania treść wprost z kartki – wpierw tekst musi być zobaczony, a potem jako tekst zinterpretowany. Mowa tu o sposobie wizualnego uformowania liter, czyli czcionce, i całej reszcie typografii. Rzecz można wyjaśnić poprzez odwołanie do rękopisów średniowiecznych: te zmurszałe bazgroły trudno wziąć za coś do czytania. Druk przyszedł nam na ratunek i umożliwił zaistnienie m.in. „Res Publiki Nowej”. Czasopismo to byłoby świetną wizytówką zakładu Jana Gutenberga: niejeden zecer (prawdziwych zecerów już nie ma, lecz wciąż brzmi to lepiej od komputerowego „składacza”) chciałby znaleźć się w stopce redakcyjnej „Res Publiki”. Z pięknem omawianego kwartalnika może konkurować jedynie wdzięk miesięcznika „Znak” i angielski szyk tygodnika „Spectator” („Literatura na świecie” też trzyma się w tej lidze). Każde wydanie tych periodyków to małe dzieło sztuki wizualnej. Niekiedy zdarza mi się wyłącznie podziwiać ich wygląd, bez chwytania treści. Treść jest jednakowoż najważniejsza, teraz więc skupmy się na niej.

Na początek Choroba paszportowa Marka Bieńczyka. Autor dokonuje tu odkrywczego rekonesansu sytuacji pisarzy romantycznych. Kto by pomyślał, że oprócz języka, który pozwoliłby im wyrazić sytuację człowieka nowożytnego, wieszczom sen z powiek spędzał kawałek urzędowego papieru! Choć nie do końca był to tylko kawałek: paszporty romantyków, jak pisze Bieńczyk, to pokaźne płachty, których przechowywanie wymagało specjalnych utensyliów. Duże czy nie – trudno było je uzyskać. Zaś zasady celne układały się wtedy całkiem inaczej niż dziś. Gdybym był Polakiem z pierwszej połowy XIX wieku i, chcąc wyjechać za granicę, zabrał się za lekturę eseju Bieńczyka („Res Publica Nowa” nie była wtedy czytywana, bo nie miała jeszcze okazji zaistnieć, ale tryb przypuszczający pozwala na rozkosze nieprawdopodobieństwa), pewnie w ogóle nie przekroczyłbym progu swojego domu, przerażony. Granice, zatrzęsienie konsulatów i poselstw, ogrom listów polecających i dni spędzonych w napięciu – to by wystarczyło, żebym pokochał los członka narodu uciśnionego i został u siebie. Mamy jednak wiek XXI i członkostwo w Unii Europejskiej, dzięki czemu podróżni mniej już się lękąją, dla przykładu Wielką Brytanię odwiedzając tłumnie i na długo. Choroba paszportowa, kiedyś epidemia (tak w XIX wieku, jak w PRL-u), obecnie staje się passé i uroczo dogorywa. Miejmy nadzieję, że na dłużej zadomowi się tylko we wspomnieniach i na łamach czasopism z dziedziny humanistyki.

W „respublikańskim” przeglądzie prasy Marcin Król zajmuje się dwoma tekstami z zagranicznego „Wilson Quarterly”, naświetlającymi fakt, że „we wszystkich społeczeństwach są ludzie mniej i bardziej inteligentni”. Król dochodzi do mądrego wniosku: pisze, że „nie wszyscy muszą wiedzieć wszystko”, że „ludzie z mniejszym IQ także mogą być szczęśliwi” i wreszcie że „niekoniecznie jedni są lepsi, a drudzy gorsi, lecz ludzie są po prostu różni” (polemizowałbym z tym „po prostu”, bo różnice między ludźmi mają całkiem nieproste następstwa, ale myślę też, że autor zamierzał potwierdzić ewidentność różnic, o których mowa, z czym się zgadzam). Król nie zrównuje wszystkich, czyniąc np. z głupków geniuszy, mówi tylko, że głupek i geniusz nie muszą sobie wzajemnie zawadzać, a nawet mogą się bardzo lubić (i do tego powinniśmy dążyć – my, lotni, i my, mniej lotni; wydaje się, że współczesny model demokracji to m.in. owocne współżycie głupka i geniusza). Tylko jak poznać, kto lotny, a kto nie? Takiej recepty artykuł Króla nie zawiera, przeto wnoszę, że autorowi (jak i większości z nas) segregacja ludzi stanowczo się przejadła.

Przy końcu każdego wydania „Res Publiki” jest dział Szkoła eseju, który bardzo sobie cenię. Tym razem redakcja wypełniła go pracą Friedricha Dürrenmatta pt. Śmierć Sokratesa. Po każdej dobrej imprezie można usłyszeć przynajmniej kilka wersji wydarzeń, jakie miały miejsce w jej trakcie – podobnie jest z wypadkami z życia Sokratesa, który sam ich nie spisywał, a szkoda, gdyż – według słów Dürrenmatta – miał mocną głowę, więc pewnie wszystko pamiętał. Historię Sokratesa przekazał nam Platon, nie znaczy to jednak, że uwierzyliśmy w ostateczność jego wersji. Dürrenmatt proponuje wydanie zupełnie nowej opowieści o tym, jak to było z odejściem Sokratesa – nie wiemy, z której ręki ją wziął (nie z pierwszej, nie z drugiej… o bezpośredniość w tym wypadku trudno, gdyż nawet sam Platon nie towarzyszył ostatnim chwilom swojego nauczyciela); najpewniej wziął ją po prostu z głowy, czyli z niczego. Autorowi Fedona nieźle się tu dostaje, co sprawia, że w czasie czytania nie sposób powstrzymać się od złośliwego uśmieszku – wreszcie ktoś odebrał Platonowi monopol na Sokratesa. Wyraz „monopol” nie pojawia się w tym miejscu przypadkowo.

Maciej Stroiński

Omawiane pisma: „ResPublica Nowa”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
ŹLE JEST…
MIĘDZY SZALEŃSTWEM A TERAPIĄ
BO INACZEJ NIE UMI…

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt