Witryna Czasopism.pl

Nr 10 (127)
z dnia 2 kwietnia 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

MUZY DO MUZEUM

Nie tylko muzy mogłyby zajrzeć do muzeów, także – najnowsza technika (starsze obiekty już tam są), także – poszukujący wrażeń (a nie tylko wiedzy) widzowie. Starania trwają. W „Biuletynie Fotograficznym” nr 3/2005 można przeczytać o IV Muzealnych Spotkaniach z Fotografią. Tekst, na który składają się fragmenty katalogu wystawy, to prawdziwa gratka, i nie ze względu na samą wystawę (z całym szacunkiem), lecz z uwagi na fakt rewolucji, nieśmiało wkraczającej w dziedzinę muzealną. Poruszenie w tej sprawie jest bardzo, ale to bardzo potrzebne i bardzo, ale to bardzo trudne.


Młodsze spojrzenia na starsze sprawy

Opisywana w „Biuletynie Fotograficznym” wystawa zdarzyła się w Muzeum w Koszalinie, które stara się wzbudzać zainteresowanie młodzieży, bo nie chce zostać „martwą instytucją z tabliczkami”. Placówka w Koszalinie (wraz z uczestnikami międzynarodowego konkursu IV Muzealne Spotkania z Fotografią) pragnie, by „muzealne kapcie odeszły do lamusa”. Proste! Szkoda, że nie wystarczy podpisać się pod tym całym sercem. Bo nie wystarczy, zwłaszcza jeśli zwiedzało się różne rodzime ekspozycje, do czego zaraz wrócę.

Koszaliński konkurs wymagał, by uczniowie wykonywali fotografie podczas wizyt w muzeum lub przedstawili swoje wrażenia ze „spotkania z muzeum” (z jakimkolwiek, jak podejrzewam), obowiązywała forma reportażu, felietonu lub fotograficznego eseju. Plon to 164 fotografie autorów z Polski, Rosji i Słowacji. „Biuletyn” reprodukuje dwie, rzeczywiście interesujące. Do pokłosia konkursu można też chyba zaliczyć fakt zwiększonego zainteresowania muzeami albo przynajmniej – próby młodszego spojrzenia na starsze sprawy lub odkrywanie nowych rejonów eksploracji (nie tylko artystycznej) przez młodzież, chętnie podejmującą takie wyprawy odkrywcze. Rzecz nie do przecenienia. I z przyszłością.


Moda na muzealnictwo

Tematyka muzealna pojawia się również w tekście Izabeli Filipiak Czarne oczy, który jest relacją z pewnej niecodziennej, fascynującej ekspozycji. Autorka zaczyna od znamiennego zdania: „Ostatnimi czasy dyscypliną ważną i prężnie rozwijaną stała się we Francji muzeologia”. Nad tym początkiem należy pochylić głowę nisko, gdyż u nas, jeśli nie brakuje chęci, czy też doświadczenia, z pewnością brakuje funduszy na spektakularne zmiany w tej dziedzinie. Jeśli się już zwiedziło kilka ekspozycji hen, hen w świecie (i kilka w kraju), to łza się w oku kręci, gdy trzeba szurać kapciami po posadzkach (np. w Łańcucie), czy też pod okiem znudzonych strażników panicznie unikać kontaktu z gablotami. Oczywiście są wspaniałe muzea i są pomysłowe ekspozycje, ale mało… No i mody jeszcze nie ma. Francuskiej.

By określenie „muzealny” nie znaczyło od razu: sztywny, zakurzony, nieciekawy itp. trzeba się trochę pogłowić. Głowić się powinien przede wszystkim muzealnik i to koniecznie „po młodemu”, bo starsza publiczność też jest już młoda i wymaga poziomu przekazu wypróbowanego w rozmaitych mediach, powinno być atrakcyjnie i na odpowiednim poziomie intelektualnym, z elementem zaskoczenia. Oczywiście rozumiem, nasze muzea nie mogą od razu uzbroić się w najnowsze zdobycze techniki, ale jakżeby miło było, gdyby jakoś mogły. Jakoś trochę, albo jakoś sposobem.

Tymczasem Filipiak donosi, jak ku zadowoleniu publiczności nowoczesność z historycznością łączą Francuzi. W Muzeum z Chalon-sur-Saône zrealizowano ekspozycję japońskich fotografii wykonanych w drugiej połowie XIX w. (tytułowe Czarne oczy). Żeby zdjęcia bezpiecznie pokazać i jednocześnie wzbudzić należyte zainteresowanie, oraz zachwyt, potrzebny był nie lada koncept. Wymyślono zatem prezentację przy pomocy laptopów, na tę specjalną okazję ręcznie zdobionych. Wystawa zyskała „nowe poziomy interpretacyjne dla całości dzieła” – jak rzecz ujęła Filipiak. Motywy zdobnicze nie były ani przypadkowe, ani byle jakie, i podejrzewam, że naprawdę każdy chciałby mieć taki laptop. Najlepiej z wygaszaczem przedstawiającym Japonię ubiegłego wieku. Kuratorzy postarali się przy tym, by technika nie zdominowała przekazu ekspozycji. „Obok dziewięciu komputerów znajdowało się dziewięć oryginalnych albumów umieszczonych w szklanych gablotach tak, że autentyczne przykłady migających na monitorach zdjęć były dla widzów widoczne” – relacjonuje autorka. To ważne, ponieważ zdjęcia zostały przez współczesnych misternie oprawione. Do tego wszystkiego odpowiednia, choć nieco zaskakująca muzyka i wizyta w muzeum może być zaliczona do wydarzeń eksperymentalnych, dających do myślenia i najprawdopodobniej zgodnych z najnowszą modą panującą w pewnych kręgach.


Utalentowany muzealnik

Może to smutne, ale naprawdę liczy się nie tylko to, co chce się pokazać, ale też – jak. Takie mamy czasy, że zwracamy baczną uwagę na atmosferę wystawy, nieprzypadkowy dobór rekwizytów, na wszystko to, co powinno zajmować pomysłowego muzealnika (muzeologa). Miło by było, gdyby muzea i galerie dysponowały wystarczająco dużym budżetem, by móc dowolnie, acz z sensem zaskakiwać widza, lecz budżet to nie wszystko. Liczy się – i nie wiadomo, czy nie najbardziej – pomysłowość. Gdyby ogłoszenia: „Utalentowany muzealnik potrzebny od zaraz” były na porządku dziennym, muzea mogłyby stać się taką atrakcją jak domy towarowe. A może nawet większą! Czego sobie i państwu (Państwu również) życzę.

Miłka O. Malzahn

Omawiane pisma: „Biuletyn Fotograficzny”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
Frunie dumna jak orlica
NIEPOKOJE WYCHOWANKA KOMIKSU
Malarstwo o poranku

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt