Witryna Czasopism.pl

nr 24 (106)
z dnia 2 września 2004
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

TANIEC ROZUMU Z RELIGIĄ

A to się porobiło! Wszystko wskazuje na to, że najlepszy dodatek społeczno-kulturalny w naszej prasie codziennej ma obecnie gazeta… „Fakt”. Mam na myśli „Europę. Tygodnik Idei”, którego numer dwudziesty drugi pojawił się 1 września. Tak właśnie, to nie „Gazeta Wyborcza” czy „Rzeczpospolita”, ale właśnie „Fakt” – brukowiec straszący tandetną grafiką, artykulikami o aferach i życiu gwiazd rozmaitego formatu, a także fotkami rozebranych panienek na ostatniej stronie – zafundował sobie ambitny, z głową redagowany dodatek. Czyżby „Europa” miała być kwiatkiem do zgrzebnego medialnego kożucha? Choćby nawet i tak… W sytuacji, kiedy kultura traktowana jest przez mass media papierowe po macoszemu, nawet taki kwiatek robić może za rajski ogród.

Do tej pory „Europa” nie była omawiana w „Witrynie Czasopism”, wypada więc, abym podał kilka podstawowych informacji na temat tego tygodnika. Jego redaktorem naczelnym jest Robert Krasowski, który we wstępniakach otwierających każdy numer zapowiada jego zawartość i opatruje ją krótkim komentarzem, a do grona redaktorów pisma należy między innymi znany eseista i prozaik Cezary Michalski. W każdym numerze znaleźć można temat wiodący. W „Europie” dominuje problematyka społeczno-polityczna, sporo jest tu rozważań o najważniejszych ideach organizujących naszą teraźniejszość (stąd właśnie podtytuł pisma). W każdym numerze jest też miejsce na teksty dotyczące literatury i prezentacje literackie (dla przykładu: w nowym numerze poczytać można premierowe wiersze Jerzego Ficowskiego). Redaktorzy tygodnika nie boją się tekstów trudnych w odbiorze i długich, co w czasach przysłowiowych już „pogłębionych esejów na 1000 znaków” skrojonych na miarę tzw. zwykłego czytelnika zapisać trzeba na plus osobom odpowiedzialnym za kształt „Europy”.

Głównym zagadnieniem nowego numeru „Europy” redaktorzy uczynili kwestię konserwatywnej krytyki Oświecenia. Temat wprawdzie do nowych nie należy, ale przecież warto do niego wracać, bo wraz ze zmieniającą się coraz szybciej rzeczywistością odmieniają się argumenty w sporze o dziedzictwo Oświecenia i losy projektu oświeceniowego. Tygodnik prezentuje głosy Johna Graya (w rozmowie Złudzenia postępu i inne formy naszych złudzeń prowadzonej przez Marcina Króla), kardynała Josefa Ratzingera (Zachód w poszukiwaniu pokoju) i Rogera Scrutona (Lewica wczoraj i dziś).

Gray, kontrowersyjny angielski filozof, mówi tym razem rzeczy dosyć oczywiste, z którymi łatwo się zgodzić, albo powtarza tezy ze swoich książek. Jest o złudzeniach postępu, nadmiernej wierze w moc nauki, niebezpiecznych przygodach liberałów nadmiernie przywiązanych do pewnych wartości – jak się okazuje dyskusyjnych – takich jak rozum czy wolność osobista, o wypieraniu religii w kulturach świeckich. Gray nie należy do optymistów, jeśli chodzi o przyszłość świata; uważa, że podatność obecnych form życia na rozpad i słabość instytucji państwa przysporzyć nam może wielu kłopotów.

Kardynał Ratzinger skupia uwagę na odbywającym się od wieków skomplikowanym tańcu rozumu z religią. Z jednej strony krytykuje „rozum zwyrodniały”, „zniewolony przez tyranię ideologiczną”, z drugiej „źle pojętą religię” naznaczoną grzechem fundamentalizmu. W imię chrześcijańskiego jednania „przeciwieństwa” stwierdza: „Państwo świeckie opiera się na równowadze między religią a rozumem”. W teorii wygląda to na pewno pięknie. Ale w praktyce przecież znajdowanie punktu równowagi pomiędzy dążeniami „urzędników religijnych”, czyli kleru, a funkcjonariuszami demokratycznego państwa, reprezentującymi rozum, wcale nie przychodzi łatwo. Należałoby raczej zauważyć, że państwo świeckie powinno opierać się na równowadze między religią a rozumem.

Mocno zirytował mnie szkic Scrutona. Filozof opisuje przygody zachodnich lewicowców, którzy po spektakularnym upadku moskiewskiego Wielkiego Brata wykonali woltę i „przestali nazywać się marksistami, maoistami czy nawet socjalistami. Szybko uznali proletariat za byt fikcyjny i związali się z nowymi ruchami: feminizmem, wyzwoleniem gejów, walką o prawa zwierząt i całą chmarą innych ataków na »burżuazyjną« normalność”. Scruton ma im za złe – zresztą całkiem zasadnie – że w większości ani na płaszczyźnie intelektualnej, ani moralnej nie rozliczyli się ze swoją marksistowską przeszłością. Autor dokopuje jak może zwłaszcza francuskim intelektualistom, przy okazji prezentuje sądy zadziwiające. A Michelu Foucault pisze: „Wykazał mianowicie, że rodzina, system prawny, tradycyjne formy poznania, miłość heteroseksualna – słowem, to wszystko, co utrzymuje naszą cywilizację przy życiu – to tylko maski służące zagarnianiu władzy. Żaden wcześniejszy myśliciel nie wydał tak jawnego pozwolenia na łamanie wszelkich zasad, może poza przewodniczącym Mao, którego Czerwona książeczka była lekturą obowiązkową w Paryżu za czasów młodości Foucaulta”. To fakt, że autor Nadzorować i karać może nieco obsesyjnie tropił wszelkie przejawy opresji władzy. Trzeba jednak dużo złej woli, aby prace tego Francuza odczytać jako „pozwolenie na łamanie wszelkich zasad” i zestawiać go z Mao. To jednak właściwie nic w porównaniu z inną tezą Scrutona, który twierdzi ni mniej, ni więcej, tylko że „Jeśli (…) chcemy zrozumieć ten nowy rodzaj transatlantyckiej lewicowości, musimy dostrzec, że jego zasadniczy nurt stanowi ruch na rzecz »wyzwolenia gejów«”. To – moim zdaniem – klasyczny przykład stosowanej przez niektórych konserwatystów strategii redukcjonizmu, polegającej na zastępowaniu skomplikowanego, wieloaspektowego zagadnienia jednym wyrazistym, ale kontrowersyjnym hasłem. W ten właśnie sposób w latach 90. zredukowano u nas dyskusję o prawach kobiet do kwestii aborcji. A teraz Scruton stawia znak równości między nową lewicowością a problemem gejów. Do czego może to doprowadzić, przekonaliśmy się podczas tegorocznego krakowskiego Marszu Tolerancji, kiedy to konserwatyści dyskutowali z uczestnikami marszu przy użyciu kamieni i pięści.

A na koniec z nieco innej beczki. „Europa” przedrukowuje z „The New Yorkera” całkiem przytomny szkic amerykańskiego pisarza Johna Updike’a o Czesławie Miłoszu (Wierzący świadek czasów pożogi). Wszystkim rodakom, którzy przy okazji pogrzebu Noblisty popluwali na Jego trumnę i rozliczali Go ze stosunku do Polski i polskości, daję pod rozwagę zamykający tekst Updike’a akapit: „Wierzący, pełen zasadnych wątpliwości, Amerykanin, którego serce mieszka na Litwie, a umysł w zniknionej Warszawie i trwającym Paryżu (…), eseista o szerokim spojrzeniu, nieufny wobec zaangażowania w europejskim znaczeniu tego słowa, ale bynajmniej nie zasługujący na miano niezaangażowanego, Kalifornijczyk kochający naszą naturę, ale chłodny wobec naszej kultury – Miłosz wymyka się stereotypom; mamy wśród siebie giganta, który nie należy do żadnej znanej kategorii”.

Robert Ostaszewski

Omawiane pisma: „Europa – Tygodnik Idei”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
Druk kontra piksele.
Hipertekst w literaturze
„STUDIUM” PO LIFTINGU
MASKA CZY TWARZ?
O TAK ZWANYM CHARAKTERZE NARODOWYM I JEGO KRYTYKACH

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt