Witryna Czasopism.pl

nr 7 (185)
z dnia 5 kwietnia 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

LUKSUS PORZUCENIA

Trochę z rozpędu i na wyrost mnie i moich rówieśników okrzyknięto Pokoleniem JP II. Zżymam się na to i chociaż pobieram stypendium imienia Jana Pawła II, nie czuję się częścią tego generacyjnego tworu. Z ogromnej intelektualnej i duchowej spuścizny Papieża Polaka znam zaledwie dwie encykliki, kilka listów, wywiad-rzekę Przekroczyć próg nadziei, książkę Pamięć i tożsamość, dramaty i wiersze. To zdecydowanie za mało, żeby tworzyć pokolenie ochrzczone Jego imieniem. „Pokolenie Jana Pawła II” jest, w moim przekonaniu, mianem dla wspólnoty ludzi, którzy uznali Papieża za swojego Mistrza. Ale by mówić o kimś „mój Mistrz”, trzeba się zgodzić na bycie uczniem, co wymaga pokory i posłuszeństwa. Przede wszystkim jednak nawiązania z Mistrzem relacji i słuchania go. Ja za mało słuchałam i w związku z tym za mało znam Jana Pawła II; jeśli nazwę go swoim mistrzem, przestanę ufać innym jego „uczniom”, możliwe, że przez uogólnienie również tym, którzy rzeczywiście nimi są. Kilka lat temu na rekolekcjach Ruchu Światło-Życie przystąpiłam do Deuterokatechumenatu, czyli zdecydowałam się przejść katechizację podobną do tej, jaka ma miejsce w przypadku dorosłych kandydatów do chrztu. Było to dla mnie jednoznaczne z wyborem Mistrza i staniem się uczennicą, powtórny katechumenat bowiem to wejście do szkoły Jezusa. Potrzebuję jednak autorytetów w naśladowaniu Mistrza i właśnie tę rolę rezerwuję dla ludzi takich jak Jan Paweł II.

W marcowym numerze „Znaku” (3/2006) przeczytamy o tym, dlaczego Mistrzów, których we współczesnym świecie przecież wcale nie jest łatwo odnaleźć, czasem jednak się porzuca. Krzysztof Dorosz (W cieniu Karola Gustawa Junga) opowiada o swojej fascynacji Jungiem, o zainspirowanych jego koncepcjami poszukiwaniach religijnych i o tym, co ostatecznie skłoniło go do pójścia inną drogą. Autorowi, który swoją przygodę z Jungiem rozpoczął jako dziewiętnastoletni chłopak, wydawało się na początku, że odnalazł „patrona wszelkiej głębszej myśli i przewodnika w świecie prawdy”. Teorie psychologa dawały mu, jak myślał, wgląd w „rzeczywistość ukrytą pod powierzchnią nie tylko życia, lecz również intelektu”. Z czasem jednak zaczął odkrywać ich iluzoryczność. Przede wszystkim Dorosz neguje konieczność, a nawet możliwość postulowanej przez Junga „integracji cienia”. Twierdzi, że idea syntezy dobra i zła w człowieku przeczy intuicjom zawartym w wielu mitach, mówiących o konieczności zstępowania do piekieł i doświadczenia pokuty. Po odkryciu, że „wizjonerska metafizyka” Junga prowadzi na manowce, autor odrzucił go jako Mistrza, nazywa go wręcz swoim „fałszywym prorokiem”.

Filozof, profesor Papieskiej Akademii Teologicznej, Karol Tarnowski w rozmowie z Krzysztofem Mechem opowiada o swoim spotkaniu z myślą Martina Heideggera. Jak się dowiadujemy, „punktem wyjścia wcale nie była fascynacja, ale zwyczajna zgoda na propozycje tematu pracy doktorskiej”. Fascynacja zrodziła się później, po lekturze dzieła Byt i czas. Tym, co Tarnowskiego poróżniło z Mistrzem, było podstawowe rozpoznanie Heideggera, zwane przez niego „wrzuceniem-w-istnienie”. Tarnowski nie zgadza się również z twierdzeniem, że odwrót od istnienia (figura bycia-ku-śmierci) jest czymś pierwotnym, jako pierwotną wskazuje bowiem „drogę ku istnieniu”. Za największe, a wręcz beznadziejne uwikłanie Heideggera uważa pojęcie bycia. Nazywa je pustym i bezużytecznym. Kwestie, które Tarnowskiego najbardziej rozczarowały, to „droga raczej ku nieokreśloności niż ku Nieskończoności. (...) wykluczenie wymiaru etycznego, co wiąże się z odwróceniem się od relacji międzyludzkich, w których element etyczny odgrywa kluczową rolę”. Myśl Heideggera, zdaniem profesora, „okazuje się ostatecznie frustrująca i pod pewnym względem niebezpieczna”.

O swoich porzuconych mistrzach bardzo obszernie i ciekawie mówi malarz i filozof Paweł Taranczewski (artykuł Porzuceni mistrzowie). Wymienia ich w porządku dziedziny, w której go prowadzili. I tak, wśród mistrzów filozofii umieszcza: Stefana Świeżawskiego, Władysława Stróżewskiego, Romana Ingardena, Danutę Gierulankę i Józefa Tischnera. Mistrzem pisania był dla Taranczewskiego Jan Błoński, mistrzem w sprawach religii – Jan Paweł II. Obu im zresztą deklaruje wierność. Mistrzów malarstwa miał wielu, i do tego wielkich: „Leonardo da Vinci i Michał Anioł; impresjoniści oraz Georges Seurat i Cézanne; Wacław Taranczewski; Jerzy Nowosielski; Władysław Strzemiński, a poprzez niego Kazimierz Malewicz; Wassily Kandinsky; Piet Mondrian”. Powody opuszczania poszczególnych mistrzów różnią się, tak jak różnią się relacje zawiązane między uczniem i każdym z nich. „Od Ojca [Wacław Taranczewski – przyp. A.S.] odszedłem, spełniając tym samym jego pragnienie, bym się usamodzielnił i stał się odpowiedzialny za swoje malarstwo”, wyznaje autor. O Jerzym Nowosielskim pisze natomiast, że: „był dla mnie mistrzem wypełniającym bez reszty malarską świadomość, i on jeden jest mistrzem malarstwa zdecydowanie, radykalnie, raz na zawsze odrzuconym”. Taranczewski mówi również o tym, że czasem do porzuconych mistrzów wraca, tym razem jednak patrzy na nich inaczej. Z jego opowieści wynika, że ideałem bycia uczniem, kroczenia za Mistrzem wybranym, co ważne, na pewien czas, jest pielęgnowanie w sobie przede wszystkim pragnienia prawdy. Autor w swoich poszukiwaniach starał się kierować zasadą: Amicus Plato, sed magis amica veritas, by zawsze móc powiedzieć „Współmyśląc z nimi – myślę sam”.

Obok tematu głównego na uwagę zasługuje blok poświęcony polskiej misji wojskowej i humanitarnej w Afganistanie. Tutaj szczególnie interesująca wydała mi się dyskusja Afganistan a sprawa polska oraz artykuł-świadectwo „stamtąd”, pt. To nie jest dobre miejsce do życia, ale dobre do nauki, autorstwa Janiny Ochojskiej-Okońskiej.

W rubryce Rok 1984 znajdziemy teksty na swój sposób korespondujące z tematem głównym. Autorzy dziękują w nich Ryszardowi Kapuścińskiemu „za lekcję życia, klucz do szyfru, za wiarę w drugiego człowieka, za przykład dziennikarskiej rzetelności i odpowiedzialności za słowo”. Możemy tu zatem obserwować, jak wygląda odnajdywanie Mistrza.

Temat poszukiwania i porzucania Mistrza podjęty został jakby trochę na przekór naszej rzeczywistości, w której co i raz w wyniku lustracyjnych prześwietleń wychodzi na jaw „prawda” o kolejnych ważnych postaciach Kościoła, świata kultury, sztuki. Gdy zdezorientowani wciąż stajemy wobec nowych odkryć i widzimy, jak one łatwo obalają autorytety, czujemy, że świadomy akt porzucenia Mistrza chwilowo jest dla nas nieosiągalnym luksusem. Stąd też chyba biorą się wszystkie „autorytetowe” mody. Rzucamy się na każdego, kto może nam zaproponować jakieś wartości, nawet jeśli do końca go nie rozumiemy, a proponowanych wartości nie doceniamy. Rezultatem takich modnych wyborów nie jest, niestety, rozwój uczniów, ale dewaluacja nauki Mistrza. A potem możemy przeczytać, że największym autorytetem czytelników „Bravo” jest Jan Paweł II...

Agnieszka Sieńkowska

Omawiane pisma: „Znak”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
TAPECIARZE, TAPECIARKI! DO TAPET!
ZOSTAŃ CZERWONYM PUNKTEM
O MATERII SNÓW I SNACH MATERII

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt