Witryna Czasopism.pl

Nr 29 (111)
z dnia 22 października 2004
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

LAIF IS IZI

Perspektywa nieustannego kryzysu kultury wyczerpuje psychicznie. Zamiast martwić się spadkiem czytelnictwa, bankructwem wydawnictw i lichą egzystencją wielu polskich artystów, przyjemnie jest pomyśleć o tym, co tworzy obraz aktywności kulturalnej społeczeństwa. Z dwóch pytań: „dlaczego kultura upada?” i „gdzie jest kultura?”, wybiera się wtedy to drugie i natychmiast udziela odpowiedzi: „kultura jest tam, gdzie się ją przeżywa”. A przeżywa się niekoniecznie książki i spektakle teatralne, ale również masowe zgromadzenia jednoczące dane grupy społeczne, na przykład taneczne spędy w klubach. To, iż są one zjawiskiem kulturowym, nie pozostawia wątpliwości. Wątpliwe natomiast wydają się próby nadania im znaczenia kulturotwórczego. Pod wyklutym laboratoryjnie z wydatną pomocą mediów określeniem „kultura klubowa” kryje się bowiem zjawisko, które ma być, a w rzeczywistości jest czym innym: proste zachowania kompensacyjne i konsumpcyjne w skrzyżowaniu z pauperyzacją muzyki elektronicznej mają być odbierane jako nowy rodzaj percepcji, tymczasem chodzi o hedonizm i eskapizm, czyli o rzeczy znane. Nie przeszkadza to w tworzeniu barier ochronnych dla owego żyjątka. Najskuteczniej chroni zaś trybuna prasowa. W ten sposób biorąc do ręki magazyn „Laif”, obcuje się z biuletynem, z którym utożsamia się ważna część społeczeństwa. Ta, którą w odróżnieniu od redakcji magazynu hasło „kultura klubowa” pewnie niewiele obchodzi.

Lektura polskiego pisma poświęconego muzyce tanecznej i towarzyszącym jej inicjatywom zmusza do refleksji, na ile odzwierciedla ono pewną tradycję, a na ile pokazuje sztucznie wyhodowaną przestrzeń zachowań masowych. Bez wątpienia kultura klubowa jest przeszczepem z Zachodu i to przeszczepem dalece spóźnionym. Ale trudno się temu dziwić. Kiedy pod koniec lat 70. w USA zwykłe disco schodziło do podziemia, by w klubach, przeważnie gejowskich, przechodzić kurację przy pomocy elektronicznie programowanych rytmów, w Polsce odbywały się potańcówki i dyskoteki, na których szalało wczesne Kombi lub Happy End. Gdy z kolei w drugiej połowie lat 80. młodzież na Wyspach Brytyjskich przeżywała „drugie lato miłości”, inicjując oficjalnie nowy rozdział kontrkultury, polskie nastolatki jeszcze jeździły do Jarocina i bawiły się przy grunge'u. Jeszcze gorzej wypada porównanie pod względem muzycznym. Nie ma co szukać w historii polskiej muzyki „niepoważnej” wielu innowatorów dźwiękowych na miarę twórców Detroit Techno, czy też środowisk, które popularyzowałoby inne niż wrogie spojrzenie na muzykę tworzoną za pomocą komputerów. Jest to o tyle zadziwiające, iż ogólne odczucie, jakie towarzyszy dzisiejszej kulturze „młodzieżowej”, podpowiada, iż muzyki klubowej słuchają wszyscy i wszędzie. Nagle dźwięki, całkiem niedawno jeszcze odsądzane od czci i nieobecne w mediach, zaczynają pełnić rolę reprezentanta najbardziej aktualnych trendów kultury popularnej. Clubbing pojawia się jako produkt, styl, moda, jest odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki reklamiarskiego żargonu, a tymczasem w Polsce brak mu, mimo coraz bogatszego zaplecza, prawdziwego ugruntowania. Nie zaradzi temu robiony z rozmachem „Laif”. Nie zaradzi, ale i nie zaszkodzi.

Przed pojawieniem się w kioskach „żywego” magazynu polski rynek prasowy odnotował już kilka tytułów predestynujących do miana pisma kultury klubowej. Był ambitny i kładący nacisk na popularyzację alternatywnej muzyki „Plastik”, było wystawne i nadążające za informatycznymi nowinkami „Techno Party”, był offowy i kontrujący dyskotekową konfekcję „Kaktus”, wreszcie jest ekstrawagancki i szukający coraz to bardziej wymyślnych snobizmów „Fluid”. W porównaniu z tymi pismami „Laif” prezentuje inną metodę ujmowania tematu. Jeśli wspomniane tytuły łączyły zainteresowanie subkulturą taneczną z zacięciem artystowskim (pisano w nich o filmie, sztuce, a nawet filozofii – vide „Plastik”), to „Laif” na clubbingu się zaczyna i kończy. Jako taki zaś – magazyn koncentrujący się na zabawie – może wypadać korzystniej od swych poprzedników i konkurentów. Przypadkowego czytelnika tego pisma może zmylić obecność w nim, na przykład, wywiadu z autorem właśnie wydawanej przez Czarne powieści Global Nation. Tu jednak nie chodzi o żadną filozofię bywania na imprezach, tylko o atrakcyjny wypełniacz cywilizacyjnego kontekstu, sytuujący klubowiczów w społeczności globalnej wioski. Skądinąd alians promocyjny wydawnictwa Andrzeja Stasiuka i magazynu „Laif”, dokonujący się przy okazji wspomnianej powieści Grzegorza Kopaczewskiego, chyba nobilituje, choć do końca nie wiadomo, którą ze stron i w czyich oczach…

Kompleks biedniejszego krewniaka, jaki rodzima kultura wykazuje szczególnie w swych najniższych, ludycznych warstwach, nie omija i pisma kultury klubowej. Zewnętrznie „Laif” przypomina swoich angielskich odpowiedników, chociażby „Mixmag” czy, nieistniejący już, „Muzik”, chociaż i jego objętość jest mniejsza, i oferta prezentuje się skromniej. Zamysł całości pozostaje jednak zbliżony: siatka relacji z różnych imprez tanecznych nałożona na siatkę informacji o zbliżających się potańcówkach, wszystko zaś oplecione ściegiem krótkich informacji i recenzji płytowych, dodatkowo wzmocnione tematem z okładki (w bieżącym wydaniu to Fatboy Slim). Trudno oczywiście obyć się bez wabików. Wabikiem pisma „Laif” są dołączane do numerów płyty kompaktowe. Zamieszczane na nich sety didżejskie to porcja mechanicznych brzmień o walorach stricte użytkowych, które rzadko sprawdzają się w domowych pieleszach. To raczej wywar dla fanów całonocnych szaleństw na parkietach, dający im namiastkę tego, co wcześniej przeżywali w większym natężeniu.

Oprócz wkładu płytowego, zwiększającego atrakcyjność pisma, „Laif”, zwłaszcza w jego najnowszej odsłonie (numer 9/2004), wabi odbiorcę niezwykle efekciarskim układem graficznym, co jest wyróżnikiem magazynów, które pragną być w pierwszej kolejności przeglądane, a nie czytane. „Laif” przegląda się bardzo płynnie, gdyż nawet wszędobylskie reklamy zostały tu wpasowane w wizualną warstwę całości, tak iż miejscami wchodzą w symbiozę z poszczególnymi rubrykami. Ginie granica pomiędzy tekstem autorskim a sponsorowanym. Nie jest to wcale karygodne, jeśli weźmie się pod uwagę dominantę oprawy reklamiarskiej w polskim clubbingu; to, w jakim stopniu agencje reklamowe współtworzą w miediach obraz kultury klubowej i na niej żerują. Nie ma zatem powodu, by w piśmie „Laif” reklamy bytowały gdzieś na uboczu zawartości magazynu. One muszą być widoczne i dopełniać tożsamościowy wzór rodzimego bywalca tanecznych imprez, dla którego marki pewnych produktów są jednym z nieodłącznych elementów stylu bycia.

Spora część pisma to zwyczajny katalog miejsc, w których się było, i zdarzeń, w których brało się udział, natomiast część poświęcona wyłącznie muzyce, czyli dział recenzji płytowych (głównie winyli, nie płyt kompaktowych) podporządkowana jest prawu specyficznego doboru krążków, co przeszkadza w pokazaniu pełnego spektrum zjawiska. Rubryka ta nieco mechanicznie (sic!) przenosi z zagranicznych pism klubowych hierarchiczne szufladkowanie. Tu słucha się albo drum&bass, albo house, albo progressive, są wyraźne specjalizacje gatunkowe. Przy czym, nawet w obrębie danego gatunku może dojść do jeszcze węższej kategoryzacji, bo na przykład jakież to techno prezentuje Grooveliker w swoich recenzjach, czy nie jest to przypadkiem jedynie pewien specyficzny rodzaj tego typu brzmień, lekceważący inne? Ścisła klasyfikacja upodobań, idąca ku totalnej segregacji, zdaje się odbijać i na preferencjach czytelników, którzy w listach do pisma albo narzekają, że np. za mało mocnego electro, a za dużo gładkiego house'u. Kiedyś słuchało się całości syntetycznych brzmień, obecnie obiera się jedynie ich wybrany fragment. Redakcja „Laifa” zadbała wszak i o malkontentów, tworząc dział Alternatiff, na razie powtarzający do znudzenia tematy wyczerpująco opisane niegdyś w „Antenie Krzyku” czy „Plastiku” (Genesis P. Orridge i jego droga twórczych prowokacji, wcześniej np. John Zorn).

Przelotna znajomość z „Laifem” mocno rozczarowuje pod względem przekazu. Gdyby przecedzić ostatni numer pisma, po pocztówkowych omówieniach wielu tanecznych inicjatyw w Polsce i na świecie (polski Astigmatic, czeskie Creamfields, bałkańskie Exit, rosyjskie KaZantip), wywiadach z gwiazdami i gwiazdkami (Clones, Freestylers) oraz historyjce kariery Fatboy Slima pozostanie jedynie refleksja: tam pojechać, tu nie iść, a to kupić. Żadnego dłubania w ponowoczesnej świadomości i poruszania trudniejszych tematów. Musi być easy i cool. Z tego powodu również język, jakim posługuje się „Laif”, jest prosty i skrótowy; na próżno szukać tu wrafinowanych zwrotów w stylu Rafała Księżyka, prędzej znajdzie się, powszechne jak wszędzie, anglicyzmy. Ciekawą sprawą jest zaś kwestia reprezentatywności tego, co „Laif” przedstawia na swoich łamach. Zdaje się, że pismo nastawione jest na prezentację stylu życia dużych metropolii, gdzie całonocne potańcówki to rodzaj nieustannie odnawianego rytuału, sytuacja kulturalna mniejszych miast i miasteczek raczej go nie interesuje. Świat przedstawiany na łamach pisma „Laif” jest w pewnej mierze wycinkiem świata, wyglądającym, by użyć określenia Woody Allena, „lepiej niż w rzeczywistości”. Kolorowy, pełen pozytywnej energii, bezproblemowy – takim jawi się, gdy rozpatrywać go w kontekście tańczenia przy rytmach techno, ale czy taki jest dla uczestników owych pląsów także świat poza klubami? Czy życie w Polsce jest dla klubowicza równie proste? Bo sam „Laif” jest izi.

Łukasz Badula

Omawiane pisma: „Laif”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
felieton ___BIAŁA KARTA
SEX JEST RODZAJU ŻEŃSKIEGO
felieton ___ SIM, PIN, PUK-PUK I NIE TYLKO

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt