Witryna Czasopism.pl

Nr 26 (108)
z dnia 22 września 2004
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | wybrane artykuły | autorzy | archiwum

BIEDNI POLACY PATRZĄ NA GEJÓW

paliliśmy papierosy i kłamliwe gazety

Ryszard Krynicki



Przypomnijmy pokrótce fakty. Kampania Przeciw Homofobii postanowiła zorganizować festiwal pod hasłem „Kultura dla Tolerancji”, w jej ramach planowano wykłady, panele, wydarzenia artystyczne i Marsz Tolerancji. Całość dotyczyła sytuacji mniejszości seksualnych w naszym kraju. Jeszcze przed rozpoczęciem festiwalu ruszyła regularna nagonka, w której uczestniczyły władze miasta. Partie polityczne – LPR, PiS, PO – prześcigały się w wyrażaniu swej dezaprobaty (bo Kraków to miejsce tradycyjne i konserwatywne, ze względu na dobro kościołów i symboli narodowych pedały po ulicach łazić nie powinny, nie wspominając o tym, że Smok Wawelski był hetero). Miasto zostało dosłownie zasypane ulotkami antygejowskimi. Marsz przesunięto z powodu procesji św. Stanisława, gdyż – jak napisano w lokalnym dodatku do „Gazety Wyborczej” – wychodzący po mszy w katedrze wawelskiej pątnicy mogliby dostać ulotki „nawołujące do poparcia dla homoseksualistów i ich równego traktowania przez społeczeństwo, a także fragmenty dokumentów prawnych zakazujących dyskryminacji ze względu na orientację seksualną” (istotnie – czegoś takiego należało za wszelką cenę uniknąć!). 7 maja o godzinie 16:30 zebrało się ponad 1500 osób. Byli wśród nich przedstawiciele organizacji LGBT, organizacji broniących praw człowieka, politycy, geje, lesbijki, rodziny z dziećmi i psami, artyści, studenci. W zasadzie ich orientacja seksualna nie była ważna, istotny okazał się pewien system wartości, który starali się reprezentować w legalnym i pokojowym marszu, choć od początku wszyscy wiedzieli, że istnieje realna groźba agresji (Liga Polska Rodzin i Młodzież Wszechpolska zapowiadała „spotkanie modlitewne pod Krzyżem Katyńskim”, reklamując je za pomocą plakatów nawołujących do wykopania homoseksualistów z Krakowa) i że policji oraz służb porządkowych chroniących Marsz będzie zdecydowanie za mało. Na manifestujących posypały się wyzwiska, pogróżki i kamienie (trzech rannych i poparzony policjant). Następnie 300-osobowa nielegalna kontrdemonstracja zdemolowała krakowski Rynek. Późniejsze reakcje polityków, kościelnych hierarchów i autorytetów nie przyniosły wyraźnego potępienia agresorów. Pojawiły się nawet bulwersujące sugestie, że to ofiary są winne przemocy, którą wobec nich zastosowano.

Przyjrzyjmy się zatem bliżej granicom wolności w III RP. Warto sprawdzić, co pisano w opiniotwórczych gazetach.

Zacznijmy od mediów prawicowych. Wszystkie trzymały się pewnej cichej umowy. Wspólna strategia polegała na wyrażaniu oburzenia przed rozpoczęciem festiwalu (prowokacja, zagrożenie dla moralności i rodziny etc.) i zgrabnym przemilczaniu tego, co wydarzyło się po nim – a dokładniej: w czasie Marszu. Przemoc stała się „ślepą plamką” zręcznie maskowaną przez dobrze znane argumenty antygejowskie.

Ciekawym, choć zapewne niezamierzonym, komentarzem do tej strategii jest przypadek „Gazety Polskiej”. Przed festiwalem, 28 kwietnia, ukazał się artykuł Piotra Semki Dwie procesje1, w którym autor wyrażał obawy „przed możliwymi incydentami”. Jakiego rodzaju? Otóż Semka bał się agresji gejów: „Agresywne akcenty bluźniercze towarzyszą pochodom lesbijek i gejów na całym świecie. [...] Ale bywają i bardziej drastyczne formy agresji”. To o owych „bardziej drastycznych formach agresji” ze strony homoseksualistów myślał Piotr Semka. Jak wiadomo rzeczywistość dopisała interesujące postscriptum do intuicji i obaw prawicowego publicysty. (Swoją drogą – jeśli w swych kalkulacjach i prognozach Semka pomylił się aż tak kardynalnie, to może powinien napisać jakieś sprostowanie? Bo jak po tym publicystycznym samobóju, my, potencjalni czytelnicy „Gazety Polskiej”, możemy nadal wierzyć w jego umiejętności analityczne i zdolność rozumienia sytuacji politycznej?). 19 maja, a zatem po „wypadkach krakowskich”, ukazał się felieton Elżbiety Isakiewicz Tolerancja inaczej2, w którym nie było już ani słowa o agresji gejów. W ogóle nie wspomniano o jakiejkolwiek agresji…

Nieco odmienne oblicze „agresywnego pedała” przedstawił „Wprost”. Reakcją na festiwal był numer z 13 czerwca 2004. Czego mogliśmy się z niego dowiedzieć? Otóż tego, że „geje i lesbijki w Polsce rozpętują ideologiczną wojnę”, organizują różową międzynarodówkę i ogólnie są gejowskimi wszechpolakami. Autorzy artykułu – Robert Mazurek i Igor Zalewski (warto zapamiętać nazwiska i w razie czego udać się na korepetycje z manipulacji) w swoim bardzo długim tekście poświęcili dosłownie pół zdania temu, jak zostali potraktowani demonstranci. Autorzy przedstawili gejów i lesbijki jako istne potwory, po czym zapewnili każdego, że jego świętym (i świeckim) prawem jest dyskryminowanie homoseksualistów. W przeciwnym wypadku to „normalni” będą dyskryminowani. Zresztą – Mazurek i Zalewski bohatersko objawiają prawdę – już są. Tekst, jak i wiele innych zamieszczanych we „Wprost” artykułów o gejach, potwierdza pewien dość oczywisty fakt: pismu udało się do perfekcji skomercjalizować homofobię. I to przy zachowaniu iluzji obiektywizmu.

W następnym numerze pojawiły się dwa listy do redakcji3 komentujące artykuł Mazurka i Zalewskiego. Jeden krytyczny, a drugi dla symetrii w pełni afirmatywny. Ten drugi został napisany przez geja. „W pełni popieram waszą opinię na temat homoseksualistów [...]. Mam partnera, z którym jestem już bardzo długo, mam własną firmę i ustabilizowane życie, a także tolerancyjnych przyjaciół, również heteroseksualnych”. Istotnie, posiadając własną firmę można sobie kupić wolność. I wystąpić we „Wprost” w roli „dobrego geja”, który będzie zapewniać: „Dyskryminacja? Osobiście nigdy jej nie doświadczyłem. Moi znajomi również”. To rzeczywiście wspaniale. Tyle tylko, że takie wyznanie kompromituje się w zestawieniu z faktem, że list został podpisany formułą „nazwisko znane redakcji”. Czyli niby dyskryminacji nie ma, ale lepiej za bardzo nie ryzykować. Ciekawi mnie również, czy autor listu (bo idealistycznie zakładam, że to autentyk) nadal „w pełni popiera” opinię „Wprost” na temat gejów i lesbijek. W kolejnym numerze Jan Winiecki porównuje związki homoseksualistów (a więc również związek anonimowego autora listu) do „związków ze zwierzętami [...] seksualnym robotem [...] lub choćby z wibratorem”4. Kiedyś wydawało się, że tego typu obraźliwy hate speech może występować tylko w naprawdę marginalnych prawicowo-narodowych pisemkach. Dziś już wiadomo, że skomercjalizowana homofobia trafiła do centrum dyskursu publicznego.

Przenieśmy się teraz do innego jego zakątka. Do „Tygodnika Powszechnego”. Tu pojawił się krótki tekst ks. Adama Bonieckiego5 i felieton Józefy Hennelowej6. Artykuł księdza Bonieckiego był jedną z pierwszych i to całkiem porządnych reakcji. Od uczestników Marszu wiem również, że kiedy pod koniec doszło do prawdziwych zamieszek, a prawicowe bojówki z okrzykiem „zabić pedała” usiłowały przydybać jakiegoś odmieńca, drzwi redakcji „Tygodnika Powszechnego” były jednymi z niewielu, które się otworzyły. Doceniam ten fakt. Z tym większym zdziwieniem przeczytałem felieton Józefy Hennelowej, napisany później. Poświęcę mu nieco więcej uwagi, bo jest bardzo charakterystyczny. Otóż publicystka jest ogólnie nastawiona „na nie”. Wszystko było złe. Tak pomysł marszu, jak reakcje nań. „Pomysł, bo niewiele doprawdy jest powodów, by oprotestowywać «nietolerancję» wobec homoseksualistów – w czym właściwie się ona dotąd wyrażała?” – pyta, było nie było, autorytet moralny. Czas chyba najwyższy odpowiedzieć, bo najwidoczniej Hennelowa żyje w wieży z kości słoniowej i nie wszystko udaje się jej dostrzec. Otóż każde publiczne wystąpienie lesbijki lub geja narażone jest na reakcje, które obserwowaliśmy w Krakowie. A niepubliczne – tylko całkiem prywatne? Otóż miło jest myśleć, że prywatnie każdy może sobie być, kim chce. Tak jednak nie jest. Warto zajrzeć do raportów o dyskryminacji opracowywanych przez Lambdę; warto przypomnieć sobie PRL-owską akcję „Hiacynt” wymierzoną przeciw homoseksualistom; warto nadmienić, że współczesne polskie władze robią co mogą, żeby prawo nie zauważało gejów i lesbijek (patrz: ostatni spis powszechny); warto również zajrzeć do własnego ogródka i prywatnej międzyludzkiej etyki. Otóż i Józefie Hennelowej zdarzyło się zwierzyć „Wysokim Obcasom”, że znała jednego homoseksualistę – niejakiego Jerzego Zawieyskiego. Był to jednak dobry homoseksualista, bo gdy przyjeżdżał do Krakowa, to zawsze sam, a „ten jego Staś” zostawał w domu i nie gorszył porządnych katolików. (Zadanie dla literatów: napisz sztukę pt. Moralność pani Hennelowej). Warto na koniec zauważyć, że zadawanie pytania o to, czy istnieje – pozostańmy przy tym uroczym cudzysłowie – „nietolerancja” wobec homoseksualistów, po reakcjach na akcję „Niech nas zobaczą” zakrawa nie tyle na ślepotę, co cynizm.

Czytajmy jednak dalej. Co jeszcze było złe? „Wykonanie, bo początkowo wybrana data marszu – niedziela 9 maja, dzień tradycyjnie świętowany procesją ku czci św. Stanisława – to było albo skandaliczne niedopatrzenie, albo jednak prowokacja”. Otóż ani jedno, ani drugie. Pomijam fakt, że oba zgromadzenia nie spotkałyby się, bo miały inne trasy, a marsz miał wyruszyć dwie godziny po zakończeniu procesji7. Chodzi o coś dużo poważniejszego. W demokratycznym, neutralnym światopoglądowo państwie wszystkie grupy społeczne mają takie samo prawo do przestrzeni publicznej. Nie jest więc oczywiste, że na wieść o katolickiej procesji wszyscy geje czmychają gdzie pieprz rośnie. A przynajmniej nie powinno być. Jednak tak dla Józefy Hennelowej, jak i dla wszystkich innych komentatorów, był to po prostu niepodważalny aksjomat. Nie chcę twierdzić, że w tym konkretnym wypadku marsz na pewno nie powinien zostać przełożony. Chciałbym jednak żyć w kraju, w którym nie byłoby to oczywiste.

Dalej Hennelowa wymienia, kto miał rację podczas festiwalu. „Mieli rację nobliści, przypominając o prawie każdego do wyrażania swoich przekonań publicznie. Miały rację władze Kościoła krakowskiego, przypominając katolickie zasady szacunku dla osoby ludzkiej [...]”. Zawsze mi się wydawało, że nie można jednocześnie mieć ciastka i go zjeść, ale oczywiście mogę czegoś nie wiedzieć. Natomiast Józefa Hennelowa nie mogła nie wiedzieć, na czym polegały „katolickie zasady szacunku dla osoby ludzkiej”, jeśli ta okazała się homoseksualna i zdarzyło się jej uczestniczyć w marszu. Otóż biskupi (np. biskup Pieronek), mówiąc oględnie, wyrażali dezaprobatę. Wobec kogo? Otóż zarówno wobec agresorów, jak i uczestników marszu. Uczestników, którzy – przypomnijmy – zostali zaatakowani i obrażeni. Wydawałoby się, że kogoś, kto jest kopany, raczej nie należy pytać: „przepraszam bardzo, ale czy nie zasłużyłeś sobie przypadkiem na kopniaka?”. I marną pociechą jest fakt, że podobno byli tacy, których reakcja biskupa oburzyła. Zresztą w tym samym numerze TP, który zawierał felieton Hennelowej, przytoczono reakcję kardynała Stanisława Nagya, który wobec setek wiernych nazwał Marsz Tolerancji „bezwstydną prowokacją”. Chciałbym bardzo wiedzieć, czy w tej wypowiedzi uobecniły się – jak to ujęła felietonistka – „katolickie zasady szacunku dla osoby ludzkiej”. Jeśli tak, to czy kardynał Nagy na pewno zna znaczenie słowa „szacunek” i czy rozumie, że swoją wypowiedzią legitymizował homofobiczne ataki; a jeśli nie, to dlaczego okazuje się, że „katolickie zasady szacunku” obowiązują tylko wobec „osoby ludzkiej” w wersji hetero.

Swój felieton Hennelowa kończy bardzo znamiennie. Napomina lewicowych polityków, którzy uczestniczyli w marszu (a był to pierwszy tego typu wypadek, by znani politycy znaleźli się w takim miejscu), że są poważniejsze sprawy niż pisana w cudzysłowie homofobia. „Patronującą manifestacji wiceminister Jarugę-Nowacką wolałabym widzieć wśród kobiet stojących w ogonkach po nowe, zredukowane zasiłki alimentacyjne i zagubionych w okolicznościach, którym nie potrafią sprostać”8. Mamy tu jak na dłoni pewien ideowy szantaż. W kraju o tak wielkich problemach ekonomicznych politycy nie powinni zajmować się dyskryminacją homoseksualistów, zwłaszcza że ta dla Hennelowej nie istnieje. A przecież równie dobrze można uznać, że różne rodzaje opresji niekoniecznie się nawzajem wykluczają i wolno działać jednocześnie na różnych frontach.

Rozwodzę się tak obszernie nad krótkim felietonem Józefy Hennelowej głównie dlatego, że autorka bardzo często występuje w roli autorytetu moralnego. Analiza jej wypowiedzi uświadamia, jak bardzo tradycyjna moralność kuleje w zetknięciu z homoseksualizmem W związku z tym chciałbym sformułować pewien – dla mnie absolutnie zasadniczy – zarzut. Otóż tak Józefa Hennelowa, jak i prawie wszyscy inni komentatorzy nie zauważyli, że Marsz Tolerancji nie był po prostu marszem gejów i lesbijek. Był wydarzeniem, za którym stał pewien system wartości: prawa człowieka, równość i szacunek dla wszystkich ludzi, solidarność. Wiem, to wielkie słowa, ale nie trzeba być Derridą, by zauważyć, że Marsz był pasem transmisyjnym pewnej aksjologii. Reakcje konserwatystów (Hennelowa jest tylko łagodnym tego przykładem) wyglądały tak, jak wyglądały, bo kompletnie umknął im ten właśnie aspekt wydarzeń w Krakowie. Stąd ich dobre samopoczucie moralne: wygodnie jest myśleć, że to ja jestem depozytariuszem wartości, a oni są po prostu zgrają ludzi, którzy nie wiedzieć, czego chcą.

Marsz Tolerancji pokazał też bardzo wyraźnie granice wolności w III RP. Świadczy o tym reakcja Polityki. Chodzi o artykuł Wiesława Władyki Prawo nie od parady9, gdzie autor całkiem sensownie pokazywał, dlaczego prezydent Lech Kaczyński naciągnął prawo. Tłumaczenie, że nie można dopuścić do Parady, bo Młodzież Wszechpolska może źle zareagować, jest mało przekonujące. Władza (czyli Kaczyński) po to właśnie jest, by zapewnić spokój pokojowej manifestacji (czyli Paradzie). Co więcej – w imię dbałości o porządek można na dobrą sprawę zakazać każdej i dowolnie wybranej manifestacji. A to jest niebezpieczne. Wszystko to prawda. Najciekawszy jest jednak podtytuł artykułu Władyki, który genialnie streszcza dzisiejsze rozumienie wolności w Polsce. Otóż wytłuszczony na czerwono fragment brzmi: „Z ograniczeniem wolności trzeba uważać, nawet jeśli dotyczy to gejów i lesbijek”. Czyż nie jest to retoryczne arcydzieło? Po pierwsze, zdanie to z góry zakłada, że wolność należy ograniczać, choć z niejaką ostrożnością. Po drugie – wyraźnie wskazuje, że geje i lesbijki są obywatelami drugiej kategorii. A wszystko w aurze wszechogarniającego liberalizmu. Nie należy się obrażać. Najwidoczniej tak po prostu jest.

Na koniec chciałbym przytoczyć wypowiedź Rzecznika Praw Obywatelskich Andrzeja Zolla z „Gazety Wyborczej”10: „Z prawnego punktu widzenia każdy ma prawo do wyrażania swoich poglądów. Także homoseksualiści. Jednak co innego, jeśli po prostu chcą zademonstrować swoją odmienność”. Szczerze mówiąc – nie bardzo rozumiem. Demonstrowanie odmienności nie da się oddzielić od demonstrowaniem własnych (odmiennych) poglądów. Pomińmy fakt, że podczas Marszu w Krakowie homoseksualiści demonstrowali raczej podobieństwo niż odmienność (komunikowali: jesteśmy takimi samymi ludźmi jak wszyscy). I dalej: „[geje i lesbijki] powinni móc korzystać z wolności zgromadzeń i z możliwości przedstawienia swoich postulatów. Władza jest od tego, żeby im to umożliwić. Ale zastrzegam, że nie uważam, żeby homoseksualiści byli w Polsce dyskryminowani. Do mojego urzędu nie przychodzą skargi na ten temat”. Podsumujmy tę zadziwiającą konstrukcję myślową: homoseksualiści powinni mieć prawo do zgromadzeń (choć właśnie są tego prawa przez prezydenta Kaczyńskiego pozbawiani, a ja nie bardzo kwapię się, żeby coś z tym fantem zrobić, mimo że z racji sprawowanego urzędu powinienem jakoś zareagować); homoseksualiści nie są jednak dyskryminowani (po co zatem wspominać, że powinni mieć prawo do zgromadzeń? O figurze „przecież wszystko jest w porządku” wspominałem już przy okazji artykułu o Hennelowej); a dlaczego nie są dyskryminowani? Bo „do mojego urzędu nie przychodzą skargi na ten temat” – stwierdza Rzecznik Praw Obywatelskich. Pamiętajmy jednak, że Rzecznik wypowiada te słowa mniej więcej w dwa tygodnie po „wypadkach krakowskich” (czyli ataku prawicowych bojówek na gejów i lesbijki), gdzie byli ranni, a jeden z policjantów został oblany substancją żrącą. Chciałoby się zapytać, czy Rzecznik był wtedy na księżycu, ale przecież nie wypada. Do jego urzędu nie dotarły przecież żadne skargi.

To koniec prasówki. Czy nie było reakcji, które kierowałyby się prostą solidarnością z homoseksualistami bez kunktatorskich półcieni? Były (np. Seweryna Blumsztajna). Przeważały jednak wypowiedzi albo homofobiczne, albo prezentujące coś w rodzaju „homofobii z ludzka twarzą”. Dlatego tym bardziej dramatyczne staje się pytanie, które samo nasuwa się po przeanalizowaniu różnorodnych reakcji: czy już przegraliśmy walkę o język i związaną z nim wizję świata? Sfera publiczna, polityka i media konserwatyzują się, a jednocześnie komercjalizują. Oto na przykład próbka języka, jakim w radiowej Trójce zapowiadano dyskusję o paradzie w Warszawie. Po wstępnym pytaniu: „Czy żyjemy w terrorze homoseksualizmu?” padało rozwinięcie: „Nie chcesz parad gejowskich na ulicach? Nie popierasz małżeństw lesbijek? To oznacza, że jesteś filarem ciemnogrodu. A skoro jesteś homofobem, więc pewnie powinieneś się leczyć! Plan gejów jest prosty – ich problemy wyznaczą linię podziału na światłych i zacofanych. Czy mamy do czynienia z dyktaturą homoseksualistów? Za czy przeciw?”. Przypominam, że tego typu ideologiczna manipulacja pojawiła się w podobno liberalnej i do niedawna „inteligenckiej” Trójce. Zresztą medialnym hitem bywała (i bywa) dyskusja między przedstawicielem Młodzieży Wszechpolskiej a gejem. Dochodzi wtedy do rytualnej przepychanki z góry skazanej na niekonkluzywność, ale za to bardzo atrakcyjnej medialnie. Przy okazji problem zostaje odfajkowany, a wszystko rozgrywa się w atmosferze liberalnego przyzwolenia na pluralizm opinii. Kwestia równych praw mniejszości seksualnych zostaje sprowadzona do pytania „za czy przeciw” gejom. Swoją drogą bardzo chciałbym wiedzieć, co to znaczy być „przeciw” gejom? Czego należy ich właściwie pozbawić? Prawa do publicznych demonstracji, uprawiania seksu, powietrza? Tak ustawiona dyskusja z góry spycha osoby opowiadające się za prawami mniejszości na przegraną pozycję.

Co więcej, matrix zwany polską sceną polityczną – z hiperpragmatyczną pseudolewicą i coraz radykalniejszą, choć równie pragmatyczną prawicą – daje się łatwo zaszachować dyskursowi prawicowo-narodowemu. Symbolicznym tego dowodem stało się niedzielne śniadanie polityczne Moniki Olejnik w Radiu Zet (27.05.). Olejnik zapytała Romana Giertycha – jak pokazały wybory do Parlamentu Europejskiego, lidera drugiej siły politycznej w Polsce – o jeden z postulatów LPR-u. Jest nim zapis prawny nakazujący wyrzucać z pracy tych nauczycieli, którzy pozytywnie wypowiadają się o homoseksualistach. Giertych doprecyzował, że chodzi o promowanie homoseksualizmu. Lech Kaczyński uznał, że jest to rzecz najzupełniej zrozumiała. I nikt, dosłownie nikt, z pozostałych dyskutantów reprezentujących całe parlamentarne spektrum polityczne (m.in. Józef Oleksy i Tomasz Nałęcz) nie zaprotestował przeciw temu oczywistemu absurdowi, będącemu w istocie próbą legalizacji polowania na czarownice. Nikt nie skrytykował języka, w którym równe prawa dla wszystkich zamieniają się w „promowanie homoseksualizmu”; dyskutanci milcząco przyjęli ten słownik, co z kolei zaowocowało blokadą ewentualnych głosów promniejszościowych (bo któż chciałby „promować homoseksualizm”?). Warto podkreślić, że ten język (w rzeczy samej rodzaj „mowy nienawiści”) wdarł się nie tylko do liberalnych mediów; słychać go bowiem również w sejmie i z kościelnych ambon (patrz kardynał Nagy obwiniający za przemoc same ofiary przemocy). W przestrzeni medialnej coraz częściej obowiązują reguły dyskursu prawicowo-narodowego.

Podsumujmy krótko: w demokratycznym państwie pokojowi i legalni manifestanci byli najpierw straszeni, potem obrażeni i pobici, a na końcu okazało się, że sami są sobie winni i dlatego ich ukarano (zakaz Parady w Warszawie). Odpowiedzią na ruchy emancypacyjne stały się działania radykalne: prawicowe bojówki. Wśród reakcji na „wydarzenia krakowskie” istniała duża liczba głosów, które – w wersji „twardej” lub „miękkiej”, pośredniej lub bezpośredniej – usprawiedliwiały przemoc.

Jednocześnie lesbijki i geje zyskali wyraźną – także społeczną i polityczną, choć nie prawną – podmiotowość. Symbolicznym zapalnikiem była tu zapewne akcja „Niech nas zobaczą”, gdzie w przestrzeni publicznej i medialnej pojawił się konotujący zbiorowość zaimek „nas”. „Kwestia gejowsko-lesbijska” stała się – tu i teraz – sprawą polityczną. Jeśli wcześniej wolno było rzecz całą po prostu pominąć, dziś można mieć pewność, że w następnych wyborach parlamentarnych będzie to – obok np. aborcji – problem polityczny (a rozwiązania podyktuje Roman Giertych).

Po wydarzeniach w Krakowie i zakazie Parady Wolności w Warszawie oczywiste jest też, że politykę zdominował nurt konserwatywny. Dlatego trzeba podkreślać, że homofobiczne ataki i w ogóle kwestia dyskryminacji nie jest wyłącznie sprawą mniejszości seksualnych, lecz wszystkich tych, którym zależy na życiu w wolnym i demokratycznym państwie. To sprawa uniwersalna, „kwestia smaku” i solidarności. Tak jak napisano w Liście Otwartym studentów i doktorantów uczelni warszawskich:

„W piątek 7 maja byliśmy świadkami wydarzeń, które w życiu publicznym naszego kraju nie mają precedensu. [...] W Polsce nikt dotąd nie kwestionował prawa niepełnosprawnych, związkowców, nacjonalistów ani żadnej innej grupy do demonstrowania na ulicach miast. Nie rozumiemy, dlaczego geje i lesbijki stają się teraz pariasami polskiej demokracji. Etos demokratycznej opozycji i dziedzictwo Sierpnia nadawały kształt naszemu życiu publicznemu. Wydarzenia krakowskie i towarzysząca im nagonka na ofiary wyznaczają punkt zwrotny w historii III Rzeczypospolitej. Bulwersujące wypowiedzi moralnych autorytetów, ogłaszających, że „wina leży po obu stronach”, budzą nasz niepokój o stan polskiej demokracji. Nie pozwolimy, aby język debaty publicznej w Polsce usprawiedliwiał przemoc łysych ksenofobów i skrajnie prawicowych bojówek. Język ten dostatecznie skompromitował się w Polsce lat trzydziestych. Bagatelizowanie przemocy i zachęcanie do niej uważamy za skrajnie niemoralne i niesprawiedliwe”11.



Poszerzona wersja artykułu jest częścią książki zbiorowej Homofobia po polsku.

Błażej Warkocki



1. P. Semka: Dwie procesje. „Gazeta Polska”, nr 17 z 28 kwietnia 2004, s. 15.



2. E . Isakiewicz: Tolerancja inaczej. „Gazeta Polska”, nr 20 z 19 maja 2004, s. 24.



3. „Wprost”, nr 25 z 20 czerwca 2004, s. 12.



4. J. Winiecki: Symbole nowej demokracji. „Wprost”, nr 26 z 27 czerwca 2004, s. 55.



5. Ks. A. Boniecki: Geje w Krakowie. „Tygodnik Powszechny”, nr 19 z 9 maja 2004.



6. J. Hannelowa: Moje trzy grosze. „Tygodnik Powszechny”, nr 20 z 16 maja 2004.



7. Podaję za materiałami, które rozdała Anna Gruszczyńska (zatytułowane The year of living dangerously. Chronicle of homophobia in Cracow) podczas swego wystąpienia w czasie sejsji W Europie bez homofobii. Odmieniając wspólnoty, Wrocław 24-26 maja 2004.



8. Żeby uniknąć wątpliwości: Izabela Jaruga-Nowacka osobiście nie brała udziału w manifestacji.



9. W. Władyka: Prawo nie od parady. „Polityka”, nr 25 z 19 czerwca 2004.



10. „Gazeta Wyborcza” z 27 maja 2004.



11. List otwarty studentów i doktorantów uczelni warszawskich w sprawie „wypadków krakowskich”. „Krytyka Polityczna”, nr 6 (2004), s. 279. List do tej pory podpisało ponad 1300 osób. Żadne masowe medium nie zdecydowało się na jego publikację.

Artykuł pochodzi z kwartalnika „Bez Dogmatu”, nr 61 (2004).

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
CZYTAJĄC MYŚLIWSKIEGO, CYTUJĄC MYŚLIWSKIEGO
UKRYWANIE OGONA
W PODRÓŻY

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt