Witryna Czasopism.pl

Nr 12 (129)
z dnia 22 kwietnia 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

TURYSTA AUTENTYCZNY

Tak się składa, że, pisząc te słowa, leżę na dywanie i prostuję nadwerężony kark – czytając to i owo, pilnuję mieszkania pewnego podróżnika, który dwa miesiące temu wyruszył do Ameryki Południowej w poszukiwaniu plemion indiańskich mieszkających na drzewach… Tak przynajmniej twierdził, a ja mu wierzę.

Nie wiem, czy je odnalazł, zastanawiam się jednak, co kazało mu opuścić domowe pielesze i wśród oparów tropikalnych lasów oraz kąsających insektów wielkości polskiej, szarej myszy wiosłować przez dziesięć godzin dziennie w górę rzeki wypełnionej stadami krwiożerczych piranii. Marzenia?

Właśnie, czy te z dzieciństwa, powstałe, gdy młoda wyobraźnia karmiona przygodami Tomka na Antypodach generowała sny o wyprawach w nieznane, nie są udziałem wielu... zwłaszcza tych, dzięki którym turystka znajduje się dziś w stadium gwałtownego rozwoju? Co bowiem sprzedają biura turystyczne? Piaski Egiptu? Plaże wysp egzotycznych? Słońce Hiszpanii? Podstawowe prawo reklamy mówi, że nie sprzedaje się towaru czy usługi, ale właśnie marzenia.

Przede mną ostatni numer „Kultury Popularnej” (1/2005). Na okładce, prócz muskularnego chippendalesa, widać mapę i zwiastujący temat numeru napis My, turyści. Kiedy patrzę na okładkę, przypomina mi się artykuł Jeana Baudrillarda Precesja symulakrów. Autor przywołuje w nim opowiadanie Jorge’a Luisa Borgesa, w którym kartografowie wpadają na szalony pomysł rozrysowania mapy Cesarstwa w skali 1:1. Mapa, „rozpadająca się jak padlina”, oddaje charakter popadającego w ruinę Cesarstwa. Rzecz dotyczy autentyczności.

Podobnie – o autentyczność chodzi w doświadczeniu, którego podstawą są, być może, nasze młodzieńcze marzenia o spotkaniu z nieznanym. Poszukujący jej turysta wpada w pułapkę rzeczywistości generowanej przez biuro podróży, przy czym zjawisko, którego staje się uczestnikiem, to już nawet nie przemysł turystyczny. „Dzisiaj mamy do czynienia z globalnie planowaną i równie globalnie realizowaną instytucjonalną działalnością promowania podróżowania jako doświadczenia, które da się kupić” – stwierdza Wojciech Burszta (Turyzm). Turysta oczywiście chce być oszukiwany, bo to wygodne. Za stosunkowo niewielką cenę turystyczna kultura konsumpcyjna oferuje mu rzecz bezcenną – przyjemność przeżycia.

O charakterze przeżyć generowanych przez przemysł turystyczny pisze w numerze Maciek Żakowski (Argonauci zachodniej klasy średniej). Na ten sam temat wypowiadają się również Ewa Klekot i Anna Wieczorkowska (Turystyka i autentyczność).

Żakowski zwraca uwagę na zwrot, który dokonał się w „krótkiej historii masowej turystyki”. Początkowe poszukiwanie typowości: „oto typowa chata tubylców, oto dokładne miejsce, gdzie zginął wódz” zostało wyparte przez pragnienie dotarcia do prawdziwego świata i prawdziwego życia. Zwiedzanie skansenów, muzeów – jawnie spreparowanych dla potrzeb turystyki – zastąpiła obserwacja teraźniejszości społeczności lokalnych. Dochodzi do paradoksu. Pragnienie autentyzmu powoduje zwiększenie poziomu iluzji: „Kolejne »głębsze« stadia doświadczenia ulegają mistyfikacji w podobny sposób, jak wcześniej dekoracja”. To przemożne pragnienie zaglądania za kulisy życia uruchamia proces, którego kolejnym etapem będzie odkrywanie kulisów kulis, a ostatnim (równoznacznym ze śmiercią turystyki?) dotarcie do miejsca, w którym „tubylcy zmieniają dżinsy i kolorowe podkoszulki z nadrukowanymi nazwami amerykańskich drużyn baseballowych na tradycyjne ludowe stroje”.

Podejmujące temat autentyczności Wieczorkiewicz i Klekot, akcentują co innego. Zwracają uwagę na istnienie w turystyce „tonu wyższości”. Jak podają, podróżowanie od początku związane było ze statusem społecznym, przynależnością do elity. Odbycie Grand tour pozwalało wejść do kręgu elitarnego. Tym, co we współczesnej postaci turystyki nobilituje, jest autentyczność doświadczenia. Dlatego też pojęcie turysty nabrało znaczenia pejoratywnego. Turysta jest odbierany jako pasywny uczestnik „pseudorzeczywistości” (w tym momencie z dumą myślę o znajomym, prawdziwym podróżniku, zmagającym się z prawdziwymi przeciwnościami losu, w prawdziwej dżungli wśród prawdziwych Indian). Słowa: backpacker, podróżnik również funkcjonują opatrzone w stereotypy: „Backpackerzy podkreślają, że nie są turystami, podróżnicy podkreślają, że nie są backpackerami, rozróżnienia się mnożą…” Autentyczność jest czynnikiem wprowadzającym hierarchię, ale nie tylko, ujawnia także „wartościowanie oparte na sądzie smaku”, jest kwestią wyboru. I tak na przykład backpackerzy stronią od muzeów jako miejsc będących touristy i w pogardzie dla zwiedzaczy skansenów poszukują jakiejś odległej wioski z tubylcami.

Nasuwa się refleksja, czy w poszukiwaniu autentyzmu i dobrego smaku nie dojdzie wkrótce do kolejnego przewartościowania i czy w związku z tym oglądanie „martwych” eksponatów nie stanie się tą najbardziej wysmakowaną formą turystyki; będzie ona jedyną autentyczną, gdyż bezczelnie jawna w swojej nieautentyczności, pozwoli zachować zasadę rzeczywistości.

Pozostaje kwestia samych społeczności, obiektów kultury atakowanych przez najazdy turystycznych pielgrzymek. Czy można je w jakiś sposób ocalić? Szaloną koncepcję znalazłam w przeczytanym niedawno tekście Wolfganga Welsha Estetyka i anestetyka, jednak, co zaznacza autor, ma ona rację bytu pod warunkiem, że ludzie przestaliby odczuwać różnicę między symulakrum a rzeczywistością. Myśl jest taka: „Proszę sobie wyobrazić: każda rodzina otrzymałaby telekomunikacyjny dostęp do całości atrakcji turystycznych na świecie […]. Skutki byłyby rzecz jasna fantastyczne: nieograniczona konsumpcja ogółu przybytków kultury dla wszystkich ludzi w każdym czasie przy całkowitej ochronie odnośnych miejscowości przed niedogodnościami masowej turystyki […]”. Zalet takiego rozwiązania jest więcej. Tylko czy mój znajomy, być może walczący w tym momencie ze stadem gigantycznych komarów, byłby usatysfakcjonowany takim rozwiązaniem?

Katarzyna Nocuń

Omawiane pisma: „Kultura Popularna”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
LOCUS VIRTUALIS
SZTUKA W WERSJI LIGHT
Matematyka czy muzyka?
Wstęp do dodekafonii

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt