Witryna Czasopism.pl

nr 14 (192)
z dnia 20 lipca 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

CUD NIEPAMIĘCI

„Niepamięci niech się święci cud” – śpiewał Stanisław Soyka, a za nim Anna Maria Jopek. Cud niepamięci wychwalać by mogły również przedmioty składowane w muzealnych magazynach – pozbawione swojego pierwotnego przeznaczenia, służące jedynie za symbol, wspomnienie. Warto by się zastanowić, czy rzeczywiście bierne gromadzenie artefaktów w instytucjach innych niż muzea sztuki jest jedyną metodą zachowywania pamięci o przeszłości. Do takich między innymi refleksji skłania artykuł Eulalii Domanowskiej Muzeów czar. Z perspektywy skandynawskiej, zamieszczony w ostatnim numerze „Orońska” [1 (66) 2007].

Antoine de Saint-Exupéry, wysyłając swojego małego bohatera w podróż między planetami, zapomniał mu chyba pokazać planetę Muzealnika. Ta najbardziej zagracona z planet toczy się leniwie po odległej, zakurzonej orbicie, świecąc blaskiem odbitym od tysiąca szklanych gablotek. Jedne na drugich, leżą tu przedmioty po przejściach i sprzęty z przeszłością, między nimi drepcze równie zakurzony Muzealnik. Na pytania Małego Księcia, po co mu to wszystko, Muzealnik odpowiedziałby pewnie, że konserwuje Pamięć – odkurza ją, pielęgnuje, trzyma pod kloszem, jak Mały Książę różę. Dlaczego jednak ludzkie wspomnienia, osadzając się w przedmiotach, muszą pozbawiać je funkcjonalności, na to już odpowiedzieć by nie umiał.

„Dorośli są jednak niepojęci”, zauważyłby Mały Książę.

Wtóruje mu Eulalia Domanowska, strasząc w swym artykule Muzeów czar. Z perspektywy skandynawskiej „klęską urodzaju spowodowaną nadmiernym kolekcjonowaniem przedmiotów”. Groźne statystyki, klątwa nierozkładającego się plastiku i wysypisk większych od Wielkiej Piramidy w Gizah nadal nie wydają się jednak przeszkadzać naszej tendencji do reifikacji wspomnień.

Nietypowy tego przykład podaje sama Domanowska. Szwedzki program Samdok zachęca do gromadzenia – z myślą o przyszłych pokoleniach – pamiątek po naszych czasach. Ciekawe z perspektywy socjologicznej zjawisko, pokazujące, jak widzimy lub jak chcielibyśmy widzieć samych siebie, ma też swoją ciemną stronę, polegającą na nadmiernym gromadzeniu – co tu dużo mówić – śmieci. „Muzealne magazyny zapełniają się plastikowymi talerzami, telefonami komórkowymi, meblami.” A przecież można inaczej.

Paul Valéry pisał: „[po wejściu do sali muzealnej] dopada mnie święte przerażenie. Mój krok staje się nabożny. Mój głos zmienia się – jest nieco głośniejszy niż w kościele, ale brzmi ciszej niż w codziennym życiu.” Żeby brzmiał właśnie tak codziennie, a muzeum żeby nie kojarzyło się z milionem zakazów i filcowymi kapciami, w latach 60. we Francji narodziła się nowa idea kultywowania pamięci o przeszłości – ekomuzea. „Etymologiczne termin ekomuzeum pochodzi od dwóch greckich słów: »oikos« – które oznacza »dom« w sensie symbolicznym i »museion«, jako zbiór rzeczy, kolekcja (od obiektów zainteresowania nauki do historii cywilizacji) – w połączeniu dając kolekcję rzeczy związanych z miejscem, z którego pochodzimy, czy w którym żyjemy – z »małą ojczyzną«”, objaśnia Barbara Kazior, krajowy koordynator programu Ekomuzea Fundacji Partnerstwo dla Środowiska („Kropla” 2/2004). Idea ta (wbrew temu, co twierdzi w swym artykule Domanowska, jest ona znana w Polsce od co najmniej 6 lat) sprawdza się świetnie zarówno przy dbałości o przeszłość, jak i o teraźniejszość. Takie „muzeum bez murów” chroni zabytki w ich naturalnym otoczeniu, pomaga lokalnym społecznościom budować tożsamość w oparciu o aktywną ochronę ich własnego dziedzictwa. To już nie bierne przyglądanie się muzealnym gablotkom, ale organizowanie jarmarków, warsztatów, tras turystycznych; to pełna świadomość bogactwa własnej przeszłości. Domanowska przywołuje tu burgundzkie Le Creusot, pierwsze ekomuzeum na świecie. Od siebie dodam kilka polskich przykładów: Lanckoronę, Wambierzyce czy Lubiąż.

Pamięć o przeszłości pomagają zachowywać także mniejsze, czasowe działania. Projekt autorstwa Moniki Grochowskiej i Michała Sieczkowskiego – Retransmisja – pozwolił poznać historie, których nie znajdziemy w książkach. Przez opowieści, rozmowy przy chłodnej lemoniadzie i potańcówki w cieniu kamienic na Foksal, młodsze pokolenie warszawiaków mogło odnaleźć więź łączącą je ze starszymi ludźmi. Bo przeszłość nie musi być przecież pokryta patyną wieków, możemy jej szukać także w naszym najbliższym otoczeniu.

Takie aktywne odkrywanie przeszłości, niewiążące się z zakurzonymi eksponatami, w artykule Domanowskiej zyskuje jeszcze jedno oblicze. Nowe muzea stają się interaktywne, multimedialne – można w nich czegoś dotknąć, coś poruszyć, zmienić. Coraz częściej wkraczają też w wymiar internetowy. O ile muzea sztuki pokonują tę drogę szybciej, podążając za działaniami artystów, o tyle cała reszta zostaje wciąż w tyle. W Polsce chlubnymi wyjątkami, istniejącymi tylko w internetowej rzeczywistości, są takie projekty, jak Muzeum PRL czy Muzeum Rzeczy Nieistniejących. Są to jednak prywatne inicjatywy, ośrodki działające pod auspicjami państwa często nie posiadają nawet strony www. Komercjalizacja kultury zmusza do zaakceptowania faktu, że teraz to muzea są dla widzów, a nie odwrotnie; dlatego należy wyjść do nich z otwartymi rękami, najlepiej również w sieci internetowej, która stała się właściwie Theatrum Mundi naszych czasów.

Czy pamięć komputera zaspokoi naszą potrzebę urzeczowiania wspomnień, nie wiadomo, natomiast nie grozi to na pewno istnieniu muzeów. Bowiem, parafrazując Jamesa Clifforda, muzeum to mocno skompromitowana idea, bez której mimo wszystko nie jesteśmy w stanie się obejść.


To tylko jedna z refleksji, jakie mogą nasunąć się po przeczytaniu artykułu Eulalii Domanowskiej. Do własnych przemyśleń skłania forma jej tekstu przypominająca raczej luźne notatki z wykładów, na których – jak autorka sama przyznaje – po części się opiera, niż zwartą wypowiedź osnutą wokół konkretnej myśli przewodniej. Oprócz kwestii kolekcjonowania rozwija także wątek muzeum jako miejsca budowania lokalnej czy narodowej tożsamości, przybliża skrótowo historię muzealnictwa i jego sytuację na Półwyspie Skandynawskim. Przywołana w tytule „perspektywa skandynawska” budzi tu sporo wątpliwości, bowiem Domanowska w równym stopniu, co szwedzkie czy norweskie, przywołuje przykłady muzeów z pozostałych części Europy. Zawiodą się także ci, co dadzą się zwabić cytatowi rozpoczynającemu artykuł („Wszystko może być eksponowane jako sztuka”, André Desvalées) i spodziewać się będą opisu muzeów sztuki współczesnej, do których zazwyczaj odnoszą się takie hasła. Mimo to nie wątpię, że artykuł ten jest godny polecenia. Przymknijmy więc oko na jego nieliczne wady i skorzystajmy z wielu ciekawych informacji.

Aleksandra Kędziorek

Omawiane pisma: „Orońsko”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
Z SOPOTU I Z WIĘCBORKA
Umarłbyś za mnie?
Szanujmy wspomnienia

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt