Witryna Czasopism.pl

nr 5 (231)
z dnia 5 marca 2009
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | teraz o… | autorzy | archiwum

felieton__REISEFIEBER

Skąd to się bierze? Nie mam szczególnych skłonności do przeżywania ekstatycznych wrażeń podróżniczych. Niagara? A może Nauru? Wszystko mi jedno. Równie frapujący może być zamek w Książu. W Książu, na Księżycu, byle gdzie. Owszem, na najbliższym podorędziu mam kilka miejsc wartych zwiedzenia. Wymienię choćby własną toaletę. To sanktuarium pozwala mi się uwolnić od nadmiaru. W tym pomieszczeniu spotyka mnie ulga. W tym miejscu czuję, że moje istnienie przybiera na mocy.

Nigdy nie nęciły mnie gustowne wycieczki, ten pokupny rodzaj nicości w wersji dla obeznanych z piekłem turbulencji. Nie widzę w rytuale podróży specjalnych wartości; zwłaszcza owej ekscytacji, której obietnicę znajduję w folderach biur podróży – tych rozpasanych i pochopnych testamentach rozsądku. Wolałbym już – za sprawą magicznej peronówki – wybrać się na zwiedzanie City of Tutaj. Celem tej ekspedycji jest wzmożenie bycia. Tu, nigdzie indziej, jest all inclusive. Tu jest business class. Tutaj też z reguły trafia się last minute. Lecz oto przy tym wszystkim (drżyj, Muzo konsekwencji!) z regularnością notorycznego flagellanta poddaję się torturze aseptycznych ekspresów. Zdwajałbym i zdwajał tempo pozostawania w jednym i tym samym miejscu. Coś mnie jednak wyrzuca z przyziemnej orbity Tutaj. Co to za siła? Działająca w dwóch kierunkach na raz?

Miejsca godne zwiedzania – elewacja świata. Rzetelna uroda przeciętnych wakacji kojarzy mi się ze sterylnym wdziękiem pocztówek. Wracamy umyci w świetle. Ot i cała tajemnica podróży.

A jednak wyprawy, te najbliższe i te najdalsze, w ostatecznym rozrachunku zachowują dla mnie pewien urok – urok, którego przyczyny nie umiem sam przed sobą wyłuszczyć. Nie chodzi tu o spodziewane zawarcie rozejmu z wielbłądem czy też o jakąś szczególną panoramę, osiągalną tylko ze szczególnego szczytu. Te rzeczy mogę sobie wyobrazić. Albo inaczej – jako człowiek nie pierwszej już skłonności do popadania w euforię potrafię przeprowadzić w pamięci proste działanie arytmetyczne: od zawrotnych okoliczności przyrody odejmuję hotelową marżę i zapach oliwy z pobliskiej smażalni. To chłodna kalkulacja, nie ma tu ni krzty dystopijnego talentu.

Naukowcy powiadają, że każdego dnia oddajemy światu milion kawałków naskórka. O ile więc nie wiedziemy żywota nadto ubłoconego, lwia część zawartości worka w naszym odkurzaczu będzie miała nasz kod genetyczny. Oto cała prawda o naturze kurzu. Brud jest produktem naszego systemu pojęć. Świat nigdy nie był brudny.

Cotygodniowa ofiara na szufelce uzmysławia mi zatem, że jestem sobą tylko wespół z domem. A jednak przemieszczam się średnio paręset kilometrów miesięcznie. Czyżbym miał jakąś misję? Nic podobnego. A może, skoro dom jest mną, poszukuję świata? Coś w tym jest. Pozbawiony większych nomadycznych ambicji sięgam jednak po sakwojaż z przewrotną oskomą. Aczkolwiek – wykonuję tę czynność nie bez dreszczu emocji.

Kant nie ruszył się przez całe życie z Królewca (ba, nie był nawet nad morzem!); Sołowjow, po odbyciu filozoficznej pielgrzymki po zgniłej Europie, zaklinał się, że odtąd nie opuści Moskwy. Ja jestem takim Immanuelem Sołowjowem. Z tą jednakowoż różnicą, że gdziekolwiek uda mi się udać, w plecaku taszczę ze sobą buławę Tuarega.

Gwoli precyzji. Owych plecaków jest więcej niż jeden. Mam przygotowane zestawy podróżne na dwudniowy wypad, czterodniową wycieczkę i jeszcze trzeci – na tygodniową tułaczkę. To bardzo proste zabezpieczenie i komfort. Siwiznę zawdzięczam przeprowadzkom i sporządzaniu bagaży.

Kto powiedział, że ludzka pamięć jest narzędziem do gromadzenia informacji? Bzdura! Służy ona do zapominania!

Ileż to razy w noc przed podróżą budzę się zlany zimnym potem...! Czy spakowałem sztalugi? W którym plecaku znajduje się fortepian? Dopiero gdy palec dotyka kontaktu, oświeca mój umysł kojące przypomnienie: przecież jestem pisarzem! Jak mogłem o tym zapomnieć?

Za drugim przebudzeniem jednak wołam przez drzwi: „Sierżancie! Spakowaliście mój mundur galowy?!”.

Z jakiego paragrafu tułam się po świecie? Zupełnie tego nie potrafię zrozumieć. Jestem człekiem renesansu, nie – rekonesansu.

Taktyka pakowania rzeczy osobistych ma swoje style, kierunki oraz szkoły. Są turyści, którzy borykają się z tym zagadnieniem rok naprzód. Inni (a w tym gronie i autor niniejszych słów) preferują pryncypialną urodę ostatniego kwadransa przed opuszczeniem pieleszy. Owo podejście ma niewątpliwą zaletę. Dzięki niemu człek nie bierze na barki Himalajów niepewności. Cóż mi tam niepewna przyszłość galaktyk, jeśli nie wiem, co mam w torbie?

Są też rady pośrednie. Obydwie literackie. Pierwsza: sporządzić rękopiśmienną listę niezbędnych przedmiotów. Dokument ten na dzikich połoninach gościnnej Sklawonii może być jednak dowodem rzeczowym, więc koleją rzeczy następuje druga rada: przyodziać wykaz w formę regularnego sonetu.

Trzeba być rekrutem i mieć akurat ZOMZ, by wiedzieć, co żołnierz ma w plecaku. Ja byłem, miałem i wiem. Porządek. Porządek. Porządek.

(Przypis dla pokoleń pozbawionych okazji do rozkoszowania się urokami zasadniczej służby wojskowej: ZOMZ – zakaz opuszczania miejsca zakwaterowania).

Wiersz gotowy, strapienie tymczasem wcale a wcale nie mija. Po wypełnieniu spisów, przygotowaniu sonetów, spakowaniu wszelkich posiadanych kosmetyczek, żelazek, prodiży, inkunabułów, aparatów Ruhmkorffa, lustereczek, sztuk perkalu, munsztuków, sztucerów, sztucznych szczęk etc. – nadal jest coś takiego, co sprawia, że w noc przed opuszczeniem miejsca zakwaterowania ślina zasycha nam w gardle. Czy budzik wywiąże się ze zobowiązań? Raz na pięć lat te urządzenia trafia szlag. Sprawdzone na własnym życiorysie. Znaki na niebie i ziemi przemawiają za tym, że zjawisko to dojdzie do skutku niniejszej nocy.

Głównym lękiem zbliżającej się podróży jest ten, że oznacza ona rozbrat z naszym prywatnym rytuałem. Należę do ludzi obawiających się, że w obcych krajach obowiązuje zwyczaj noszenia lewego buta na prawej nodze. A prawego na lewej. Na domiar złego w tamecznych sklepach stosuje się zasadę płacenia za wszystko, czegośmy kupić nie mieli zamiaru; natomiast to, czego chcemy, dostajemy za darmo. Gringo skarbonką jest i basta! Zapewne są tam jakieś żałosne ograniczenia dotyczące nałogów. Przed wyjazdem oddajemy się słabostkom znacznie chętniej niż zwykle. A na koniec ten strach, ten paniczny strach, że oto pod dworzec kolejowy (ten, który widzę z własnego okna) podkładają bombę i z dniem jutrzejszym świat będzie odwołany. Od czasów awantury Piłsudskiego w Bezdanach (pomijając problem wojen światowych w liczbie sztuk dwóch) takiego zdarzenia nie było. Z każdym dniem przeto wzrasta prawdopodobieństwo, że się to przytrafi.

Życzylibyśmy sobie, żeby czekało na nas i czekało. Żebyśmy mieli walizki spakowane już w dniu przyjścia na świat. A nasz parowóz stał na stacji tydzień przed odjazdem. Żeby na skrzyżowaniach przed naszą taksówką usłany był dywan z zielonych świateł. A nasz pilot siadał za stery wprost spod aparatu EKG.

Mającym lęki przedpodróżne ślę pozdrowienie. Ja przeżywam trwogę. I będę szczery. Gdyby nie reisefieber, tobym nigdzie nie jechał.

M.K.E. Baczewski

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
Rokendrol w państwie pop
„HAPPY HORROR” I ZLEŻAŁE RYBY POSTMODERNIZMU
SŁABOŚĆ I SIŁA ANDRZEJEWSKIEGO

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt