Witryna Czasopism.pl

nr 18 (196)
z dnia 20 września 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

BYĆ KOBIETĄ, BYĆ KOBIETĄ...

Muszę wytłumaczyć się z tytułu. Po napisaniu omówienia ostatniego numeru „Pro Arte” (24/2007), doszedłem do wniosku, że poleciałem po bandzie. Po opublikowaniu czegoś takiego mógłbym w spokoju czekać, aż tłumy wściekłych kobiet z pochodniami będą pikietować pod oknami mojego mieszkania, mając chętkę na zrobienie mi krzywdy.

Dlatego też ta wersja będzie niezgryźliwa i delikatna. Tak jak temat numeru – sprawy kobiece. Tak, to temat drażliwy we współczesnym świecie. Gender Studies przebojem wbija się na salony najnowszej myśli. Feminizm wraz z innymi modnymi hasłami stał się pojęciem umożliwiającym reinterpretację rzeczywistości. Na każdym kroku spotykam odciśnięte piętno emancypacji kobiet.

Dobrze, powróćmy do „Pro Arte”. Widzę, że redaktorzy numeru sprawili niesamowitą radość osobom sprawdzających udział procentowy mężczyzn i kobiet w poszczególnych numerach czasopism. Tak, tutaj dominuje płeć piękna. Całkowicie opanowuje część praktyczną, tzn. dział prozy i poezji, a jedynie w maleńkim stopniu oddaje pole w części, nazwijmy ją, teoretycznej, tzn. w esejach i opracowaniach.

Gdy zabrałem się do czytania wierszy, naszły mnie wszelkie najbardziej niemiłe wspomnienia związane z twórczością kobiet. Zapewne dlatego, że bombardowany kobiecością od pierwszej strony, nie mogłem trzeźwo myśleć. Otóż przypomniał mi się tomik mojej znajomej, skonstruowany na dość prostej zasadzie: piszę radosny wiersz, gdy spotykam się z chłopakiem, smutny, gdy zrywamy ze sobą, znów wesoły, kiedy spotykam innego, smutny, bo znowu zerwanie…

Całe szczęście, że poezja kobieca (straszna nazwa, fuj, fuj! nie lubię jej), a raczej wiersze napisane przez panie, umieszczone w numerze, to, nazwijmy ją tak, polska średnia krajowa. Tylko co to określenie znaczy? Niestety, nie zapamiętałem ani jednego z przeczytanych wierszy. Teksty są porządnie skonstruowane, ale bez polotu. Żaden z utworów nie wybił się ponad to, co każdego dnia można poczytać na portalach typu nieszuflada.pl. Jednak wiem dobrze, że takie poetki jak Marta Grundwald czy Magdalena Komoń mają swoich wielbicieli/wielbicielki, którzy zapewne dla nich właśnie sięgną po „Pro Arte” w EMPiKu.

Najbardziej zainteresowałem się prozą, jedyną prozą numeru autorstwa Karoliny Litwiniec pt. Nieśpiąca Królewna, czyli o lobotomii bez znieczulenia oraz jej patogenezie. Tekst można opisać krótko: wkurwienie (podaję synonim, by kolejny raz nie przegiąć pały – histeryczne wnerwienie na wszystko) młodej dziewczyny. Widać, że autorka miała piątki z wypracowań z polskiego, ale to trochę za mało, aby napisać dobry tekst. Niełatwo przebić się przez jad sączący się z tego utworu, jego problem polega na tym, że poza tym jadem niewiele można z niego wycisnąć. Trudno.

Numer ratuje część, którą wcześniej określiłem mianem teoretycznej. Ktoś może zarzucić tekstom, że są zbyt akademickie, za dużo w nich -izmów i słów wprost ze Słownika Wyrazów Obcych. Niech nam to nie przeszkadza, powiększajmy swoje słownictwo i wiedzę o nieznanych autorkach, takich jak Ingeborg Bachmann. Raczej nie ma co szukać jej książek w księgarniach, ale może w bibliotece coś się znajdzie. Z tekstu Lucyny Bąk Kolonializacje wewnętrzne: patriarchat, faszyzm, psychoanaliza. O pewnym motywie w twórczości Ingeborg Bachmann wyczytać można, że Ingeborg Bachmann żyła pewnymi obsesjami, co więcej, obdarzyła nimi swoich bohaterów. O cudzych obsesjach zawsze warto poczytać…

A propos obsesji, oczywiście w numerze dotyczącym spraw kobiecych nie mogłoby zabraknąć guru, czyli Elfriede Jelinek. Jeszcze kilka lat temu wydawcy w popłochu szukali jej tekstów, by na fali przyznania jej Literackiej Nagrody Nobla opublikować wszystko, co się tylko da. Teraz każde szanujące się pismo co jakiś czas proponuje lekturę eseju o tej słynnej autorce. „Pro Arte” przedstawia tekst Joanny Krajewskiej pt. Powtórki z pytania: czy wyzwolenie kobiet jest możliwe? O twórczości Elfirede Jelinek, prezentujący sposób pojmowania teatru przez noblistkę.

Poza tym w numerze czeka na czytelnika wywiad z ikoną polskiego feminizmu, Izabelą Filipiak. Zaskakuje to, że zadającym jej pytania jest mężczyzna. Niestety, czuję się nim trochę zawiedziony. Lubię Księgę Em i Całkowitą amnezję. Czytam je bez zewnętrznych kontekstów i tak mi się podoba, bez tych wszystkich „obciążeń ideologicznych”. A to zapewne źle i nie po myśli autorki. No, ale trudno, niedobrze i za to pójdę do piekła.

Dodatkowo w letnim „Pro Arte” kilka innych atrakcji. Stawanie-się kobietą w oparciu o teorie Deleuze’go i Guattariego. Ciekawie napisany tekst Katarzyny Kapsydy Szymańskiej o „eksperymentalnych odniesieniach interpretacyjno-fragmentaryczno-genderowych” w twórczości Ladislava Klimy (One w Klimacji. Naruszalne. Fragmentaryzacja). Trzeba do tego dodać rozważania na temat listu niejakiej Żanety w tekście Lucyny Bąk (Pierwszy głos w sprawie Żanety). Powinienem ominąć tę opowieść, jednak samemu zdarzyło mi się popełnić niejeden podobny list. List o smutku i bezsilności wobec nieodwzajemnionych od lat uczuć do miłości mojego życia. Ba, próbowałem publikować to w „Wysokich Obcasach”, co zapewne dla redakcji zakończyło się salwą gromkiego śmiechu. Tekst Lucyny Bąk jest przesycony stereotypami. „Jestem panią Bovary” – zakrzyknął Flaubert, „jestem Żanetą” – zakrzyknął Marcin. Trudno.

Po tym wszystkim, kolejny raz bombardowany, ledwie stojąc na nogach, zacząłem zastanawiać się nad pojęciem patriarchatu i jego reinterpretacją. W niespełna kilkadziesiąt lat środek ciężkości z literki „m” przesunął się na literkę „k”, tak szybko, że wajcha może się urwać… Koniec końców, czyż w tekstach wyrazu „kobieta” nie można by zamienić na „mężczyzna”? Czy codzienne problemy nie dotykają nas wszystkich? Fakt, ostatni numer „Pro Arte” dotyczy spraw kobiecych, więc nie ma sensu zajmować się przy okazji facetami. Ale czyż świat nie składa się z m i k? No tak, ktoś powie – trudno. (Trudno.)

Po „Pro Arte” zapewne sięgną ci, którzy piszą prace licencjackie lub magisterskie na temat kobiet, feminizmu, gender. Na pewno w numerze „teoria” wygrywa z „praktyką”. Na pewno warto zagłębić się w lekturze za jedyne 6 złotych, chociaż stron trochę mało (74). Na koniec dygresja. Kiedy dopiero przymierzałem się do opisania najnowszego numeru poznańskiego czasopisma, witrynowa Joasia Wojdowicz powiedziała mi, że stoi przede mną trudne zadanie, bo ów kobiecy numer w jej mniemaniu jest przeraźliwie nudny. Jeśli zatem kobieta deklaruje, że kontakt z numerem pisma o sprawie kobiecej wywołuje w niej przeciągły ziew, musi to coś istotnego oznaczać. Chociaż powiadają, że jedna jaskółka wiosny nie czyni. A facet, jak to facet, ma najwięcej do powiedzenia w sprawie feminizmu i kobiet, za co baby zapewne spalą go na stosie.

Trudno.

Marcin Bałczewski

Omawiane pisma: „Pro Arte”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
ODNALEŹĆ WSPÓLNY RYTM
ŹLE JEST…
Pozytywnie

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt