Witryna Czasopism.pl

Nr 12 (129)
z dnia 22 kwietnia 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

ŻYCIE I POLITYKA

Tym razem lekturę tygodnika „Europa” (nr 16 z dnia 20 kwietnia 2005) zacząłem od końca. Dzięki redaktorom pisma, którzy postanowili przypomnieć dwóch amerykańskich twórców: zmarłego ponad czterdzieści lat temu poetę e.e. cummingsa (on sam życzył sobie, aby tak właśnie zapisywać jego nazwisko) i prozaika Saula Bellowa, który odszedł na początku kwietnia tego roku, zafundowałem sobie małą podróż w przeszłość. Teksty obu autorów przekładano intensywnie na polski; swego czasu, jakieś kilkanaście lat temu, byli oni u nas dosyć popularni. Sam jeszcze jako licealista zaczytywałem się ich książkami. Teraz chyba zniknęli ze świadomości czytelników, o czym świadczy chociażby fakt, że wznowienia powieści Bellowa zdarzało mi się całkiem często widywać w księgarniach taniej książki. A szkoda, bo obaj to pisarze wyborni.

Szczególnie szkoda e.e. cummingsa, poety tłumaczonego przez takich mistrzów sztuki przekładu jak chociażby Stanisław Barańczak, Artur Międzyrzecki czy Piotr Sommer. Co intryguje – moim skromnym zdaniem – po dziś dzień w poezji Amerykanina? Zdaje się, że umiejętność połączenia awangardowej formy wierszy z pewną prostotą, swojskością – by tak rzec – przekazu. Cummings zasłynął z niecodziennych konstrukcji typograficznych wierszy, w których znaki przestankowe i graficzne odgrywają równie wielką rolę, co słowa. Nie przez przypadek przecież e.e. cummings nazywany był „poetą maszyny do pisania”. Ale mimo to, że bez wątpienia był awangardystą, nie zamykał się w tekstowych wieżach z kości słoniowej, jego wiersze sytuowały się zawsze blisko życia. O czym pisał? Między innymi o uczuciach, wierze, śmierci, przemijaniu, ale też codziennym życiu. Pisał lekko, czasami ironicznie, a przy tym wcale nie płytko, powierzchownie. Można przekonać się o tym, czytając przekłady trzech wierszy wydrukowane na ostatniej stronie „Europy” (teksty przełożył Krzysztof Boczkowski).

Również w prozie Bellowa kwestia życia zajmowała miejsce centralne. Pisze o tym Agata Bielik-Robson w tekście Saul Bellow, czyli „więcej życia”. Autorka, odwołując się do rozpoznania Harolda Blooma, wskazuje, że hasło: „Więcej życia!” najlepiej oddaje specyfikę prozy Bellowa i dodaje: „Pomysł, że życie jest większe od wszelkiej idei, że samo jest także ideą, ale z innego, poważniejszego porządku niż wszystkie te, które żądają podporządkowania im życia, to główny motyw Bellowa pisarza”. Nie znaczy to wcale, że autor Herzoga był pogodnym witalistą, losy wykreowanych przez niego bohaterów często zaprawione są goryczą, a nawet tragizmem – w końcu amerykański pisarz zafascynowany był twórczością Fiodora Dostojewskiego. Koniec końców życie jednak zawsze u Bellowa triumfowało. Skoncetrowanie uwagi na jego fenomenie uchroniło Bellowa od nadmiernego uwikłania się w politykę. Bielik-Robson zauważa, że pisarz był „nieobliczalny politycznie” – „nie sposób określić, czy Bellow jest pisarzem konserwatywnym, czy progresywnym, o skłonnościach prawicowych czy lewicowych”. Z tekstu Bielik-Robson warto wynotować jeszcze jedno zdanie, tym razem już samego Bellowa: „Należę do pokolenia, prawie już wymarłego […], które miało namiętny stosunek do literatury, wierzyło, że jest to nieodzowne źródło iluminacji teraźniejszości, niezastąpione zwierciadło”. Szkoda, że ten namiętny stosunek do literatury tak rzadko pojawia się u pisarzy młodszych pokoleń.

Oczywiście nie wszyscy, tak jak Bellow, potrafią zachować dystans wobec polityczno-ideologicznych szaleństw i sporów, których jest w naszych czasach bez liku. Redaktorzy „Europy” starają się na bieżąco zapoznawać czytelników z wszelkiego rodzaju istotnymi debatami i dyskusjami toczonymi tak w Polsce, jak i zagranicą. W nowym numerze pisma znaleźć można dwa interesujące teksty polemiczne. Jeden z nich to Liberalizm imperialny angielskiego politologa i dyplomaty Roberta Coopera, głos w dyskusji toczącej się na łamach amerykańskiego miesięcznika „The National Interest”, poświęconej głównie kwestii „demokratycznego realizmu”. Pojęcie to stworzył Charles Krauthammer. Cóż ono oznacza? Rzecz ujmując w skrócie: demokratyczni realiści są zdania, że bezpieczeństwo świata zależy w dużej mierze od upowszechniania demokracji, a ten cel należy realizować przy pomocy amerykańskiej potęgi militarno-gospodarczej. Cooper polemizuje z Krauthammerem, wskazując na liczne niebezpieczeństwa wynikające ze stosowania przemocy przy „nawracaniu” państw niedemokratycznych. Poza tym angielski politolog jest zdania, że metody siłowe są zazwyczaj nieskuteczne, a ich wpływ na przemiany demokratyczne co najmniej wątpliwy (Cooper udowadnia to na przykładzie powojenych losów Niemiec, Japonii i Korei Południowej). Cooper pisze wprost: „Obcokrajowcy, a zwłaszcza zagraniczne armie, nie nadają się na rozjemców w wewnętrznych sporach ustrojowych, mogą natomiast stworzyć pozytywny zewnętrzny kilmat bezpieczeństwa, w którym łatwiej będzie osiągnąć porozumienie”. Stwierdza też wyraźnie, że zaprowadzanie demokracji siłą kłóci się z jej istotą, bo „Demokracja oznacza rządy ludu i nikt nie może podejmować decyzji za lud”.

Drugi z interesujących mnie tekstów polemicznych to Dzieje polskiego niby-liberalizmu (krótki kurs) Jerzego Sosnowskiego. To kolejny przyczynek do ciągnących się od dobrych kilkunastu lat przepychanek wokół liberalizmu po polsku, tym razem sprowokowany kategorycznym w tonie tekstem Ryszarda Legutki Dlaczego nie lubię liberalizmu („Europa” nr 9 z 2 marca 2005). W sporach o liberalizm powiedziano już nieomal wszystko, użyto wszystkich możliwych argumentów. Sosnowski, spierając się z Legutką, zwraca jednak uwagę na jedną ważną sprawę: „za każdym razem, kiedy dochodzi do sporu między zwolennikami wolności a zwolennikammi dyscypliny, zaostrzająca się – jak to w fundamentalnych sporach bywa – polaryzacja stanowisk niszczy pojęcie, którego brak odciska się boleśnie w naszym życiu prywatnym i publicznym: pojęcie odpowiedzialności”. Sosnowski utrafił w sedno – mniej zacietrzewienia, przekonania o własnej nieomylności, a więcej odpowiedzialności za innych i państwo na pewno przydałoby się rozgorączkowanym ideologom. Czego przed zbliżającymi się wyborami życzę sobie i czytelnikom.

Robert Ostaszewski

Omawiane pisma: „Europa – Tygodnik Idei”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
TO JUŻ JEST KONIEC
TAPECIARZE, TAPECIARKI! DO TAPET!
CZEKANIE NA SPONSORA

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt