Witryna Czasopism.pl

nr 9 (211)
z dnia 5 maja 2008
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

BEZBRZEŻNA ZADYMA

Na okładce nowego numeru pisma literackiego „RED.” [1 (6) 2008] widnieje zdjęcie łysego kibica KS Odra Brzeg (pismo wydawane jest w Brzegu), pokazującego nam środkowy palec okraszony brudnym paznokciem; równie dobrze mogłaby tak wyglądać pierwsza strona „Faktu”. Żeby zintensyfikować przekaz i postawić kropkę nad „i”, wizerunek kibica został zdublowany (tak, jakby odbijał się w lustrze). Ale Tomasz Fronckiewicz, odpowiedzialny za okładkę i oprawę graficzną „RED.-a”, postanowił do „i” dodać jeszcze jedną kropkę w postaci dużego napisu „zadyma”, unoszącego się jak czarna chmura na tle bramki piłkarskiej. Tak jakby kibic w naszej świadomości symbolizował przyjemne popołudnie i piknik na zielonej trawce, w związku z czym czytelnik mógłby się nie domyślić, że pismo porusza kwestie gorące i palące (na przykład apartheid czy kibolskie „ustawki”).

Paskudna okładka nie wróży nic dobrego, niestety, ten numer pisma przypomina polskie drogi – jest nierówny i pełen dziur. By to pokazać, najlepiej zastosować starą i dobrą metodę gradacji. Powiedzmy, że winda w ośmiopiętrowym literackim wieżowcu z poziomu -1 – czyli okładki – zabiera nas na poziom 0, na którym sytuuje się parodia eseju autorstwa Eweliny Twardoch (W sercu apartheidu: o Johna Maxwella Coetzee'ego „człowieku rozdartym” w kraju z żelaza – tytuł brzmi dumnie, parafrazując Gorkiego). Nie wiem, czy J.M. Coetzee znajduje się na licealnej liście lektur, ale jeśli tak, to ów „esej” mógłby zostać opublikowany jako bryk dla leniwych uczniów. W „analizie” Twardoch większość akapitów stanowią zgrabne streszczenia fabuły, a interpretacja powieści ogranicza się do umiejętnie wplecionych cytatów z pism krytycznych badaczy literatury. Wiele miejsca zajmują też cytaty z Wieku żelaza, które autorka usiłuje komentować, jednak nie zauważa, że pisze właściwie to samo, co Coetzee, tylko innymi słowami. Można też odnaleźć erudycyjne popisy: „Trochę jak człowiek przebudzony u Hermanna Hessego, bohaterka nie chce roztopić się we śnie”. I na tym koniec, jeśli chodzi o Hessego, który wpadł na chwilę i zaraz znikł, w każdym razie z jego wizyty nic więcej nie wynikło.

Jedziemy dalej windą do nieba. Na pierwszym piętrze wita mnie tekst Jarosława Jakubowskiego Jaka piękna klęska. Artykuł dotyczy klęski poezji, „poezyji” – chciałoby się powiedzieć. Jak informuje notka biograficzna autora, jest on ojcem dwójki dzieci i stąd pewnie bierze się jego nieprawdopodobna fantazja (bo ile można czytać dzieciom te same bajki?), nieoceniony talent do wymyślania zatrważających opowieści, w których straszą duchy przeszłości. Pierwszy duch pojawia się już w szóstym akapicie: „Przypomnijmy: w roku 1996 w Polsce zaczynała się niesławna epoka kwaśniewszczyzny, po krótkiej kwarantannie do władzy powrócili »kaci«, podczas gdy większość »ofiar« wybrała drogę kapitulacji i/lub kolaboracji”. Uuuuuuuu, zaskrzypiało w szafie.... Niby jakieś koterie, sekty poetyckie odkrywa Jakubowski, i to pod patronatem „Gazety Wyborczej” i „Polityki”! Ale o co chodzi? – myślę sobie. O Polskę chodzi, o ten nasz Poland właśnie! Na pytanie, „co tam, panie, w polityce?”, Świetlicki i krzywa „linia Świetlickiego” nie odpowiedzą na pewno, bo ich to „nie interere”, jak mawiają ludzie z Kętrzyna. Bo oni wolą „rzeczywistość pozapolityczną”. I popełniają błąd! Jakubowski utyskuje: „Tematem, który zniknął z wierszy moich rówieśników, jest Polska, traktowana jako historyczny, geopolityczny i socjologiczny fenomen”. Rówieśnicy Jakubowskiego z obu wysp i ci, którzy po ojczystej stąpają ziemi! Chcemy wierszy o Polsce (lub o Polandzie, mogą być po angielsku). Nie musi być od razu oda, zacznijmy od haiku.

Jest jeszcze u Jakubowskiego inny upiór, który nie pozwala zasnąć pasjonatom poezji. Autor, niczym śledczy-komornik, podkreśla, że „drugi nieobecny temat w polskiej poezji to pieniądz” i, jak jednoosobowy oddział Urzędu Skarbowego, podejrzliwie pyta: „Owszem, w wierszach młodych są komórki, komputery, e-maile, samochody, podróże, a nade wszystko alkohole, papierosy i inne używki, ale zupełnie nie wiadomo, kto za nie płaci”. No właśnie, kto? Ja też chcę wiedzieć! Kto za to płaci, ja się pytam. Kto Jasiowi Kapeli za alkohol i fajki w Pięknym Psie płaci? Skąd Kapela ma laptopa? Unia Europejska w euro walucie płaci, proszę państwa, a za 1 euro to 3 złote i 85 groszy będzie, to sobie proszę policzyć. Bo taki Piotr Macierzyński czy Wojciech Brzoska napiszą w formularzu, że wybitnymi polskimi poetami są, wyślą maila bezprzewodowym łączem do Brukseli i już Unia grant sto tysięcy euro wysyła, że niby na promocję tej polskiej kultury. Ale jaka ona polska, skoro o Polsce nie piszą? A taki Wojciech Wencel pisze o Polsce katolickiej i kto mu za komórkę płaci? On sam sobie płaci.

Myślę, że przy każdym tomiku poezji numer konta i PIN do karty bankomatowej autora powinien być podany, przydałaby się też informacja, czy aby krewnych na wyspach nie ma. Bo my, obywatele, mamy prawo wiedzieć, skąd oni, tacy biedni artyści, na to wszystko mają! Bo przecież nie ze sprzedaży tej lichoty, co niby poezją jest!

Piętro numer 2, a na nim tekst Piotra Maja Nic nie jest dobrze. O Zodiaku Davida Finchera. Trailer filmu obiecywał mordercę seryjnego, który serią z pistoletu seryjnie i serio zabija bez litości swe ofiary, a cała historia na „fakcie autentycznym” się opiera. Pomyślałam: jeśli to Fincher, to będzie zapierająca dech w piersi, mrożąca krew w żyłach, przyprawiająca o zawrót głowy i palpitację serca sensacja. Tymczasem sensacji nie ma w Zodiaku, tak jak i zadymy w piśmie „RED.”. Jest za to nuda, nuda coraz większa. Ale w porządku, może Piotr Maj wyprowadzi mnie z błędu. I autorowi przez chwilę nawet udaje się zasiać we mnie ziarnko nadziei, że banalna obyczajówka, która wylazła spod ręki ciekawego skądinąd reżysera, jest w rzeczywistości dziełem pasjonującym, traktującym o obsesjach i rozpadzie rodziny. Na początek Maj krótko nakreśla historię lat 60. w Stanach Zjednoczonych: że Kennedy zginął, a Martin Luther King po nim, że seryjni zabójcy pojawiali się seriami. A to dusiciel boa, tam znowu Charles Manson. Wszystko to podobno doprowadziło siedmioletniego Finchera do utraty poczucia bezpieczeństwa i tak boi się do dziś. Zgoda, ale czemu film taki nudny nakręcił? – pytam się w duchu. Tymczasem Maj zasypuje mnie faktami i ciekawostkami dotyczącymi kryminalnej zagadki. A co z filmem? Dowiaduję się jedynie, że Fincher jest przekonany, że „nic nie jest dobrze”. No nie jest, czego dowodzi jego najnowsze dzieło. Maj nieustannie próbuje mnie przekonać, że to jednak świetny film był, takimi oto pokrętnymi argumentami: „Swym obrazem reżyser angażuje odbiorcę intelektualnie oraz przede wszystkim emocjonalnie przez ponad 150 minut projekcji. (...) Zarówno postaci filmowe, jak i widzowie błądzą w labiryncie informacji, szukając wyjścia”. Ja również błądzę – w labiryncie tekstu Maja, bezskutecznie.

Na szczęście winda jedzie coraz wyżej:

3. – Grzegorz Hetman, Kto, z kim, o co? Subiektywny przegląd sporów o poezję ostatnich kilkunastu lat – dobry artykuł o kółkach wzajemnej adoracji poetyckiej i ich zaciętych dyskusjach nad kształtem polskiej poezji. Hetman wkracza w świat literackiego „pudelka”. Choć taktownie pomija szczegóły pijackich awantur i sezonowych bójek pomiędzy pisarzami, to z rozmachem opisuje źródła konfliktu młodych poetów „brulionu” z Julianem Kornhauserem czy animozje podszyte lansem pomiędzy Jasiem Kapelą a Jackiem Dehnelem. Nie brakuje anegdot i ciekawostek – na przykład takich, że w jednym z wierszy Miłosza Biedrzyckiego Zbigniew Herbert zostaje nazwany „dupkiem”, a Świetlicki publikuje utwór dla kolegi Koehlera zatytułowany złośliwie Koehleryzm.

4. – Krzysztof Bartnicki, Konflikty z odległej galaktyki – dla fanów Gwiezdnych wojen. Bartnicki odnajduje w heksalogii Lucasa swoistą filozofię, bada wynikające z niej definicje miłości, moralności i dobra. Warto zwrócić uwagę na bardzo interesujący fragment eseju o Mocy będącej w filmie synonimem Boga. Gwiezdne wojny w ujęciu Bartnickiego już nie kojarzą się ze „space westernem” czy przyjemną bajeczką, którą uwielbiają nastoletni chłopcy.

5. – O życiu, śmierci, literaturze i kondycji współczesnego człowieka – z Mariuszem Sieniewiczem rozmawia Piotr Makowski. Warto przeczytać, choć Makowski mógłby sobie podarować pytania typu: „Jak godzisz pracę z pisaniem? Co jest na pierwszym miejscu?” – nietrudno zgadnąć, że Sieniewicz odpowie „pisanie” i doda, że pisze od piątej do dziewiątej rano, bo jakoś się musi zorganizować. I jeszcze jedna uwaga: dlaczego od razu o życiu, śmierci, literaturze? Wiadomo, że nie rozmawiają o arbuzie i tańcach w Nikaragui, ale tytuł mógłby nie być aż tak pretensjonalny i niekonkretny.

6. – JPF, Zamordowanie cesarzowej austriackiej – słynna Sisi zginęła z rąk anarchisty, prawdopodobnie przypadkowo, pojawiając się w Genewie w nieodpowiednim miejscu i czasie. Jednak najbardziej zaskakuje narzędzie zbrodni – trójkanciasty wąski pilnik (o ostrzu długości 9,3 cm), którym morderca przebił jej serce. Oparte na faktach opowiadanie o okolicznościach śmierci cesarzowej czyta się z zapartym tchem.

7. – Grzegorz P. Bąbiak, Militaryzm i pacyfizm – bracia nowoczesności. O przyszłej wojnie Jana Gotliba Blocha – Jan Gotlib Bloch byłby laureatem pokojowej Nagrody Nobla, gdyby nie zawał serca, na który zmarł w 1902 r. Bloch (propagator myśli pacyfistycznej) napisał u schyłku XIX w. dzieło o zagrożeniach i skutkach wojny przyszłości, jego przewidywania potwierdziły z zatrważającą dokładnością obie wojny światowe. Przez całe stulecie nikt jednak o Blochu nie słyszał – głoszenie idei pacyfistycznych oznaczało wówczas zgodę na rozbiory, dlatego też nazwisko autora nie istniało na kartach historii. Na szczęście Bąbiak uzupełnia tę lukę swym arcyciekawym esejem, przywołując myśl Blocha i pytając o jej aktualność.

8. – Bartosz Wójcik i Małgorzata Paprota, Siedemnaste województwo: literacki Londyn – świetnie napisany, rzetelny, pełen humoru i rozmaitych ciekawostek esej o obrazie Londynu w literaturze – o wielkim polis, będącym bohaterem rozmaitych dzieł. Londyn to z pewnością miejsce niezwykłe; opisany został zrytmizowanym dystychem, w innym przypadku posłużono się trudną formą złożoną z cyklu sonetów puszkinowskich! Autorzy tekstu gwarantują pełną przygód przeprawę ulicami i dzielnicami miasta, których turyści zwykle nie odwiedzają. Ten Londyn to nie fotografia zabytków z pocztówki. Przyjemna lektura nawet dla czytelników, którzy Londynu dobrze nie znają lub nigdy w stolicy Wielkiej Brytanii nie byli.

Krótko mówiąc: nowy numer „RED.-a” razi niekonsekwencją – obok tekstów ciekawych, napisanych dobrze i z pomysłem, widnieją artykuły siermiężne, które czyta się z rosnącą irytacją. Redakcja powinna chyba uważniej czytać nadsyłane artykuły i dokonywać ostrzejszej selekcji.

Iga Dzieciuchowicz

Omawiane czasopismo: „RED.”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
felieton__EDYP
„STUDIUM” PO LIFTINGU
CYBERKULTUROWA REWITALIZACJA EKONOMII DARU

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt