Nr 4 (15)
z dnia 2 lutego 2002
powrót do wydania bieżącego
 
  wybrane artykuły       
   

Prozac życia
     
   

     Przyjemnie jest raz na kilkadziesiąt lat wymienić elity. Jednym pokoleniowym zrywem zdmuchnąć poprzedników z powierzchni nawierzchni. Ale niełatwo. Przynajmniej, jak to się oględnie tę część dziury budżetowej nazywa – w kulturze. Bo oprócz młodzieńczej energii trzeba mieć jeszcze – przynajmniej tutaj: w literaturze, teatrze, filmie – coś do powiedzenia; i odrobinę umiejętności, których często nabywa się z wiekiem. Ale z drugiej strony – to banał: bez kreatywności, pewności, rozpędu sztuka robi się miałka i nikomu poza artystą samym i tymi, którzy z niego żyją, niepotrzebna. Spory pokoleniowe są zatem już ze swej natury świątynią ambiwalencji. Pół biedy, kiedy bój idzie o rząd dusz tudzież transcendentne idee. Gorzej, śmieszniej, żałośniej – kiedy się szarpią o kasę.
     Zapewne dlatego całkowicie sztucznie wywołany „spór pokoleniowy” w naszym kinie („baroni” versus „pokolenie 2000”) do niczego tak naprawdę w sensie artystycznym nie prowadzi. Bo jest to, proszę państwa, przecież od początku spór (czy raczej medialnie spreparowany projekt sporu) właściwie wyłącznie o kasę. W naszym systemie finansowania kinematografii bowiem o tym, kto dostanie publiczne pieniądze na swoich wypocin produkcję, rzeczywiście decyduje grupa umocowanych instytucjonalnie „baronów” polskiego kina i telewizji. Pewnie, że dobrze by było to zmienić. Ale nie łudźmy się – tam, gdzie są arbitralnie przydzielane dotacje i jest sporo pieniędzy do wzięcia, zawsze będzie zamieszanie, zawsze będą tarcia.
     Tylko że akurat artystyczne alibi dla tych przepychanek powoli odchodzi w przeszłość, więc może by i całą tę archaiczną przepychankę przepchnąć? Bo prawdę powiedziawszy, akurat duże pieniądze w dobie technologii cyfrowej nie są do zrobienia filmu artystycznego aż tak bardzo potrzebne. A właśnie artystyczny, nie komercyjny, film powinien być publiczną kasą wspierany – o to się chyba kłócić nie będziemy? Dotowanie naszego przemysłu filmowego (nawet uzasadniane pszenno-szczytnymi argumentami o integrowaniu środowiska, jak również ochronie rodzimej substancji kulturalnej) w żaden sposób się nie tłumaczy względami artystycznymi czy merytorycznymi. Wspierając przemysł, zamiast wspierać poszczególnych artystów, postępuje się mniej więcej tak, jakby – zamiast przyznać stypendium zdolnemu prozaikowi albo wesprzeć nieco hermetyczne pisemko filozoficzne – chciało się dotować drukarnie. Zresztą przecież widać, że robione za solidną kasę dziewiętnastowieczne dzieła „baronów” jakoś się o jakość potykają na każdym niemal kroku.
     Być może problem z klasą i indywidualnością nowszego polskiego kina bierze się właśnie stąd, że spór pomiędzy potencjalnym „pokoleniem” a „baronami” toczy się nie o: ideologię, formę, politykę, duchowość – ale o te skubane piniądze. Bo to na ich brak żalą się nawet autorzy filmów schrzanionych doszczętnie już na etapie scenariusza. Dyskurs wygląda mniej więcej tak:
     – Panie reżyserze, a dlaczego dialogi takie słabe?
     – A, bo piniądzów mało było.
     
     Zapewne dlatego oglądanie młodego polskiego kina nie należy do czynności przyjemnych. Oglądanie, ale przede wszystkim czytanie o nim tych wszystkich uroszczeń i bzdur o jakiejś nowej jakości, nowym głosie pokoleniowym itp. Powiedzmy sobie szczerze, na razie nie ma nic takiego. Są zupełnie pojedyncze talenty, nie ma, nie widać żadnego przełomu, a termin „pokolenie 2000” można między pudełka z Polleną 2000 wrzucić i o nim spokojnie zapomnieć.
     
     Piszę to wszystko po projekcjach VI Wrocławskiego Festiwalu Filmowego, który w tym roku zbudowano na pomyśle zaprezentowania wszystkich pokazywanych już wcześniej w Gdyni tegorocznych debiutów. Pomysł, jak się okazało, tyleż interesujący, co ryzykowny. Bo w efekcie nie za bardzo było na co popatrzeć.
     
     Zacznijmy od najjaśniejszych akcentów. Najlepszym filmem wrocławskiego przeglądu był na pewno Portret podwójny w reżyserii Mariusza Fronta. Ta bardzo dobrze opowiedziana, formalnie porywająca (choć z początku trochę męcząca) historia niesie rzadko spotykany w polskim kinie ładunek emocjonalny. Dobrze, że ten film ustawił odpowiednio poprzeczkę dla innych debiutantów, bo dzięki temu lepiej było widać przeciętność czy wręcz nieudolność pozostałych projektów. Migoczący na granicy modnych ostatnio filmów paradokumentalnych Portret... może się podobać nie tylko ze względu na „prawdę” opowiedzianej tu historyjki, ale na jej formalną i ekspresyjną atrakcyjność. Konsekwencja i skupienie, z jakim Front opowiada tę intymną baśń, pozwala oczekiwać jeszcze od niego w przyszłości przyjemnych zaskoczeń. A reżyser zapowiada, że teraz będzie się próbował obejść w ogóle bezprzemysłowo i zrobić coś na własną rękę; w tym celu wyjeżdża na jakiś czas z Polski. Powodzenia.
     
     Ale, jako się już przez zęby rzekło, nie brakowało również wśród tegorocznych debiutów krystalicznych przykładów kiczu i niekompetencji. Najczęściej szwankuje umiejętność opowiadania. Reżyserzy nie za bardzo wiedzą, jak przedstawić ciąg luźno ze sobą powiązanych ujęć w spójną historię, w zamian epatując widza popłuczynami po trzecioligowych awangardyzmach. Takie stężenie egzaltacji, jakie napręża na przykład blok.pl Marka Bukowskiego czy Inferno Macieja Pieprzycy mogłoby przyprawić o chronica gastritis exac nawet Indianina ze szczepu Przeszczepów (gdyby plemię to egzaltację w ogóle jadało). A taka na przykład Świąteczna przygoda Dariusza Zawiślaka jest zrobiona w sposób tak nieskoordynowany, że nawet nie wiadomo, do czego się najpierw przyczepić.
     Strasznie dużo w ciągu tych kilku dni zobaczyliśmy w kinie „Lalka” we Wrocławiu ciemnych tonacji. Najczęstszym miejscem akcji nowego filmu polskiego jest blokowisko, i to blokowisko zmurszałe, mętne, pozbawione perspektyw, kryjące samotność, alkoholizm, zbrodnię. Jak pokazali niektórzy nasi młodzi twórcy, ten motyw doskonale da się obudować filmową grafomanią. Był moment na początku festiwalu, kiedy się wydawało, że całe polskie nowe kino wpisuje się w konwencję „prozac movie”, czyli filmu tak przygnębiającego, że po jego obejrzeniu można się z rozpaczy jedynie pochlastać (lub zażyć prozac, co na jedno pewnie wychodzi). Na przykład pokazana na inaugurację wrocławskiego mini-festiwalu miejscami dowcipna komedia Eukaliptus operowała humorem tak czarnym, że niewiele zza niego było widać. Konwencja tego filmu była zresztą mocno absurdalna, bo reżyser z niewyjaśnionych przyczyn postanowił opowiedzieć to, co miał do opowiedzenia, w formie spaghetti westernu, z dialogami po angielsku. Co nie ma tu żadnego uzasadnienia, bo podobne jaja (erotyczno-weneryczno-mityczne) można sobie robić w dowolnych dekoracjach; a akurat to, co zrobiła ekipa Eukaliptusa, czyli nieco montypytonowski pastisz pastiszu, lepiej by się sprawdziło w jakiejkolwiek realności niż na kręconym w Karpaczu „dzikim zachodzie”. Tak przypuszczam.
     Natomiast rekordy kretynizmu pobił film Marka Żydowicza Owoce miłości, w którym maltretowany chłopak wyrasta na bandytę (kolejny leit motiv młodego kina polskiego: młodociani mordercy i ich cierniowa droga na dno), gdyż tatuś nie kocha go odpowiednio. Mamy tu takie, Cześć, Tereska, ale w wydaniu cokolwiek chałupniczym, i opatrzone taką ilością banałów, dłużyzn i absurdów, że w wenezuelskiej telewizji niejednemu scenarzyście by z zazdrości ślinka pociekła. Ale zostawmy to, nie ma o czym mówić, w końcu nawet sam reżyser po wrocławskiej projekcji przyznał (w formie zagajenia dyskusji), że wie, jak marny film zrobił; nie wydawał się jednak osobnik ów faktem tym specjalnie przybity, więc i my dajmy temu spokój, szkoda żółci.
     Mieszane uczucia, z przewagą rozczarowania, wzbudza natomiast drugi po Zabij ich wszystkich film Przemysława Wojcieszka (drugi debiut? podobne mnożenie debiutów zaprezentowano też w przypadku znanego już wcześniej z kin Że życie ma sens Grzegorza Lipca) zatytułowany Głośniej od bomb. Sentymentalna i fatalnie zagrana historyjka główna (zagrożona miłość na rozstaju życiowych dróg) zupełnie się w tym filmie nie trzyma kupy, za to miejscami świetne są elementy komediowe, mocno rozbudowane dygresje „obyczajowe”. Myślę, że gdyby Wojcieszek zdecydował się po prostu na zrobienie solidnej komedii, a nie serwował nam tanich niby-pokoleniowych banałów sięgających co chwilę po naprawdę żenujące schematy, powstałby znacznie lepszy film. Serwowanie w co drugiej scenie egzaltowanych komunałów nie szprycuje filmu jakością, przysięgam. W ten sposób Wojcieszek częściowo zmarnował potencjał jadu i celnych obserwacji obyczajowych, który tkwił w scenariuszu. Mogło być znacznie lepiej, chociaż w porównaniu z Zabij ich wszystkich nowy film Wojcieszka i tak emanuje dojrzałością.
     
     VI Wrocławski Festiwal Filmowy nie wypadł okazale. Znaczna część zapowiadanych reżyserów nie przyjechała, a te spotkania, które się odbyły, nie przedstawiały się zbyt ciekawie. Nie było żadnego fermentu, żadnej realnej dyskusji. Jedyny niepokazany z zapowiedzianych przez organizatorów filmów (Jutro będzie niebo Jarosława Marszewskiego) nie został w porę odwołany, co spowodowało niepotrzebną irytację niedoszłych widzów. Mimo tych usterek impreza była niewątpliwie potrzebna, wzbudziła spore zainteresowanie: na sali w „Lalce” nie było zbyt wiele wolnych miejsc. Więc może jednak było warto udawać, że mamy we Wrocławiu filmowy festiwal?
     No bo przyjemnie jest przecież mieć u siebie festiwal. Choćby malutki. Wiedzą o tym luminarze kulturalni w miastach i miasteczkach, co chwilę powołując do życia nowe filmowe lata, przeglądy, wiosny itp.
     A jednak, jak to było świetnie we Wrocławiu widać, nie wystarczy zrobić jeden czy drugi festiwal, pomachać trochę w gazetach rękami, żeby starych zmęczonych wstawić do konta; żeby wywołać prawdziwą estetyczną dyskusję, pokoleniowy spór, z którego się zrodzi nowa, albo przynajmniej inna, jakość. Może to zresztą już dzisiaj w ogóle niemożliwe. Zobaczymy.
     
     VI Wrocławski Festiwal Filmowy. „Debiuty polskie 2001”. 3-7 listopada 2001, kino „Lalka” we Wrocławiu. Zobaczyliśmy: Eukaliptus Marcina Kryształowicza, blok.pl Marka Bukowskiego, Na swoje podobieństwo Grega Zglińskiego, Inferno Macieja Pieprzycy, Belissimę Artura Urbańskiego, List Denijala Hasanovica, Owoce miłości Marka Żydowicza, Portret podwójny Mariusza Fronta, Świąteczną przygodę Dariusza Zawiślaka, Że życie ma sens Grzegorza Lipca i Głośniej od bomb Przemysława Wojcieszka.
     





Artykuł pochodzi z miesięcznika „Odra” nr 1/2002

wersja do wydrukowania