Witryna Czasopism.pl (http://witryna.czasopism.pl/)
Nr 27 (38) z dnia 22 września 2002

PO STRONIE WYOBRAŹNI

– „Rita Baum” –
„Archiwum Historii Filozofii i Myśli Społecznej”

     Być może już tylko tam - w wylęgarni pomarańczowych kurczaków, w mitycznym grodzie nad Odrą, unoszącym się jak arka Noego nad napływającą z południa wodą powodziową, jest jeszcze miejsce na powstawanie takich pism. Nieregularników o ambicjach połączenia filozofii ze sztuką. Taki papier warto spożyć. Nie dostanie po nim człowiek czkawki. Nicują tam na wszystkie strony performance - ostatnie, konceptualistyczne tchnienie awangardy. W prastarej Vratislavii postanowili coś jeszcze do tego tchnienia dopisać. Nic dziwnego. Wrocław jest w końcu najbliżej Holandii. Najłatwiej zaimportować tam pomarańczowego, nieujarzmionego ducha Fluxusu – jeszcze ciepłego trupa ekstremizmu w kulturze. Zmartwychwstanie Fluxus nad Odrą? Być może. Na razie można pokibicować robieniu maści na rezurekcję.
     
     Paradygmat wyobraźni
     Po otwarciu piątego, najnowszego numeru „Rity Baum” (jest to piąty numer w ogóle, pismo jest nieregularnikiem) w oczy rzuca się od razu gibka postać Tadeusza Zelichowskiego-Woyniłłowicza. Wyliczmy za nim ciąg nazwisk: Witkacy, Gombrowicz, Chwistek, Kantor, Grotowski, Malinowski. Pytanie za pięć punktów. Co o tych ludziach Zelichowski myśli? Odpowiedź prosta. Nie są to prawdziwi mistrzowie kultury, co w pocie czoła pracują nad swym warsztatem zawodowstwa, by porządnie i starannie wykonywać swą fuchę. Nie są to przedstawiciele zinstytucjonalizowanej kultury drugiej sprzedającej się na społeczne zapotrzebowanie. I chwała Bogu. To byli ludzie, którzy szukali, a nie tworzyli dla chleba i masełka, okopując się na swych rubieżach. Tadeusz Zelichowski żałuje, że na początku wojny zginęli Chwistek i Witkacy. Z tego powodu nie mogli razem z Malinowskim zająć miejsca Litwina George Maciunasa i stworzyć w 1967 roku ruchu Fluxus, w którym liczy się nie dzieło, a akt twórczy. Ruch Fluxus stworzyli w Nowym Jorku zamiast Polaków Litwin, Niemiec i skośnooka żona Beatlesa. Uprawiali performance od rana do nocy. Szkoda, wielka szkoda, że nie było to na Green Poincie, a w New School of Social Reasearch. Zamiast wspomnieniami z happeningów nowoczesnej sztuki nasza telewizja karmi się teraz głównie wzdychaniem nad niesłychanymi wyczynami przedwojennych generałów i kabareciarzy rodem z „Wiadomości Literackich”. Kraj nad Wisłą to matecznik piewców klasycznych ideałów, które nie pchają świata do przodu, a tylko go konserwują – uważa Zelichowski. Może to i prawda. A szkoda, jeśli tak. Jak zwykle będziemy z tyłu. Dobrze, że mieliśmy chociaż Kantora.
     Ryszard Różanowski rozpływa się za to nad osiągnięciami Josepha Beuysa – największego niemieckiego artysty od czasów Duerera – jak pisze. Prawdziwego papieża nowoczesności, który nigdy nie sprzedał się klasykom, a sam nim został przez zawziętość. Trwał aż do końca na barykadach i produkował coraz to nowe rzeczy, bardzo się marginalizując i oddalając od salonowych trendów. Zaproponował „rozszerzone pojęcie sztuki” – „antyprofesjonalny ruch Fluxus, sztukę uliczną, której wartość realizowała się w zabawie”. Gwałtownie głosił pierwszeństwo aktu twórczego przed obiektem artystycznym. Dzięki temu całkiem poważnie wierzył w antropologiczną misję sztuki bliską schillerowskiemu – wczesnoromantycznemu – ideałowi wychowania estetycznego. Marzył o stworzeniu alternatywnego społeczeństwa. Stoczył zwycięską walkę bokserską z przeciwnikiem demokracji bezpośredniej. „Nie interesuje mnie już współczesna sztuka, ta małostkowa pseudokulturalna pyszałkowatość” – pisał. W przeciwieństwie do naszych inteligentów i przedstawicieli absolutnej czystości z mlekiem pod nosem nie twierdził, że świat pogrąża się w katastrofie. Uważał raczej, że tak będzie, gdy nic nie będziemy robić.
     Generalnie rzecz biorąc, teksty tego numeru „Rity” odchodzą od tradycyjnie rozumianej, biernej, obserwacyjnej racjonalności i nakierowane są na rozszerzone jej rozumienie – dążące do istnienia na granicy filozofii i sztuki, wiedzy i przeżycia złączonych w jedność. Dążące do przełamania dualizmu aktora i obserwatora. Weźmy sprawozdanie z krytyki tzw. metafizyki obecności w wykonaniu Heideggera, Derridy i Levinasa. Roman Bromboszcz pyta, czy jest jakieś „poza” metafizyki obecności, czy jest jakaś możliwość nieodwoływania się do tradycyjnego pojęciowania. Skonstruowanie nowego języka oddającego czasowość. Odpowiada na to pytanie Michał Fostowicz, wskazując na Nietzschego jako twórcę aktywizmu w sztuce, Nietzschego kładącego podwaliny pod język, który jest stwarzaniem świata. A zatem twórcę podwalin performance’u, który jest i aktem i dziełem jednocześnie – i przez to przełamuje aporie współczesnej filozofii. Podobnie – jako totalnych performerów – można traktować Fouriera i socjalistów utopijnych, którzy chcą zbudować świat na nowo – wyzwolić go z pęt ciasnego, voyerowskiego racjonalizmu. Wielki fantasta Fourier wierzył, że pokona rutynę i nieszczęście świata, że odda się nowemu paradygmatowi – paradygmatowi wyobraźni. Bliskiemu surrealizmowi. Chodziło mu bowiem o „uwolnienie rozumu w kierunku umysłu, potrząśnięcie szkieletem, jaki pozostał z człowieka w poprzednich epokach, ograniczanych przemocą i władzą słowa”. Koniec artykułu to pean dla tych, którzy „poddają się inwencji we wszelkich dziedzinach – od badań naukowych i fabuły literackiej po strategię polityka”. Witaj jutrzenko nowego człowieka, istoty kreatywnej, prosto z kontekstu odkrycia. Niech się uda we Wrocławiu ta rewolucja – chciałoby się krzyknąć.
     W końcowej części pisma mamy już czystą kreację: z koktailem feministyczno-literackim, pochwałami Wojaczka, Czycza i Białoszewskiego oraz podszytymi szyderstwem narzekaniami na Świetlickiego. A także ciekawą genealogię pomarańczowej alternatywy w prostej linii wyprowadzoną z amsterdamskich provo – żuli i chuliganów, którzy swymi akcyjnymi działaniami chcieli stworzyć nowe społeczeństwo. 5 lutego 1970 roku powołali nawet w Amsterdamie Wolne Państwo Pomarańczowe, w którym rządziła Partia Krasnoludków. Ich śladami poszli Major Frydrych i spółka. Dziś wrocławscy wyzwoliciele wydali monumentalne Żywoty Mężów Pomarańczowych i starają się o urząd Prezydenta Miasta. Dzień nowego wyzwolenia już blisko.
     
     Witkacy kontra Ingarden
     Ogłuszony nieco ekscentrycznością „Rity” postanowiłem zaczerpnąć oddechu u akademików, przedstawicieli kultury drugiej. Choć muszę przyznać, że miałem przerwę w czytaniu twardej literatury filozoficznej. Pauza miała charakter ideologiczny i była dość długa. Ale – ciągnie wilka do lasu. Niniejszym oświadczam, będąc w pełni władz umysłowych – akademia, z której sam się wywodzę, też potrafi być spiczasta. Czytajcie pisma akademickie! Dobrze robią na szare komórki. A sięgnąłem po najnowsze zeszyty „Archiwum Historii Filozofii i Myśli Społecznej” wydawane przez Instytut Filozofii i Socjologii PAN. Nie zawiodłem się. Jeśli się nieco wysilić i przede wszystkim nie przestraszyć sierioznych tytułów, to wiele odkryć tam można zielonych listków nowości.
     W tej samej linii, co w „Ricie”, mamy tu artykuł Bohdana Michalskiego na temat korespondencji Romana Ingardena z Witkacym. Stanisław Ignacy był namiętnym filozofem i uważał filozofowanie za najważniejsze w swym dorobku. Filozofował w paradygmacie wyobraźni właśnie. Namiętnie krytykował Husserla, twierdząc, że „Husserl nie ma ciała – jest to duch piekielnego starca z jakimś przybłąkanym (i z pewnością śmierdzącym trochę) korelatem”. Z tego wywodził swoją ontologię – z podmiotu cielesnego, empirycznego, a nie, jak Husserl, transcendentalnego. Z Ingardenem nie mogli się jakoś porozumieć w sprawie stylu. Chociaż obydwaj chcieli uprawiać ontologię. W końcu, gdy Witkacy narysował portret Ingardena z turbanem na głowie – z lenistwa, by nie rysować ucha, jak twierdził – doszło do rozłamu. Trochę to było jednak za dużo, jak dla krakowskiego profesora. Niewiele pomagały przeprosiny. Rozwój współpracy hamował też panujący, scjentystyczny duch Szkoły Lwowsko–Warszawskiej, święcącej wtedy sukcesy, a bardzo sceptycznej wobec ontologii. Z ciekawostek warto zwrócić uwagę na sformułowane przez Witkacego prawo Szturm de Sztrema – „Zasada Szturm de Sztrema opiewa, że gorsza praca zawsze wypiera lepszą. O ile ma Pan coś zrobić ważnego, to najpierw Pan pali, pije herbatę, napisze kilka listów, załatwi inne prace mniej ważne i resztkami sił zabierze się Pan do istoty rzeczy”. Święte słowa. Gdyby nie prawo Szturm de Sztrema, to ho, ho!, niejedno by się zrobiło.
     Bardzo ciekawy jest artykuł Indywiduacja przez socjalizację Szymona Wróbla, znanego skądinąd z ekscentrycznych wycieczek literackich pod pseudonimem. Zajmuje się on fundamentalnym we współczesnej filozofii problemem uspołecznienia, w procesie którego tworzą się nasze relacje do świata. Wróbel przeciwstawia dwa sposoby podejścia do kwestii: republikańsko-komunitariańskie i liberalne. Długi i ciekawy wywód prowadzi do przeciwstawienia państwa pojmowanego jako samoorganizacja jednostek, państwu pojmowanemu jako zinstytucjonalizowana wspólnota. W podejściach tych pierwotna jest odpowiednio część lub całość. Trzecie podejście proponuje Habermas, ale stwierdza ze smutkiem, że prasa, która ma stać w tym modelu na straży opinii publicznej i komunikacji wcale nie jest wolna, gdyż nie reprezentuje swych czytelników, ale nimi manipuluje w imię własnego interesu rynkowego. Zgroza. Ale widocznie nie ma innego wyjścia i Habermas będzie musiał wymyślić coś nowego.
     Bardzo ciekawy jest blok rosyjski. Ewa Matuszczyk poddaje analizie mit o niezwykłości charakteru narodowego Rosjan. Nie ma takowego jej zdaniem. Wiele za to o Rosjanach można powiedzieć, dostrzegając konieczność pokonania przez nich uniwersalnej trudności, którą napotyka każde społeczeństwo podlegające emancypacji. Trudności przejścia od chęci bycia wolnym do rzeczywistego bycia wolnym. Tym większej, że dotyczy kraju, w którym nie ma tradycji samorządności. Jedynym zalążkiem samorządności była w Rosji wspólnota wiejska – obszczina. Nie rosyjska dusza jest więc winna opornemu przyswajaniu demokratycznej samorządności, ale tradycja i historia – twierdzi Matuszczyk. Jest jednak ciągle miejsce na wytworzenie nowej historii, która nie będzie zawierać centralistycznych elementów z przeszłości – dodaje z nadzieją.
     Na koniec – fragmenty tłumaczenia książki Państwo prawa i socjalizm Sergiusza Hessena, rosyjskiego filozofa mieszkającego w Polsce od 1925 do śmierci w roku 1950. Książka stawia na nowo sprawę myślenia utopijnego w świecie po komunizmie. W systemie liberalnym, kształtowanym przez prace Poppera, odrzucono myślenie utopijne, ale może nazbyt pośpiesznie. Hessen krytykuje z tego punktu widzenia leseferystyczny liberalizm, co zdaje się być aktualne, gdyż z renesansem myślenia utopijnego mamy obecnie do czynienia w naszym kraju.
     Utopia to na pewno miejsce przyjazne dla wyobraźni, umożliwiającej przekroczenie jakościowe tego, co jest, na rzecz tego, czego jeszcze nie ma. Prawdziwa twórczość żyje przecież tylko z mocy imaginacji.

Krzysztof Sołoducha





Witryna Czasopism.pl (http://witryna.czasopism.pl/)
Nr 27 (38) z dnia 22 września 2002