Witryna Czasopism.pl

Nr 8 (125)
z dnia 12 marca 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

MĘSKIE ROZMOWY

8 marca niechcący usłyszałam rozmowę dwóch panów, z których jeden – w dosyć niewybrednych słowach – wyraził swoją dezaprobatę wobec komunistycznego święta, jakim jest Międzynarodowy Dzień Kobiet. Drugi za to odkurzył dowcip o tym, że panie mają jeden dzień, a do panów należy reszta roku – nic, tylko umrzeć ze śmiechu. Nie wiem, którą opcję reprezentuje redakcja „Filmu”, ale marcowy numer zdaje się wychodzić naprzeciw oczekiwaniom kobiet, choćby stereotypowym, np. okładką, na której Keanu Reeves – co prawda już czterdziestoletni, ale bynajmniej nie szpetny – zachęca do obejrzenia Constantina. Film, z opisu sądząc, należy do tych, których obejrzenie nie zmieni diametralnie naszego życia, ale odłóżmy żarty na bok: warto zajrzeć do pisma i przeczytać trzy wywiady. Z mężczyznami oczywiście.

Pierwszym z rozmówców jest Jacek Poniedziałek (Jestem dekadentem), aktor, którego nazwisko dwa lata temu przeciętnemu widzowi właściwie nie mówiło nic. Kino dostrzegło go dosyć późno: pojawił się w Przemianach Łukasza Barczyka jako tajemniczy Snaut, narzeczony jednej z bohaterek. Film zebrał różne opinie – niektórzy twierdzili, że to telenowela, inni że arcydzieło, ale Poniedziałka nie sposób było nie zauważyć, zwłaszcza ze względu na sceny erotyczne, w których wystąpił z Mają Ostaszewską i Katarzyną Herman. Podobnie jest w przypadku Trzeciego, który właśnie wszedł na ekrany (Poniedziałkowi partneruje tu Magdalena Cielecka). Aktor jednak – co wyznaje Łukaszowi Maciejewskiemu – nie boi się etykietki „dyżurnego rozbieralskiego”, przywołuje nazwiska wybitnych kolegów, którzy też pokazali się nago na ekranie lub scenie, a przecież nie stracili przy tym niczego ze swego talentu. Swoją drogą ma rację, że pod tym względem panuje u nas swoista hipokryzja, bo nikt specjalnie nie krytykuje damskich aktów, warto i na tym polu żądać równouprawnienia. Napisałam, że dwa lata temu mało kto kojarzył Poniedziałka – chyba że bywał w warszawskim Teatrze Rozmaitości – ale to się zmieniło, bo teraz jest rozpoznawany przynajmniej przez dwanaście milionów wielbicieli M jak miłość. Siłę oddziaływania najpopularniejszego obecnie polskiego serialu uświadamia tłum nastolatek, które co wieczór po spektaklu proszą Poniedziałka o autograf. Aktor przyznaje, że miał duże wątpliwości, czy przyjąć rolę Rafała, ale ostatecznie jest zadowolony ze swojej decyzji, bo M jak miłość zapewnia mu niezależność finansową, daje możliwość pracy z kamerą, a także wzmacnia wartość rynkową, przecież z popularnym aktorem producent musi się liczyć. Szczerość Poniedziałka budzi szacunek, wypada więc tylko życzyć, by reżyserzy nie widzieli w nim wyłącznie „rozbieralskiego” i telewizyjnej twarzy.

Drugi marcowy bohater również nie należy do rozpoznawalnych aktorów, nawet w Legnicy, gdzie mieszka, bo, póki co, nie gra w żadnym serialu, za to należy do jednego z najlepszych zespołów teatralnych: legnickiego Teatru im. Modrzejewskiej kierowanego przez Jacka Głomba. I dostał nagrodę za aktorski debiut na ostatnim gdyńskim festiwalu. Przemysław Bluszcz (Prowincjonalny mafioso) – bo o nim mowa – w filmie W dół kolorowym wzgórzem (kolejna marcowa premiera) gra Tadka, mafiosa z małego miasteczka, właściwie demona, który kusi głównego bohatera. I choć to rola drugoplanowa, to ukradł film pozostałym aktorom. Bluszcz opowiada o swojej drodze do aktorstwa, a pewnie niedługo znowu zobaczymy go na ekranie, tym razem w Skazanym na bluesa, gdzie gra menadżera Dżemu. Chyba że wcześniej pojawi się w jakimś serialu…

Bohaterem trzeciej męskiej rozmowy jest właściwie rówieśnik obu aktorów, który sam nie gra, ale którego historia dobrze znana jest polskim widzom dzięki filmowi Krzysztofa Krauzego Dług. Stefan, grany przez Jacka Borcucha, naprawdę nazywa się Sławomir Sikora i odsiedział już dziesięć lat z dwudziestopięcioletniego wyroku. W wywiadzie To mój dług Sikora opowiada o spotkaniu z Krauzem oraz Jerzym Morawskim, dziennikarzem i scenarzystą, reakcji współwięźniów na film i najgorszych momentach za kratami. Jak sam przyznaje, Dług jemu i jego koledze Arturowi Brylińskiemu zarówno pomógł, jak i zaszkodził. Na pewno zmienił wizerunek, jaki im wcześniej stworzyła prasa – bezwzględnych sprawców okrutnego mordu – ponieważ doskonale pokazywał mechanizm osaczania bohaterów. I wzbudzał empatię – sama pamiętam, jak pięć lat temu siedziałam na sali kinowej i po scenie zabicia Gerarda i jego ochroniarza czułam zbiorową ulgę, że tak się stało, bo nie było innego wyjścia. Siła sugestii fikcji jest wielka, ale do zabójstwo doszło naprawdę, stąd odrzucone przez sąd prośby o rewizję wyroku. To Sikora – inaczej niż w filmie – był tym, który zadzwonił na policję i wyznał prawdę, o co jego wspólnicy mieli wówczas pretensje, ale dziś przyznają mu rację, bo zapewne nie umieliby żyć z tym brzemieniem. I dalej żyją, bo choć znajomy, który rzekomo pożyczył im pieniądze, chcąc wyegzekwować dług, jakiego nie było, stworzył im półtoraroczne piekło, to jednak pozostaje świadomość wyrządzonego zła. Stąd i książka Sikory Mój dług, która właśnie się ukazała, traktowana przez autora właśnie jako rodzaj spłaty długu, ostrzeżenia innych przez podobnym losem.

Nieprzypadkowo ukazuje się ten wywiad – pisze w artykule wstępnym redaktor naczelna Agnieszka Różycka. Po dziesięciu latach odsiadki Sikora stara się bowiem o amnestię u prezydenta Kwaśniewskiego. Jego prośbę popiera wiele osób ze świata polityki i kultury, a także trzydzieści tysięcy internautów na stronie www.dlug.org.pl. W radiu słyszę właśnie nowe informacje na temat coraz bardziej żenującego widowiska, jakim stają się działania orlenowskiej komisji – tu jakiś szpieg, tam ktoś komuś obiecuje złagodzenie kary w zamian za kwity – i myślę o człowieku, który pewnie do końca życia będzie miał poczucie niespłaconego długu. Tylko czy rzeczywiście konieczne jest, by przez kolejne piętnaście lat próbował go spłacić właśnie w więzieniu? Kto chce, może podpisać się pod prośbą, ja tymczasem życzę sobie i innym, by nasze życie nigdy nie pisało takich scenariuszy jak film Krauzego.

Katarzyna Wajda

Omawiane pisma: „Film”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
INDYMEDIA. PARTYZANTKA INFORMACYJNA W INTERNECIE
WIEDEŃ BEZ TORTU SACHERA
TURYSTA AUTENTYCZNY

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt