Witryna Czasopism.pl

Nr 18 (135)
z dnia 22 czerwca 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

GALERIA KRYTYKI

Zawsze chętnie sięgam po numery czasopism poświęcone krytyce literackiej, aby dowiedzieć się, co w branżowym światku piszczy, a właściwie – popiskuje. Tak właśnie, bo głos krytyki coraz słabowitszy, już ledwie słyszalny. Krytyka znajduje się w sytuacji interesującej, choć nieciekawej: ma się tak źle, że chyba może być już tylko lepiej – tu należałoby dodać truizm o odbijaniu się od dna… Co takiego się dzieje? Głos krytyków prawie całkowicie przestał znaczyć; wystarczy policzyć, ilu czynnych krytyków zasiada w jury różnych szacownych nagród literackich. Mimo wstępnych prób, które wyglądały nawet obiecująco, wciąż jeszcze nie został do końca przemyślany i określony stosunek krytyków do mass mediów, co w konsekwencji prowadzi do bratobójczych (a w moim odczuciu najczęściej absurdalnych) polemik, w których krytycy z zapałem równym naszym politykom lustrują się, badając, kto jest bardziej „umoczony” we współpracę z mediami. I wreszcie – to niepokoi mnie najbardziej – nie widać „młodych wilków” (szczególnie jeśli chodzi o krytykę prozy), którzy chcieliby zająć miejsce Czapińskiego, Nowackiego czy Uniłowskiego. Czyżby uprawianie krytyki przestało być w ogóle jakąkolwiek atrakcją?

Dobrze, koniec narzekań, które w gruncie rzeczy miały być jedynie wstępem do omówienia numeru „LiteRacji” (2005, nr 1) poświęconego właśnie krytyce. Miałem nadzieję, że redaktorzy warszawskiego pisma, młodzi, zadziorni i mający pewne ambicje programotwórcze, pokuszą się o skomentowanie kryzysowej sytuacji krytyki. Tak się jednak nie stało, poszli zupełnie inną drogą, a właściwie – bezdrożem. Chyba zabrakło redaktorom pomysłu na ten numer, o czym świadczy chociażby rozmowa redakcyjna (Literacje dyskutują o krytyce z udziałem Marii Cyranowicz, Pawła Kozioła i Pawła Uszyńskiego), grzęznąca w gąszczu niezbyt interesujących dygresji. Znamienne jest jednak, że w tej dyskusji Kozioł dopomina się o „krytykę tendencyjną” (sic!), choć właściwie miał chyba na myśli krytykę wyrazistą, wywiedzioną z jasnych przesłanek i przemawiającą mocnym głosem. Komponując numer, redaktorzy „LiteRacji” postawili przede wszystkim na portretowanie wyrazistych osobowości krytycznoliterackich. W numerze znalazła się galeria krytyków nazwana nieco pompatycznie Portrety Krytyków Polskich. Sportretowani zostali: Jarosław Klejnocki (tekst Joanny Mueller Cóż hermeneucie po świecie marnym), Wojciech Wencel (Jakub Beczek, Wojciech Wencel. Projekt krytyki inkwizytorskiej), Karol Maliszewski (Uszyński, Pan Karol (ten od poezji)), Przemysław Czapliński (Sylwia Omiotek, Cień orła), Piotr Śliwinski (Ewelina Hajdera, Przygody z krytyką Śliwińskiego), Dariusz Nowacki (Żaneta Nalewajk, Z(a)wód: czytelnik) i Maria Cyranowicz (Hajdera, Krytyka poezji – poezja krytyki). Może nie ma większego sensu dopominać się o nieobecnych, ale w tej galerii zdecydowanie zabrakło mi Krzysztofa Uniłowskiego, któremu przecież wyrazistości wcale nie brakuje. Oprócz wymienionych przeze mnie szkiców portretowych w „LiteRacjach” znalazł się między innymi obszerny wywiad z Czaplińskim (O krytyce, kryteriach i językowej dywersyfikacji) oraz szkic Klejnockiego Kultura w szponach polityki, będący zmienioną wersją tekstu W szponach profitariatu („Krytyka Polityczna” 2003, nr 4).

Czapliński w wywiadzie powtarza wiele tez ze swoich książek, ale też rzuca kilka wartych przemyślenia uwag dotyczących powinności krytyka. Poznański badacz stwierdza: „Krytykowi, jak sądzę, nie wolno osłabiać w czytelniku woli czytania”, a nieco dalej – „Żadne dzieło nie zasługuje na przemilczenie. Nawet to, które powszechnie bywa zaliczane do literatury trywialnej. Sądzę, że cenniejsze jest wnikliwa lektura Harlequina, niż pobieżne czytanie Prousta”. W tych sądach przejawia się ogromny szacunek i do literatury, i do jej odbiorców. Problemem tylko jest, co krytyk ma zrobić z ewidentnie złą literaturą. Czy nie wolno mi osłabiać woli czytania złej literatury? Czy nie wolno mi ostrzegać czytelników przed złą literaturą, nawet wtedy, gdy ryzykuję, że w ogóle zniechęcę ludzi do czytania? Oczywiście – tu pełna zgoda – robota krytycznoliteracka wymaga ostrożności i odpowiedzialności, ale – tu będę się upierał – polega również na odsiewaniu ziarna od plew; szczególnie teraz, kiedy co druga trafiająca do mnie proza jest po prostu nie do czytania. Moim zdaniem powinniśmy przede wszystkim wzmacniać w czytelnikach wolę czytania dobrej literatury.

Warto wczytać się w tekst Klejnockiego pełen ostrych, gorzkich i zdecydowanych twierdzeń; zachęcam do tego, chociaż nie ze wszystkimi rozpoznaniami tam zawartymi jestem w stanie się zgodzić (dziwię się swoją drogą, że ten szkic nie wywołał jak dotąd żywszej wymiany zdań; to chyba kolejny dowód na pogrążanie się całej branży w marazmie). Zdaniem Klejnockiego kultura jest w szponach „systemu” albo „układu”: „O czym mowa? O profitariacie – czyli, właśnie specyficznym – zamkniętym i spetryfikowanym – porządku wpływów, porządku hierarchicznym w kulturze, który jest ufundowany na lobbingu i klientelizmie, a udatnie ujawniającym się poprzez felietonowy dyskurs w mediach”. Z „układu” ciągną profity duże media, wydawnictwa i ich „klienci”, traci na nim sama kultura. To porażający obrazek, ale jednak chyba przerysowany. Może Klejnocki uzna mnie za naiwnego, ale tam, gdzie autor szkicu dostrzega złowieszczy „system”, ja widzę jedynie brak systemu, profesjonalizmu, pomysłu i chęci ludzi ze światka kultury i okolic. Ograniczę się do przykładów z działki literackiej. Podejrzane ruchy mediów – poza ewidentnymi nadużyciami, które zdarzają się w każdej sferze życia publicznego – wynikają w dużym stopniu z tego, że nie mają one pomysłu na prezentowanie literatury i traktują ją po macoszemu (jako „gorszy news”). Chociaż ostatnio sytuacja się nieco poprawia, co potwierdzają nowe programy o książkach w telewizji (również w komercyjnej). Wydawcy zamiast samemu poszukiwać i promować nowych pisarzy, idą na łatwiznę i podkupują sobie już uznanych. Pisarze nie mają agentów, którzy dbaliby o ich interesy, co sprawia, że na książkach zarabiają wszyscy oprócz tych, którzy je piszą. Tę wyliczankę można ciągnąć jeszcze długo. Problemem nie jest wcale złowieszczy „system”, ale brak jasnych standardów funkcjonowania kultury w Polsce (także jako gałęzi rynku). A gdy nie ma takowych, zaczynają się podejrzenia.

Nie chcę kończyć ponurym akcentem, więc zwrócę uwagę na jeszcze jeden materiał z „LiteRacji”, czyli wywiad z Andrzejem Sosnowskim (Łzy w oczach nie przesłonią liter). Sosnowski postrzegany jest zazwyczaj jako poeta całkowicie zamknięty w „tekstowym świecie”, a w tym akurat wywiadzie mówi dużo i ciekawie o sobie oraz – by tak rzec – egzystencjalnych kontekstach swojej poezji. Warto się temu przyjrzeć.

Robert Ostaszewski

Omawiane pisma: „LiteRacje”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
Rutynowe działania pism fotograficznych
UWIERZCIE W LITERATURĘ!
PIĘĆ PO DWUNASTEJ

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt