|
|
Przyjemnie jest raz na kilkadziesiąt lat wymienić elity. Jednym pokoleniowym zrywem zdmuchnąć poprzedników z powierzchni nawierzchni. Ale niełatwo. Przynajmniej, jak to się oględnie tę część dziury budżetowej nazywa – w kulturze. Bo oprócz młodzieńczej energii trzeba mieć jeszcze – przynajmniej tutaj: w literaturze, teatrze, filmie – coś do powiedzenia; i odrobinę umiejętności, których często nabywa się z wiekiem. Ale z drugiej strony – to banał: bez kreatywności, pewności, rozpędu sztuka robi się miałka i nikomu poza artystą samym i tymi, którzy z niego żyją, niepotrzebna. Spory pokoleniowe są zatem już ze swej natury świątynią ambiwalencji. Pół biedy, kiedy bój idzie o rząd dusz tudzież transcendentne idee. Gorzej, śmieszniej, żałośniej – kiedy się szarpią o kasę.
|
 |
|